18:37:00

Eksperyment leczniczy

Eksperyment leczniczy

Przy rozwiniętym poczuciu humoru, czyli umiejętności trochę abstrakcyjnego myślenia, dostrzegania śmieszności w sytuacjach zdawałoby się nad wyraz poważnych... stres zaczynasz postrzegać jako wyzwanie, kolejną rozgrywkę, a nie jako głęboką wodę nie do przepłynięcia, dodatkowo wiedząc, że nie umiesz pływać 😉 Twój humor uspokoi Cię i pozwoli na konstruktywne myślenie jak znaleźć przysłowiową nić Ariadny, a potem się jej mocno trzymać.

Traktuj  życie bardziej metaforycznie, szukaj paradoksów w danych sytuacjach i pozwól sobie na spontaniczność.  Patrz na różne rzeczy przez pryzmat pozytywnego nastawienia.  Odnoś się z przymrużeniem oka do siebie, to pozwoli Ci nie mieć kompleksów, które wywołują niepokój. Doprowadzają do smutku i podważają Twoje poczucie pewności siebie, a  co za tym idzie poczucie bezpieczeństwa. Kompeksy przeszkadzają w rozwijaniu siebie, w kreatywnym podejściu do życia. Wtedy zaczyna Ci brakować inicjatywy i zamykasz się w sobie. A wszystko przez to, że nie masz w sobie poczucia lekkości i zbyt poważnie wszystko traktujesz. Brak humoru wcale nie świadczy o powadze i dostojności, wyższej inteligencji. Rzekłabym, że wprost przeciwnie. 

Dobry żart jest bardzo cenny,wywołuje uśmiech, którego nam bardzo brakuje na co dzień.

Wykonałam doświadczenie  z moim udziałem i siedmiu przypadkowych osób oraz psa.

Do wszystkich promiennie się uśmiechałam zupełnie dobrowolnie i bez powodu. No nie! Powód był: świeciło słońce i ciągle na świecie jestem (i te osoby oraz pies – też 😉)
1. Pani przy kasie w Supermarkecie, lat ok. 50 ..........burknęła - o co chodzi?
2. Elegancki facet, w garniturze i teczką pod ręką, lat ok. 40 .....słucham, o co chodzi?  - zapytał grzecznie
3. Młoda śliczna dziewczyna, chyba licealistka... uśmiechnęła się lekko speszona
4. Dzieciak we wózeczku, jakieś dwa latka, chłopczyk...uśmiech od ucha do ucha, zawstydzone oczka
5. Pani w kapelusiku, chyba osiemdziesiątka... niedowierzająco zerkała aż się uśmiechnęła wreszcie
6. Młodzian z 6-pakiem ... ironicznie spojrzał i poszedł dalej, obracając niepewnie za mną
7. Pies z panią na smyczy (pardon: pani z psem na smyczy 😉) zarył nogami w betonie, zatrzymał się i pomachał wesoło ogonem. Pani się nieco na Parnasa (bo takie imię miał) wzburzyła: no dalej Parnas do domu. Na mnie, nie spojrzała.

Myślę, że dojrzałość emocjonalna polega również na tym, by nie wyrzekać się własnych emocji i niekoniecznie być do bólu racjonalnym. Wszyscy Ci ludzie z wyjątkiem chłopczyka i psa, bali się uśmiechu, nie rozumieli go, nawet odczuwali wyższość, że go nie odwzajemniają. Szkoda.

Pamiętajmy: poczucie humoru, a co za tym idzie uśmiech  - poprawiają relacje między ludźmi i chronią nas od szaleństwa (w całym  tego słowa znaczeniu) 😀😀😀😀😀😀😀😀😀😀
I jeszcze jedno: czarny humor nie musi być bolesny i okrutny... trzeba tylko mieć do niego odpowiednie poczucie humoru 😉









PS. Zdjęcia zrobione dwie godziny przed wyrżnięciem na całej długości w chodnik, na prostej drodze... bez żadnych wygibasów. 😳😲 To dopiero humorystycznie wyglądało! Szkoda, że ja się ruszyć nie mogę 😉

20:13:00

Duszenie w sosie... i etc.

Duszenie w sosie... i etc.

Gdy byłam Starą Kobietą, ale jakieś 43 lata młodszy był mój pesel, to wyobrażałam sobie różne rzeczy dotyczące mojego przyszłego związku z mężczyzną, stworzenia z nim rodziny o odpowiednich relacjach. 
Wydawało mi się i powtarzałam to za innymi starszymi wtedy ode mnie kobietami, że mąż, mężczyzna to powinien być jak druga połowa jabłka. Tak pasować idealnie. Trudno jednak było mi sobie to wyobrazić, że ktoś kto z biologicznego punktu widzenia już jest inny ode mnie, poza tym różniący się bardzo zainteresowaniami, pasjami czy wychowaniem i tym, że nie może płakać (bo takie było wtedy założenie i wymaganie: mężczyźni nigdy nie płaczą i robót domowych się nie imają), ma być w drugiej połowie taki jak ja.

W mózgu 17-letniej wówczas dziewczyny kiełkowała i rozrastała się coraz bardziej myśl, że to jest niemożliwe... Ale skoro krąży taka opinia, że można być szczęśliwym tylko z idealnie dopasowanym partnerem, to należy do tego dążyć i takiego szukać. 
Ale jak to w życiu bywa... wiara i przekonanie, że szczęście może nam dać, spokój zapewnić tylko ktoś kto lubi tak samo szpinak ja my, pragnie podróżować dokładnie w te same miejsca i myśli mieć podobne, nawet oddychać w tym samym rytmie... okazało się być złudne. To zbyt wyśrubowane  warunki, żeby znaleźć idealnie kogoś tak idealnego (w naszym odczuciu) jak my. Możemy szukać i szukać, ale zawsze coś nie pasuje, czegoś brakuje lub nadmiar przesłania nam zwykłe rozumienie, czego tak naprawdę chcemy. Odnalezienie w drugiej osobie podobieństw daje nam poczucie bezpieczeństwa, ale różnice nas zaciekawiają i pociągają, bo podświadomie wiemy, że dzięki nim uzupełniamy własne braki, a to prowadzi nas do rozwoju.

