08:54:00

Kultura osobista*... Ona*

Kultura osobista*... Ona*
 

Bardzo! Wybitnie indywidualny alfabet kulturalny. Wzięty z doświadczenia ciągle nabywanego...   ciągle w drodze... życia (hurra! hurra!) Starej Kobiety.

Zupełnie niedokładny, nawet nieporadny, nie za bardzo składny. Okazało się, że w moim życiu niezwykle przydatny. Wiele wyniosłam z domu. Z tego, że Babcia, Mamo i Tato mnie nauczyli... srogo, ale z miłością na mnie patrzyli. Kultura osobista to taki rodzaj kultury, który dotyczy każdego z nas. Codziennie, w trakcie całego życia jej się uczymy. Dochodzimy nieraz łatwo, nieraz z trudem jak ważna Ona* dla nas jest. Zaczynamy rozumieć świadomie jak ułatwia wszystko cokolwiek czynimy w życiu. Choć jeśli chodzi o mnie to jakoś to wszystko naturalnie się odbyło (i nadal trwa... nie da się od tego uwolnić... Wielu ludzi (oprócz tych pierwszych od narodzin) mnie jej uczyło. Bez szczególnego wskazywania, nakazywania... po prostu tak zwyczajnie bez patosu. Wiem na pewno, że wystarczy minimum umiejętności naśladowania by wyodrębnić samodzielnie co dobre, a co złe. Ona, Kultura Osobista to jest droga i wiele jest na niej wszystkiego na  A i nie kończy się tak łatwo na Z. 

A - Autentyczność - czyli niewymuszona bezpośredniość w przedstawianiu siebie. Nieudawanie kogoś kim się nie jest... wymyślać można sobie na własny użytek i to jest całkiem miłe... Jestem Stara Kobieta i tym się chełpię. Przeszłości absolutnie nie uważam za  Raj, bo jeszcze wczoraj to była teraźniejszość ;-) i wcale nie było tak fajnie... wiał wiatr, wpadły  mi klucze, gdzie kto inny bardzo postarać musiałby  się, by wcisnąć je tam... A jaak? Ja to zawsze z fasonem wszystko robić muszę :-))

B - Być... nie dla dla siebie tylko... być niezaprzeczalnie dobrym bez pijaru, bez marketingu... nie być pustostanem z wisienką, lecz całym słoikiem wiśni. Nie każdy może robić wielkie rzeczy, ale każdy może robić małe rzeczy w wielki sposób... tak tworzy się Kultura bycia.

C - Co odpowiednie - pamiętać! Zapominać co nieodpowiednie... dawać świadomość innym, że tak się w sobie ma... to jest wielka umiejętność i wysoka kultura... nie wypominać  komuś bez przerwy, nawet  niekiedy po latach - kiedyś popełnianych błędów... a przypominać, cudowne chwile.

D - Delikatność w gestach... nie, żeby zaraz z łapami i butami się w czyjeś życie pchać. Trzeba pomyśleć czego sami byśmy oczekiwali, albo zupełnie nie... To wymaga empatii, której  warto mieć w sobie wiele i nie pozwolić na jej uśpienie :-)

E - Estetyka jest obowiązkowa! Nie, nie tylko w ubiorze (choć bardzo wskazana ;-)) Estetyka słowa - by chamskim sloganem nie ujadać. Tylko jak najpiękniejszą polszczyzną gadać. Słów odpowiednich dobierać, żeby słuchaczowi miło było. Wszystko można powiedzieć... nawet  trudne w przekazie sprawy, ale w sposób przyjazny dla ucha... chodzi też o ton, timbre głosu... dobór określeń odpowiedni. Czasem każdemu może zdarzyć się k...a ;-) W końcu krew nie woda i nerwy wyrwą się ze swej wodzy... ale to nie może być przerywnik... jedynie  dosadne podkreślenie. I tu znajduję wytłumaczenie :-) No, bo jak  tu inaczej niż  k...a  nie powiedzieć jak Cię niezwyczajnie n........a ;-)

F - Fason trzymać bez względu jak los Cię ugina, jak fala znosi... wysoko trzymać głowę, nie pozwolić sobie na nią wejść byle komu... tym klasę swoją pokazywać tak Babcia mnie uczyła.