Oczywiście,  nawet nie mając tej wiedzy, którą dzisiaj posiadam  - znalazłam do życia zupełnie kogoś odrębnego. I dobrze uczyniłam!  Każdy jest jedyną w swoim rodzaju, niezależną jednostką i chociaż znajdziemy jakieś podobieństwa, to nie o nie chodzi. W małżeństwie mamy się uzupełniać, rozwijać dzięki drugiej osobie; wspierać i współpracować ze sobą. Tak poznać siebie - by różnice swoje akceptować, podobieństwa urozmaicać... iść razem przez życie... patrzeć w tym samym kierunku, lecz podążać własnym tempem i ze swoim temperamentem. To pozwala na ciekawe, wspólne życie bez duszenia się we własnym sosie.

Nic nie musimy, wszystko możemy...

Nikt nie jest niczyją własnością. Mamy prawo do swojej odmienności i  diametralnie różnego pojmowania świata. Mamy jedno życie i każdy z nas dla niego potrzebuje swojej niezakłóconej przestrzeni, w której może się realizować, i czerpać z tego satysfakcję, i szczęście. To nieprawda, że tylko te związki są zgodne i trwałe, gdy obie strony interesują się tym samym, mają wspólnych znajomych, i ciągle spędzają czas razem. Owszem wspólne chwile są bardzo istotne dla budowania bliskości, ale ograniczanie się wzajemne tworzy niebezpieczny mur – wkracza nuda, a co gorsze zazdrość. I to już nie jest miłość w związku tylko obowiązek miłości. Nie zawsze musimy być razem, możemy gdy tego chcemy i potrzebujemy.  Możemy cudownie spędzić razem czas opowiadając sobie, co danego dnia i z kim robiliśmy, podzielić wrażeniami z filmu, na który poszliśmy z grupą przyjaciół, bo akurat druga strona nie jest fanem kostiumowej filmografii czy koncertu muzyki jazzowej, której też wolałaby nie słuchać, i czas spędzić w domu na lekturze dobrej książki.

Jesteśmy "dwa razy ja" ... W ten sposób każdy może wnieść do związku coś nowego, wzbogacić go i sprawić, że nasze wspólne życie nie będzie stłamszone tylko rozkwitające.

Mamy prawo do emocji... nawet tych ostrych...

...nie musimy być ciągle dla siebie mili i chować głęboko nasze żale.  Nie musimy pozować, że wszystko jest w porządku, że ze wszystkim się zgadzamy byleby tylko nie zakłócić spokoju i dla jego świętości wyrzec się swojej tożsamości, autonomiczności - nie wypowiadając szczerze. Tylko tłamsić w sobie, i dusić ... stwarzać pozory tylko dla pozoru stabilności naszego związku. Taką hipokryzją doprowadzimy siebie do depresji, a związku i tak nie ocalimy. Nagromadzanie takich nierozwiązanych spraw, problemów tylko zwiększa naszą  złość. Zasada, że nie sprawiamy sobie przykrości, bo się kochamy to jest szczyt hipokryzji. W imię miłości, mamy rozmawiać, a nie przemilczać różne tematy. W imię miłości nie wymieniamy tylko informacji, lecz się do nich ustosunkowujemy, wyrażamy swoje emocje. Zamiast dławić je, mówimy o nich prawdziwie... jesteśmy różni, w danej chwili możemy mieć odmienne samopoczucie, i inne chęci... to wszystko może być zrozumiane, pod warunkiem, że nie jest zakamuflowane naszą chęcią nie sprawienia drugiej osobie przykrości. W rezultacie prowadzi to do irytacji, bo nie da się w nieskończoność symulować status quo. Nie zmuszajmy się do gestów, które nic nie mówią... z szacunku do siebie i do partnera.

Mitem jest myślenie, że powinniśmy rozumieć się bez słów...

... skoro jesteśmy ze sobą tak długo, to druga osoba w lot powinna odgadywać nasze pragnienia.
Czasem tak się dzieje, ale nikt nie jest w naszej głowie i jeśli swoimi gestami, zachowaniem, postępowaniem, słowami nie będziemy się z drugą osobą komunikowali... trudno nam będzie w codziennym życiu. Jasno deklarowane oczekiwania sprawią, że nie będziemy czuli się niepewnie. Nie ma to jak zdecydowanie, na tacy wręcz podane intencje zamiast wieloznaczących niedomówień, niosących rozczarowanie i zniechęcenie. Brak autentycznej szczerości to jedynie sposób na pobudzenie  zainteresowania kimś innym, kto według nas spełnia nasze oczekiwania.

Mija czas i mija fascynacja...

Jeśli myślimy, że tak samo jak pierwszej nocy i jeszcze kilka następnych będzie nas podniecał seks z ukochaną osobą, będzie ciągle tak romantycznie, a nasza atrakcyjność tak samo będzie podgrzewała nasze uczucia wzajemne, to... to się mylimy. Wszystko powszednieje, staje się jakąś normą, codziennością, a namiętność soplem lodu się ostaje. I to jest normalne, że po jakimś czasie zauroczenia, niewidzenia wad, wyolbrzymiania zalet – wygasa ognisko wzniosłych uczuć i zamienia w popiół... To naturalna kolej rzeczy. Ale przecież nie chcemy by tak się działo, ciągle staramy się być atrakcyjni i zauważalni, lecz często dzieje się tak, że owszem jesteśmy widzialni i rozpoznawalni, ale dla innych, nie dla swoich partnerów. To nawet miłe, że jesteśmy atrakcyjni dla innych i podnosi naszą pewność siebie; podniecenie w nas wzrasta, nasza wartość pnie się w górę, co jeszcze bardziej nas motywuje do jeszcze większej dbałości o siebie tak jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny jak i intelektualne odniesienie.

Tylko, że będąc już tak wysoko w tej pewności siebie ustawieni, łatwo możemy z  niej spaść i stracić coś co długo budowaliśmy na rzecz jednej, może dwóch chwil zakazanej namiętności, której atrakcją jedyną jest jej nowość – i tyle. Wdając się we flirt, romans – wzmacniamy się mocno, ale w domu jest nasza miłość, o którą kiedyś tak bardzo walczyliśmy. Czy się skończyła? Nie, tylko zamiast ognia, stała w niej  tląca się tylko iskierka... zapomnieliśmy podsycać ten ogień, dokładać drewienek. Sami zahamowaliśmy ten proces, nie dbając o nią. A za miłością trzeba ciągle biec! Nic nie jest dane raz na zawsze i zamiast dopuścić do chwili, gdy sceny zazdrości jednej strony zabiją naszą miłość, bo na chwilę obdarzyliśmy swoimi uczuciami kogoś innego... dlatego, żeby poczuć coś innego, bardziej ekscytującego, bo w domu nuda i brak wyobraźni. Związek dwojga osób, to codzienne zaczynanie go od początku i to bez taryfy ulgowej... mimo wałków na głowie i brzucha piwnego 😉


A może dojść do porozumienia...?