G - Grzeczność i uprzejmość. Zwyczajna i prosta: proszę, dziękuję, przepraszam i dzień dobry...  wszystko to z wdzięcznym uśmiechem. A w tym uśmiechu umyte zęby.

cH
- cHamstwo jest prymitywne... i tyle!  Za wiele przykładów w moim wielodekadowym życiu, które bym tu przytoczyć musiała... od bezwstydu, grubiańskości... przez ordynarność do wybryków chuligańskich, zbereźne zachowania... co wszystko oczywiście wyklucza, że ów osobnik ma Kulturę Osobistą... choćby jednocześnie nie wiem jaki był mądry i wiedzy o świecie więcej niż liznął. Przykłady mogłabym mnożyć, ale po co powielać zbędności ;-)

- Interesy przeprowadzać rzetelnie, a pracę wykonywać profesjonalnie. Tyle to znaczy np. by wykonując pacjentowi EKG  w Izbie Przyjęć szpitalnej nie opowiadać sobie jednocześnie dowcipów z drugą  Panią pielęgniarką tylko wsłuchiwać w cierpiącą osobę.

J - Jeśli nie jesteśmy punktualni, jeśli nie dotrzymujemy obietnic, jeśli nieuwrażliwieni na niepełnosprawnych ludzi, którzy żyją też wśród nas... jeśli tak wiele tych "jeśli" to zastanowić się wypada jak to zmienić(?) - wreszcie!

K - Krzyk, podnoszenie głosu to nie droga do załatwiania interesów... tak nie da się rozmawiać... Słabi ludzie wydzierają gardła w konwersacji. Nie mam tu na myśli krzyku rozpaczy i bezradności. To zupełnie inna kwestia. Kulturalny człowiek przedstawia fakty, spokojnie argumentuje lub z dyskusji wycofuje. I to jest okey.

L - Logicznie myśleć, a nie od razu plugawić wszystko...  ocenianiem zbyt łatwym i szybkim osądzaniem

Ł - Ładnie wyglądać w swoich indywidualnych możliwościach przypisanych do wieku... nie zaszkodzi. Miłe obycie do tego... z blaskiem serdecznym w oku - przyciąga ludzi. 

M - Muzyki słuchać... tej granej, śpiewanej i tej brzmiącej w ciszy. Muzyka wzbogaca nasz umysł i serce... łączy ludzi... Muzyka, której słuchamy określa nas... upiększa. Bez obcowania z nią jesteśmy ubożsi i nie możemy twierdzić, że w pełni wykształceni.

N - Nie! Odmawiać umieć... Nie, żeby komuś było źle, ale żeby go chronić, dokształcić... tłumaczyć co niewyobrażalne... np. śmierć ... w taki sposób by nie ranić. Nie! - istotne słowo w Kulturze Osobistej. Czasem mi go zabrakło, bo go nie wypowiedziałam, bądź sama nie usłyszałam. Stąd to wiem.

O - Oczytanym być mniej czy więcej (ale starać się by więcej;-)) Dorotko! - mówił do mnie Tato - poczytaj co nieco, bo coś głupio wyglądasz dzisiaj;-) (      ) I nic więcej na ten temat :-)

P - Przyzwoitym być - najważniejsze. Dla siebie samego... nie czynić zła i wtedy nie cierpieć, że źle się postąpiło... a skoro jednak tak nam się przytrafiło... to w porę bić się w pierś i szybko naprawić zło.

R - Rozumieć różnicę pomiędzy napisaniem Ty i ty... i że nie wszystko można załatwić SMS-em... np. zerwać długoletniego związku.

S - Skromność. Nie mylić z banalnością, staniem w cieniu, ciasnotą umysłową... taki umiar, rozwaga nie pozbawiona błyskotliwości, ale przemyślana i niewybujała... rozumna dojrzałość. Nieprzecenianie siebie - krótko mówiąc.

T - Takt. By nie zakłócić rytmu dobrych relacji przez brak powściągliwości w nakręcaniu swojego języka... zapomnieniu takiej dobrej maksymy, że "mowa jest złotem, srebrem milczenie". Nie koniecznie musimy zadawać pytania na tematy, których druga osoba poruszać wstydzi się, lęka... po prostu nie chce. A my to czynimy, bo ciekawość, bo próżność nas łechce... brr... to wyjątkowy brak kultury.

U - Ukrywać swoje złe nastroje umiejętnie... nie obarczać innych nimi zbędnie, lepiej chować skrzętnie... by nie zakłócać dobrej atmosfery spotkania.

W - Wyrażanie swoich uczuć w danych sytuacjach, zachowanie wobec starszych ludzi to wskaźnik Kultury Osobistej, która jest naszym wewnętrznym głosem mówiącym nam jak się mamy zachować. 

Z - Zasady i wzory postępowania są dzisiaj mniej sztywne niż kiedyś, ale pewne pryncypia nie mogą się poluzować... dla ogólnego dobra... i nie chodzi tylko o dobre maniery... o szacunek do życia w każdej postaci!  