...i w dobrym miejscu, w ciepłej atmosferze, skupieniu... gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał ... żadne czynniki zewnętrzne – usiąść i porozmawiać patrząc sobie w oczy 
  •  mówić tylko o faktach, pomijając złe emocje, tzn. bez wracania do przeszłości, kreowania jej na swój sposób i wygrzebywania starych pretensji 
  • nie szukając powodów, dlaczego związek jest nie taki jak trzeba, ani usprawiedliwień
  • nie obwiniając osoby tylko jej zachowania (przy obwinianiu kogokolwiek personalnie od razu skreślamy cienką nić porozumienia). Obwiniając drugą stronę, wzbudzamy jej agresję, a wcale nie wyjaśniamy niczego. Ta z kolei rodzi potrzebę rewanżu, a to zamyka drogę porozumienia i zawarcia kompromisu. Zaczyna się sprzeczka, rodzi kłótnia, zamyka rozmowa.
  • zamiast atakować,  powinniśmy powiedzieć o swoich odczuciach i przedstawić propozycje zażegnania problemu... a wszystko bez patosu i poniesionego głosu
  • nie ustawiając się też w roli ofiary, bo to z góry stawia nas na straconej pozycji; stajemy się bezbronni, więc nic łatwiejszego niż nas zaatakować i zwalić cała winę na nas
  • warto też wysłuchać, okazać zaufanie i zrozumienie
  • ..................................................................................??? 

Jeśli i tak przyjdzie rozstanie...

Rozstanie jest takim samym przejawem życia jak związek i zawsze trzeba się z nim liczyć, jeżeli chce się być własnym sterem w swoim życiu, i nie poddawać indoktrynacji innych.
...w kulturze katolickiej to porażka, w islamskiej to kłopot, bo tu zasady są ważniejsze od dobra jednostki... ale odrzucając te religijne i kulturowe zasady, to przecież rozstanie nie jest czymś złym... nie jest końcem, bo energia dalej płynie, życie się toczy. Nie jesteśmy właścicielami nikogo i nikt też nie ma prawa przy sobie, wbrew naszej woli –  nas zatrzymywać.

Jeśli bycie razem jest koszmarem, to nie można czegoś tak złego podtrzymywać i lepiej nie martwić się tym co na nasze rozstanie powiedzą inni... tylko mieć siłę by dalej nie udawać... bycie tylko ciałem w związku bez relacji emocjonalnych, to ściema niepotrzebna nikomu. Przeżyłam rozstanie, której sprawczynią nie była śmierć tylko życie... najpierw szok, potem naiwna nadzieja, na koniec: przedefiniowanie swojego życia i brawo ja 😊 Wzajemne niszczenie się to niszczenie życia może nie tylko par (albo wręcz), ale również ich dzieci, które lepiej żeby wiedziały: rozstanie rodziców nie jest rozstaniem z dziećmi i i można stworzyć nowe, dobre życie na bazie innych relacji... już nie mąż – żona, ale tato i mama swoich dzieci.

Energia płynie, kto nie płynie z nią jest nieszczęśliwy, więc należy wprowadzać zmiany jeśli wynikają z nich dobre sprawy, ale zawsze trzeba mieć na względzie osoby, za które jesteśmy odpowiedzialni – dzieci.

A w ogóle to...

Każdy nawet najbardziej zadowolony ze swojego życia człowiek, ma w sobie jakieś tęsknoty, jakąś chwilową bezsilność, która go paraliżuje; czasem niewiarę w siebie, brak sił, czy odwagi; odczuwa samotność i wtedy nic tak jak drugi człowiek nie jest w stanie wyciągnąć nas z tego utknięcia w niemocy, ale... jest "ale"... musimy mieć wewnętrzną pewność, że to jest ten człowiek, ten czas.
W przeciwnym razie nasza rzekoma samotność zamieni się w coś znacznie gorszego – frustrację i smutek, które są bardzo trwałe i potrafią objąć całe życie.

Nie ma idealnych partnerów: piękni zewnętrznie i duchowo książęta, nieskazitelne królewny istnieją tylko w bajkach ... szczęście człowieka nie zależy od czegoś poza nim.

...nie można całego świata opierać tylko na drugiej osobie... trzeba pamiętać o innych aspektach życia, które sprawią, że nasze życie będzie fascynujące i wartościowe, a nie duszone w mdłym sosie.

18:53:00

Aromatyczna mgiełka z białej róży

Aromatyczna mgiełka z białej róży

AP Mist Rosarium (do kupienia tutaj:  http://sklep.annapikura.com/product_info.php?products_id=465) to ekologiczny hydrolat z róży białej (100 ml za 50 zł) Posiada niesamowity, różany, nieduszący zapach. Jest otrzymywany w wyniku destylacji parą wodną świeżych kwiatów róży białej Rosa x alba L., certyfikowany przez organizacje CERES i USDA Organic. Sam destylat otrzymywany jest z roślin uprawianych na kontrolowanych (i certyfikowanych!) plantacjach ekologicznych w Dolinie Róż, w Bułgarii. 

Różana mgiełka nadaje się do pielęgnacji każdego typu skóry (jednak szczególnie dla osób o skórze wrażliwej, naczyniowej, suchej, dojrzałej, a także trądzikowej) . Mnie towarzyszy w codziennej pielęgnacji od dawna. Stosuję ją zarówno po demakijażu, aby zwilżyć i stonizować skórę, a także w celu jej odświeżenia (także wtedy gdy jest pokryta makijażem). 

Mgiełka (sprawdzone - potwierdzone!):
  • nawilża skórę,
  • tonizuje, 
  • delikatnie wygładza,
  • działa odświeżająco,
  • koi skórę i regeneruje,
  • wzmacnia drobne naczynia krwionośne,
  • niweluje zaczerwienienie skóry,
  • delikatnie oczyszcza skórę, 
  • łagodnie ją ściąga
Mgiełkę marki Anna Pikura należy przechowywać w lodówce. To świetny produkt zapakowany w elegancki szklany flakonik z wygodnym atomizerem, który sprawia mi przyjemność zarówno swoim działaniem jak i swoim delikatnym, świeżym zapachem.

Moja ocena: 5/6 

15:26:00

Życie alternatywne? ,...wierzę...! przesłanie optymistyczne

Życie alternatywne? ,...wierzę...! przesłanie optymistyczne

Był czas przed nami, potem nasz czas, potem nastąpi czas po nas. Nasi przodkowie byli tymi, którymi my teraz jesteśmy, a my za chwilę będziemy tymi, którymi oni są obecnie, a po nas będą Ci, którzy będą tymi, którymi my byliśmy. 
Trochę zagmatwane? Ale prawdziwe... ja to nazywam alternatywnym życiem 😉

Jest 25 czerwca 1857 roku (czwartek) w inteligencko – mieszczańskiej rodzinie rodzi się długo oczekiwane dziecko płci żeńskiej. Nadano mu imię  Dorota po dziewicy, męczennicy chrześcijańskiej i prawosławnej z Cezarei, i Anna po babce. 

W Polsce rządzi tytularny król, car Romanow II, kościołem Pius IX,  prezydentem Ameryki jest niejaki Franklin Pierce – 14. prezydent Stanów Zjednoczonych.
W pieluszkach, przebiera nóżkami również przyszły pisarz brytyjski Joseph Conrad. W  niemowlęcym stanie jest przyszła aktorka i powieściopisarka polska, autorka komedii "Moralność Pani Dulskiej", która już w marcu przyszła na świat, w Podhajcach na Ukrainie - Gabriela Zapolska.
I życie upływa... gra muzyka... na melodię czardasza "Rozkwitały pęki białych róż. Wróć Jasieńku... dam ci za to za to róży, najpiękniejszy kwiat..."

Mija 30 lat... 1887 rok, miejsce Romanowa II zajął Romanow III, w  USA prezydenturę od dwóch lat już dzierży Grover Cleveland, papieski tron zajmuje Leon XIII. Właśnie w Kurierze Codziennym ukazał się pierwszy odcinek powieści "Lalka", a w Krypcie Zasłużonych na Skałce pochowano  Józefa Ignacego Krasińskiego. Również w Krakowie urodził się późniejszy artysta Leon Schiller, jeden z najwybitniejszych polskich twórców scenicznych, który zasłynął interpretacjami Dziadów A. Mickiewicza.

Wyemancypowana Dorota Anna prowadzi mały zakład produkcji szyldów i opiekuje się dziećmi, które są owocem jej małżeństwa,  z 15 lat starszym ekonomistą Zbigniewem, urodzonym nad Prosną między Kaliszem, a Borkowem. On właśnie przebywa na spotkaniu ekonomistów i prawników z trzech zaborów. Spotkanie odbywa się w Krakowie. Tak więc cały dom na głowie Doroty.

Do tego jest jest niespokojna, jej tato choruje. Ta choroba to też wynik przeżyć związanych z udziałem w bitwie ratującej Węgrów pod Szolnokiem. Brał w niej udział jako niespełna 20-latek.
Dorota musi wspierać Mamę i babcię, która ma już prawie 82 lata, cukrzycę oraz inne schorzenia trapią ją boleśnie, mimo to zachowuje poczucie humoru i jest bardziej wsparciem dla Mamy niż mama dla niej.  Dla wszystkich to trudny czas, ale jest też w nim czas na czytanie romansowej powieści Sienkiewicza "Rodzina Połanieckich" – to odskocznia dla Doroty od jej codziennych trudów i zmartwień.  A tych sporo! 3 maja niestety umiera ukochana Babcia – podpora całej rodziny, a niecałe 3 miesiące później Tato do niej dołącza. Mama Doroty jest w rozsypce... straciła najbliższe osoby. Teraz tylko jej córka – jedynaczka jest dla niej wsparciem... to takie trudne... ona ma dzieci, pracę, męża - tak naprawdę wszystko w jej rękach, a jest jeszcze taka młoda. Mama Doroty nie może ogarnąć tego smutku, czuje się pozostawiona i samotna... nie chce być dla córki dodatkowym ciężarem.

Lata płyną... kolejne 30 lat jak z bicza trzasnęło... 1917 rok... od 15 lat Dorota jest wdową (nie żyje też mama Doroty), mąż umarł, gdy czwarte ich dziecko, córeczka miała zaledwie 2 i pół roczku – teraz jest 18 - letnią pannicą. Nim to nastąpiło... mały epizod ... w 1908 roku Dorota wybrała się z przyjaciółką do Krakowa na "Lady Godivę" sztukę Leopolda Staffa. W drodze powrotnej ostro dyskutowały ponieważ w spektaklu tym Irena Solska pojawiła się na scenie nago, osłonięta tylko tiulem i własnymi włosami. Na te  czasy był to skandal dość poważny. Do dyskusji wtrącił się jadący w tym samym przedziale mężczyzna, który wprawdzie sztuki nie oglądał, ale wyraźnie spodobała mu się Dorota. Wtrącił się i tak wtrącał w życie Doroty parę lat od 8 lipca, kiedy właśnie urodził się Nelson Rockefeller, przyszły 41 prezydent Stanów Zjednoczonych. Obecny prezydent to Theodore Roossevelt, a w Polsce działał dalej Romanow II. We wrześniu Dorota z poznanym w podróży Romanem - pobrali się. W tym samym wrześniu Piłsudzki wraz z przyszłymi czterema premierami  wolnej Polski przeprowadził skuteczną akcje napadu na wagon pocztowy. Zdobyto ponad 200 tys. rubli, które posłużyły do budowy polskich organizacji wojskowych w Galicji. Małżeństwo Doroty na nic specjalnie się nie przydało.