Ż - Żarty. Żarty muszą być... człowiek, który nie zna się na żartach... nie wytworzył w sobie poczucia humoru, które się bierze też z dystansu do siebie i wiedzy ogólnej o świecie... taki człowiek ubogi jest choćby z milionem w kieszeni. Poczucie humoru daje oręż w walce nad przeciwnościami losu i absolutnie afirmuje naszą wolność... to niewątpliwy składnik Kultury Osobistej.

*Kultura Osobista - Ona... istotna niesłychanie, przydatna i ułatwia życie. Choć obawiam się obserwując teraźniejszość, że grozi jej wymarcie, jeśli nie będziemy jej odpowiednio, od dziecięcych lat kształtować w młodych ludziach... pokazywać co piękne, tłumaczyć co trudne, uczyć historii. Kultura osobista to nasza godność... wszystko można człowiekowi odebrać, ale Kultury Osobistej... jeśli mamy ją w sobie! to nikt nie jest wstanie jej nas pozbawić. Pod warunkiem? Że będziemy ją rozwijać i trzymać się w niej trwale!








19:00:00

Dylematy AGATY...

Dylematy AGATY...

Dzień coraz szybciej gaśnie, lato gorące przechodzi do historii, a ja się cieszę, że kolejne przeżyć mi się udało. Choć nie wszystko w nim tak jak bym chciała się poukładało. Wiatr strąca kropelki z lisków na drzewach, a ja się raduję, że nie jestem jedną z tych kropelek. I śpiewam sobie.. śpiewam... a kto Starej zabroni? ;) 

Śpiewam sobie jak kiedyś sobie śpiewałam na tę samą dosłownie nutę tylko z innym nieco tekstem, że: Sześć Dziesiątek mieć lat to nie grzech... he... he... i dalej: Ciągle umieć się śmiać, to nie grzech... z życiem być za pan brat... to nie grzech... lalala... laaa... Nie mieć forsy na gest to nie grzech... nic złego w tym nie jest i to też nie grzech... lala... lala... I dalej jeszcze i jeszcze raz... śpiewać na cały głos i życiu prosto w nos... to nie grzech.... lalala... lala...  Moje życie wciąż trwa... lalala...

I szczęście, szczęście jest we mnie... w tym co czuję, co wiem, co jem...  w tym, że ktoś chce bym zaopiekowała się jego psem. We wszystkim je odnajduję i tym bezmiernie raduję. W ludziach, rzeczach. Zwłaszcza w tych pierwszych, których pragnę jak kania dżdżu, by byli ze mną tu i tu i w tym, tamtym i owym.
Że jeszcze chce mi się marzyć, tęsknić i nie bezmyślnie w tym życiu tkwić tylko działać, kochać i nudzie mówić stanowcze NIE! 

A tu telefon przerwał mi,  jesienne radosne ... lalala ... lala...

Dzyń... dzyń! Dzyń, dzyń, dzyń!
- Mam problem - usłyszałam głos mojej o 10 lat młodszej ode mnie Agaty.
- W czym mogę Ci jakoś pomóc ? - zapytałam ostrożnie. W ostatnim czasie moje plecy uginały się nieco od własnych trosk i problemów. Ale co tam :)
- Dawaj! - zachęciłam lakonicznie.
- Czy Twoim zdaniem dojrzała kobieta ma prawo do szczęścia, miłości, dobrej zabawy... mimo dolegliwości, jakie się pojawiają... mimo doświadczeń, które czasem ciążą?
- Głupie pytanie! To oczywiste. A coś bardziej do rzeczy?
- To wobec tego, dlaczego kobietom dojrzałym przypisuje się role babci, mentorki czy pola ćwiczebnego... nie mówiąc już o starej d....  itp, itd. Jeden z młodszych mężczyzn poznanych przeze mnie w internecie zwierzył mi się właśnie, że zawsze zastanawiał się jak to jest zasypiać i budzić się przy starszej kobiecie? Wyobrażasz sobie ten romantyzm? Że niby starsza pani śpi inaczej?
- Tak, jasne! Z otwartą gębą... znaczy buzią bez zębów, bo szczęka naturalnie spoczywa w szklance obok, a wszystko to spowite zapachem naftaliny i strumieniem kapiącej śliny na haftowanej pierzynie. Zamiast z Tobą gadać... niech zadzwoni do Macrona i  z  nim sobie wymieni poglądy. Ja bym się tym nie przejmowała. Swoją drogą to moja Babcia mawiała, że "w starym piecu diabeł pali", co oznacza, że dojrzali ludzie też mają temperament i to czasem zaskakująco duży;-)
A moja mama mówiła, że: "na starej p... najlepiej się ćwiczy" więc nie wiem co jest bliższe prawdy? Pewnie we wszystkim jest źdźbło prawdy... a jedno do drugiego