Dorota z Romanem nie dotrwali wspólnie do 1917 roku. W 1911 będąc na Wystawie Wschodnioniemieckiej w swoim rodzinnym mieście Poznaniu, zobaczyła swego męża z inną... 
nie czekała ani chwili i postanowiła: nigdy więcej nie chodzić na wystawy i zacząć od początku . Choć nastały ciężkie czasy; od lipca 1914 przyszło żyć w nowym podziale świata, w czasach wojny, która ogarnęła cały świat. 
A życie płynie dalej i gra muzyka... szlagier Afreda Lubelskiego"Dymek z papierosa"

25  czerwca 1957 rok, wczesny pogodny poranek wtorkowy – imieniny obchodzą Łucja i Prosper.
Na wyrwanej kartce z kalendarza Babcia Marynia pod cytatem Seneki "Cudze błędy mamy przed oczyma, własne za plecami", dopisuje kopiowym ołówkiem – Stefka urodziła dzisiaj córeczkę. Rysiu nazwał ją Dorotką -  Mariolką.  Wyrwaną kartkę schowała  na spód pudełeczka z różnymi listami od swojego męża (żołnierza Armii Andersa), który rok wcześniej zginął pod kołami tramwaju.  Pierwszy raz w tej żałobie, uśmiechnęła się radośnie. 

W pamięci jeszcze wszyscy mają niedawne obrazki wojenne... ale po 12 latach od jej zakończenia, zdaje się, że ludzie zaczynają spokojniej żyć. Jest po styczniowych wyborach parlamentarnych, które wygrał w tej pozorowanej demokracji, Józef Cyrankiewicz. Nawet zaczęła się produkcja samochodu polskiej produkcji – Syrena.  Jacek Kaczmarski ma już trzy miesiące, a z oglądaniem słońca i wiatrem pożegnał się w wieku 79 lat "poeta codzienności" Leopold Staff. W kinach premiera filmu Wajdy "Kanał". Marek Hłasko skończył i wydał swoją pierwszą powieść "Następny do raju". Młodzież zaczytuje się w nowej powieści Alfreda Szklarskiego "Tomek w krainie kangurów", a  Vladimir Nabokov wydaje "Pnina".

Wychodzi pierwszy numer tygodnika "Polityka", a w Lublinie  Jan Wyżykowski odkrywa jedne z największych na świecie złóż miedzi.
Na  fotelu prezydenckim w USA siedzi Eisenhover, który sformułował właśnie doktrynę określającą stosunek do państw Bliskiego Wschodu. To takie zabezpieczenie przed się przed ewentualną agresją komunistyczną. 
Gdyby żyła Dorota – Anna, wielbicielka białych róż i twórczości Leopolda Staffa, miałaby 100 lat...

A życie płynie dalej... gra muzyka "Love Me Tender" Elvisa Presleya.  Inna Dorota ma szczęście zagościć na tym świecie, a jej historia wydłuża się o wszystko, co przedtem Dorocie – Annie i innym się w życiu, muzyce, nauce, sztuce, społeczeństwie i polityce -  przytrafiło.

2017 rok – XXI wiek... wszystko co powyżej i to co jeszcze dotąd nieopisane tu... II wojna świata, zamach na Johna F. Kennedy'ego... wybór papieża Polaka... narodziny nowych gwiazd w dziedzinach wszystkich i odchodzenie tych, którzy tworzyli podwaliny wszystkiego teraz obecnego... w Polsce nie ma komunizmu, ale i tak wszyscy się ze wszystkimi kłócą na wszystkich płaszczyznach, jakby mieli żyć wiecznie... jakby po nich mógł być potop, bo nic ich poza sobą nie obchodzi... I określenie  w  s z y s t  k o  jest jak najbardziej tu uprawnione...we wszystkim zmiany.

Dorotka – Mariolka jest już 60-letnią Dorotą – Mariolą;. od 15 lat nie żyje jej mąż, jej drugi mąż żyje lecz sam, w innym niż Dorota miejscu, najmłodsza 18-letnia córka wypełnia radością jej teraźniejszość; jej starsze rodzeństwo ma swoje rodziny. Dorota nie jest już szefową Firmy Reklamowej... realizuje się inaczej... 

Jej życie to kolejne ogniwo łańcucha życia, które toczy się bez końca... Jaki dziwny ten świat, jaki piękny, jaki systematyczny w swym  dążeniu do trwania mimo przeciwności...
Kiedyś odejdę, nie zdążywszy opowiedzieć wszystkiego co, wiem, doświadczyć wszystkich zachwytów, ale nie martwię się tym... łańcucha życia nie da się przerwać... ludzie zawsze będą... jedni wymyślili koło, inni zbudowali rakiety, okiełznali ogień, odkryli Amerykę, znalazł się taki, który namalował uśmiech Giogondy – tajemniczy, fascynujący, pełen uroku – jak życie.
Jak życie, które podarowane zostało tak samo jak Dorocie – Annie i Dorocie – Marioli, a potem  
jeszcze następnym takim różnymi i podobnym takim – zostanie podarowane.

A życie płynie dalej... gra muzyka i od 50 lat Czesław Niemen (zm. W 2004 r) próbuje piosenką "Dziwny jest ten świat" dotrzeć do świadomości ludzi, że świat jest zależny od nich...

Przepełnia mnie szczęście, że jeszcze trwam...oczywiście zdaję się sobie sprawę z tego, że oprócz tego, że widzę iż trawa rośnie, słyszę ptaków śpiewanie, znam smak pomarańczy – to na świecie są trzęsienia ziemi, na ludzi spadają śnieżne lawiny, niejednych doświadcza przemoc i oprócz geniuszu piękna jest na tej ziemi zło... wszystko to razem jest tajemnicze...  wszystko to razem panuje nad światem. Tymczasem wierzę (podobnie jak Czesław Niemen), że będąc ogniwem, jednym z wielu mogę choć trochę to zmienić, i każdy trochę może... i ludzie nadal będą cierpieli, lecz może trochę mniej i inaczej ...wierzę! 

A życie płynie dalej... gra muzyka Enrique Iglesiasa – Subeme La Radio.




17:56:00

Maski - nie tylko na bal.

Maski - nie tylko na bal.
Zdjęcia masek pochodzą ze strony dystrybutora.
Ach, ten czas... czasem w dobrą stronę działa i szare kaczątko zmienia w łabędzia...gorzej jak już się jest łabędziem (a nie chce się jeszcze "iść do odstrzału")... wtedy ten czas działa destrukcyjnie nieco i trzeba się chwytać wszystkiego, by jego działanie zatrzymać.
Chwyciłam się więc masek i to nie w celu zakrycia wizerunku swego, zębem czasu nadgryzionego, lecz po to by to nadgryzienie zakamuflować jakoś 😉

Skusiłam się na maski kosmetyczne w płachcie Greenasia. Greenasia to firma zajmująca się wprowadzaniem na polski rynek produktów azjatyckich. To może brzmieć trochę niepokojąco, kojarzyć się z chińszczyzną, jednak azjatyckie kosmetyki podbijają świat. Sprowadzają kosmetyki między innymi z Tajlandii i z Korei. Kosmetyki azjatyckie słyną ze swojej dużej zawartości składników aktywnych..., choć składy mają naprawdę długie 😉

Wszystkie pięć maseczek w płachcie, które miałam okazję przetestować - rewelacyjnie nawilżają skórę i spulchniają, dobrze leżą na twarzy, nie drażnią swoim zapachem (oprócz jednej)... redukcja zmarszczek? Na pewno mi nie zaszkodziły 😉 Dawały bardzo fajny efekt szczególnie przed wyjściem, tworząc na twarzy swego rodzaju rusztowanie - szczególnie maska 4D, która przez posiadanie uchwytów na na uszy... jednocześnie podciągała podbródek, co dawało oparcie skórze i trzymało ją w ryzach. Jestem z nich bardzo zadowolona - tym bardziej, że wszystkie (oprócz tej jednej feralnej... zapachowo również ) posiadają bardzo dużo płynu, którym mogłam jeszcze zawsze wysmarować dekolt i szyję co rekompensowało mi trochę fakt, że maski w płachcie nie obejmują swoim działaniem szyi. Nie uczuliły mnie, a zapewniły dużo radości ze swojego (dość podobnego) działania. Różnią się w większości jedynie grubością płachty. 

SNAIL MUCUS NATURAL FACE MASK (9 zł) 

Maska, której zadaniem jest:

  • redukcja zmarszczek; 
  • regeneracja skóry;
  • nawilżenie naskórka, 
  • oczyszczenie skóry;
  • Polecana dla każdego typu cery.
Intensywnie naprawia i regeneruje skórę. Regularne stosowanie może zmniejszyć głębokość i ilość zmarszczek. Ponadto działa przeciwbakteryjnie 😊 Cudownie nawilża i spulchnia skórę! 

W jej składzie znajdziemy na pierwszych pozycjach: 
  • wodę
  • żelatynę - działającą na skórę nawilżająco, ujędrniająco, liftingująco, przeciwzmarszczkowo i rozjaśniająco (np. ze względu na dużą zawartość witaminy K), przygotowywuje skórę na przyjęcie substancji aktywnych
  • gliceryna - nawilża, przyśpiesza procesy regeneracyjne, odżywia
  • sok z aloesu - wpływa na szybszą regenerację naskórka, zmniejszenie zaczerwienienia skóry, przynosząc ulgę i ukojenie podrażnionej skórze, posiada właściwości przeciwbakteryjne i przeciwzapalne, zwiększa syntezę kolagenu, i elastyny odpowiedzialnych za jędrność, i elastyczność skóry oraz podwyższa odporność na rozciąganie. Spowalnia procesy starzenia. Posiada właściwości nawilżające, usuwa martwe komórki naskórka oraz przyspiesza tworzenie się fibroblastów, co ma duże znaczenie dla regeneracji skóry suchej, chroni włókna kolagenowe przed utlenianiem, działa rozjaśniająco w zaburzeniach barwnikowych skóry.
  • kwas hialuronowy - działa przeciwzapalnie, stabilizująco na skórę. Pobudza regenerację skóry właściwej. Zwiększa elastyczność tkanek, opóźnia procesy starzenia, nawilża, rewitalizuje, ujędrnia, poprawia kontur twarzy. 
  • ekstrakt ze śluzu ślimaka - posiada bardzo silne działanie regeneracyjne i nawilżające, to wydzielina składa  z tzw. wielkiej czwórki: elastyny (zapewniającej odpowiednie napięcie skóry), kolagenu, kwasu glikolowego (oczyszczającego powierzchnię skóry ze zrogowaciałego naskórka, uwalniającego ją z martwych komórek, których zaleganie powoduje tworzenie się zaskórników) i allantoiny (których ilość jest oznaczana w każdej partii surowca i dopiero potem dopuszczana do obrotu) Działa na uszkodzony kolagen (kolagenaza), dostarcza hemocyjaninę bogatą w tlen niezbędny do kształtowania się kolagenu i tworzy sieć strukturalną dla fibronektyny. Glikozaminoglikany, wiążą peptydy miedzi i inicjują syntezę kolagenu silniej niż tretinoiny (witamina A) i witamina C.
  • hydrolizowany kolagen - odpowiada za utrzymanie wody w naskórku. Nawilża, zmiękcza i wygładza naskórek. Zmniejsza głębokość i ilość nawet bardzo wyraźnych zmarszczek, zapobiega wiotczeniu skóry, poprawiając jej elastyczność oraz napięcie. Przywraca skórze właściwą gęstość i spoistość, wyraźnie odmładza i łagodzi rysy oraz poprawia owal twarzy. Sprawia, że skóra staje się jędrna i sprężysta oraz dłużej zachowuje młodzieńczy wygląd.
  • krzemionka - stabilizator, przedłużający trwałość kosmetyków
  • retinil palmitate - niepowodująca podrażnień forma witaminy A - działanie naprawcze, przeciwstarzeniowe, odpowiada za syntezę kolagenu
A co potem? Retinol, substancje przeciwutleniające i konserwujące... 

Collagen Natural Face Mask (9 zł)

Ta maska ma bardzo podobny skład do tej poprzedniej... z tym, że śluz ślimaka zastępuje tu KOENZYM Q10 określany jest jako "eliksir młodości”, ochraniający skórę przed wolnymi rodnikami oraz spowalniający procesy starzenia się komórek, chroniący elastynę, kolagen przed degradacją. Posiada właściwości antyoksydacyjne. Skóra uboga w koenzym Q10 może być bardziej podatna na uszkodzenia przez wolne rodniki. Ma dbać o intensywną regenerację włókien kolagenowych, poprawiać elastyczność skóry, zapewniać jej gładkość i miękkość. 

Systematyczność w stosowaniu, a kontur twarzy ma szansę się podnieść twarzy, a stężenie cennego    Q1 skóry0 znacząco zwiększyć, co równoznaczne jest z naprawą i regeneracją skóry. Brawo!

GINSENG NATURAL FACE MASK (9 ZŁ)

To zapach tej maski odrobinę mi przeszkadzał... i to właśnie w niej znalazło się stosunkowo mało esencji. I w niej znajdziemy na jednych z pierwszych miejsc kwas hialuronowy, kolagen, aloes.  W zastępstwie za ekstrakt ze śluzu ślimaka i koenzymu Q10 występuje żeń - szeń -  zawierający naturalną kompozycję silnych antyoksydantów. Poprawia mikrokrążenie, pobudza procesy regeneracyjne. Wykazuje silne działanie przeciwzmarszczkowe i przeciwstarzeniowe żeń-szenia ze względu na wysoką zawartość ginsenozydów, które zwiększają zdolność hemoglobiny do przyłączania tlenu, co skutkuje lepszym odżywieniem, dotlenieniem komórek skóry, aktywuje i nasila zdolności adaptogenne, i antystresowe, poprawia stan i wygląd skóry, blokuje szkodliwy wpływ androgenów na skórę. Czyli mamy gładką, elastyczną z odpowiednią wilgotność skórę, poprawionym jej ukrwieniem i pobudzonym procesem odnowy komórek.

SNAIL GOLD, MASKA 4D (10 zł)

Ta maska ma prawie identyczny skład jak SNAIL MUCUS NATURAL FACE MASK. Te same składniki aktywne, ten sam sposób działania... różni się jedynie płachtą, która jest 4D, a więc jest zaciągana za uszy, co tworzy dodatkowe rusztowanie dla skóry. Dzięki temu, to w tym zestawieniu zdecydowanie najlepsza maska! Należy ją przechowywać w lodówce. 

SNAIL EXTRACT Multi Nutrient Mask (10 zł)

O tej masce to już Wam w ogóle nie muszę mówić ponieważ posiada prawie identyczny skład jak pierwsza i trzecia. Różnią się drobiazgami, lecz swoje działanie opierają na tym samych składnikach aktywnych. 

Wszystkie pięć masek sprawdziło się u mnie wspaniale - zapewniły mi domowe spa, zadziałały na moją skórę jak nawilżający kompres. Są warte zastosowania, można zwrócić na nie uwagę... w dodatku w pakiecie do maseczki otrzymujecie się osobisty bal maskowy 😉 Gorzej kiedy w tym samym czasie dzwonek brzęczy przy drzwiach.  😉 Moje serce zdobyła szczególnie maska 4D Snail Gold. Te maseczki to idealna opcja dla osób, które uwielbiają maseczki w płachcie - ja je lubię, choć moim zdaniem działają podobnie do zwykłych maseczek w "kremie". Jednak szczególnie dla tej maski 4D mogłabym od czasu do czasu... zmieniać swoje przyzwyczajenia 😊

A Wy? Lubicie maski w płachcie? Jeśli interesują Was te lub inne azjatyckie produkty mam dla Was specjalny rabat 😊

Wszystkie opisane przeze mnie maseczki znajdziecie tutaj: http://www.greenasia.eu/
Wystarczy wpisać w koszyku kod rabatowy: starakobieta, aby otrzymać rabat: 15%
na cały asortyment, wielokrotnego użycia

Kod będzie aktywny do 30.11.2017 roku.

Teraz mogę iść na bal, niekoniecznie maskowy 😀

13:47:00

Płatki otwierające oczy.

Płatki otwierające oczy.
Zdjęcia poszczególnych maseczek pochodzą ze strony: https://efektima.eu/online/pl/
Nie oszukuję się i Was nie zamierzam oszukiwać w kwestii, że położę sobie płatek nasączony cudownymi preparatami i ubędzie mi 15 lat. Nie ubędzie, ale... ale spowoduje, że wolniej przybywać ich będzie, jeżeli będziemy systematycznie dbały, zwłaszcza o skórę wokół oczu i to jak najwcześniej. Przyznaję ze skruchą, że ja tak nie czyniłam... wiadomo, młodej kobiecie ani w głowie myśli, że coś się w jej wyglądzie "zepsuje"... w bliżej nieokreślonej przyszłości. A jednak 😔

Tak więc nadrabiam czas i zaczynam dbanie o siebie - przede wszystkim dla siebie, ale też po to, by swoim widokiem nie dawać złośliwej satysfakcji innym, młodszym, albo po prostu nie razić estetyki patrzącej osoby. Jeszcze kilka innych jest powodów, ale o nich innym razem. Dzisiaj o płatkach otwierających oczy. 

To moje pierwsze spotkanie z żelowymi płatkami pod oczy marki Efektima. Spotkanie tym bardziej godne uwagi, że to produkty bardzo łatwo dostępne. Można je zakupić nie tylko na stronie producenta, ale np. także w Rossmanie. A jak wygląda sprawa cenowo? Ich ceny wahają się od 4 - 6 zł.

WINE - THERAPY Hydrożelowe płatki pod oczy na bazie ekstraktu z czerwonego wina to połączenie kwasu hialuronowego, witaminy E, C i B3, ekstraktu z czerwonego wina, protein soi, ekstraktu z alg, oraz olejku z kwiatów róży. Mają spowalniać procesy starzenia, zwiększać sprężystość oraz rozjaśniać cienie pod oczami, zmniejszać drobne zmarszczki. 

HIALU - LIFT Hydrożelowe płatki pod oczy z proteinami soi, kwasem hialuronowym, złotem, witaminami E, C i B3, alantoiną, heparyną, ekstraktem z alg, winogron, D - panthenolem, olejkiem z kwiatów róży mają za zadanie działać liftingująco, przeciwzmarszczkowo, zmniejszać opuchliznę i cienie. 

WHITE - COMPRESS Hydrożelowe płatki pod oczy z ekstraktem z mleka, witaminami E, C i B3, alantoiną, hydrolizowanymi proteinami soi, ekstraktem z alg, kwasem hialuronowym, różanym olejkiem, ekstraktem z winogron mają za zadanie rozjaśniać cienie i sińce, wygładzać zmarszczki pod oczami. 

Wszystkie trzy pakiety płatków są bardzo leciutkie, porządnie nasączone w płynie (zresztą jeszcze sporo płynu zostaje), dobrze przylegają do okolic pod oczami i nie zsuwają się. a tym samym nie utrudniają normalnego funkcjonowania - jedynie sprawiają, że wyglądamy z nimi na twarzy trochę śmiesznie - jak to zawsze z maseczką 😉

A jak z działaniem? 

Nie zamierzam Wam wciskać kitu, że dzięki nałożeniu tych płatków - pozbyłam się zmarszczek w okolicach oczu. Myślę, że aby dostrzec ich działanie redukujące zmarszczki i liftingujące - musiałabym stosować je regularnie - przynajmniej przez miesiąc. Po tych trzech aplikacjach mogę stwierdzić jedynie jedno: płatki z Efektimy widocznie odmładzają spojrzenie!

Bardzo je polubiłam, ponieważ cudownie radzą sobie nawet z silną poranną opuchlizną oczu. Raz dwa pozbywają się opuchlizny, bardzo dobrze nawilżają skórę pod oczami, a tym samym "otwierają" oko sprawiając, że spojrzenie staje się świeże, młodsze, a nasza twarz przez otwarcie spojrzenia - zyskuje! Pod tym względem sprawdziły się u mnie super - sprawiły, że poranki były łatwiejsze, a potem... także makijaż oka. Poprzez uzyskany odstęp między dolnymi rzęsami a skórą. 

Z takim spojrzeniem nawet świat w deszczu wydaje się słoneczny 😊

13:13:00

Na słodko-gorzko i na zdrowie.

Na słodko-gorzko i na zdrowie.

Babcia zawsze mi powtarzała, że "każdy je to czego mu brakuje, więc ty wnusiu cukru nie potrzebujesz 😉" Przewrotne to zapewnienie było z jej strony, bo tymczasem sama chętnie robiła smaczne syropy i soki... a jeszcze chętniej je smakowała. Tak więc z dzieciństwa pamiętam całą gamę kolorowych buteleczek, słoiczków z magicznymi owocowymi smakami. A nalewka Babci tzw. dereniówka, smakowana w ukryciu... tego nie zapomnę 😉mhm... mina (nie wróżąca nic dobrego) mojej mamy gdy mnie zobaczyła... po spożyciu... pamiętny smak!  
Dzisiaj, więc trochę wspomnieniowo 😉 na słodko-gorzko 😊

Syrop z owoców derenia (8,50 zł), czyli rośliny przybyłej do Polski z okolic Kaukazu - to prawdziwy, naturalny smakołyk. Smakiem przypomina trochę wiśnię. Jest naprawdę pyszny!

Idealnie sprawdza się: 

  • jako do dodatek do herbaty (i innych gorących napojów)
  • dodatek do twarogu, jogurtów (sos waniliowo - dereniowy do galaretki - zrobił u mnie prawdziwą furorę!)
  • jako baza do aromatycznych nalewek
  • a także samodzielnie - np. jako polewa
Syrop z owoców derenia oprócz tego, że idealnie wkomponował się do sosu do galaretki... także niejednokrotnie poratował moje gardło. Gdy zaczyna boleć mnie gardło, drapie mnie w nim... sięgam po łyżeczkę tego syropu. Ten sposób sprawdza się u mnie zawsze - działa niezawodnie! Przynosi ulgę, powstrzymuje u mnie rozwój bólu gardła i działa zapobiegawczo, działając jak balsam. 

Zawartość cukru w składzie może budzić pewne zwątpienie... czy aby to na pewno takie zdrowe, ale należy pamiętać o tym, że syrop ze Skworcu nie zawiera konserwantów i sztucznych barwników. Zawiera natomiast duże ilości żelaza, makro i mikroelementów oraz pektyn. Chociażby ze względu na zbawienne wpływ tego syropu na moje gardło - będę do niego powracała. 😊

Jarzębina do herbaty (niestety aktualnie niedostępna, ale warto zaglądać na stronę https://www.skworcu.com.pl/, ( pewnie się jeszcze pojawi 😊) nie zdobyła z początku mojego uznania. Słynie ze swojej dużej zawartości witaminy C,  kiedy byłam dzieckiem wszyscy powtarzali mi, że jest trująca... Dzisiaj wiemy, że dobrze przygotowana nie szkodzi, ale.... jest naprawdę gorzka i do samodzielnego jedzenia lub do mięs moim zdaniem zupełnie się nie nadaje. Gorzkość i cierpkość okropna! Także w zwykłej herbacie. Ale już ją otworzyłam... nie lubię wyrzucać jedzenia, a ją należy zużyć w ciągu 7 dni od otwarcia. Myślałam, myślałam... i wymyśliłam: zaczęłam kombinować z herbatą i jarzębiną, w końcu po dwóch próbach stworzyłam zestaw idealny dla siebie. 😊

Herbata a'la Stara Kobieta: 
  • zielona herbata
  • cytryna
  • mała łyżeczka miodu wielokwiatowego lub z lipy
  • czubata łyżeczka jarzębiny do herbaty
To dla mnie idealny, smaczny napar - rozgrzewa, dodaje energii i chęci do życia. W tej sytuacji, do jarzębiny z herbatą będę powracała - szczególnie w okresie jesienno - zimowym. Może nie codziennie, ale będę sobie robiła takie jarzębinowe kuracje 😁

Syrop z pędów sosny  (8,50 zł za 150 ml) to gęsty, słodki syrop, który także idealnie sprawdza się we wszelkich jogurtowych sosach. To zdrowa i bardzo smaczna alternatywa dla cukru dodawanego do herbaty oraz kolejna ciekawa baza dla nalewek. 

Syrop z zielonych pędów sosny także pomógł mi na gardło - ze względu na swoje właściwości wykrztuśne oraz detoksykacyjne. Dlatego polecany jest jako preparat wzmacniający terapię lecznicze w przeziębieniu i kaszlu. Olejek terpenowy zawarty w syropie - polecany jest przy schorzeniach układu krwionośnego, jednak z tego samego powodu - jednak przy jego stosowaniu powinny uważać osoby chorujące na przewlekłe schorzenia płuc. Co jeszcze dobrego w tymże syropie? Garbniki, flawonoidy i ogromne pokłady witaminy C 😊 Zdrowa pychota!
Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger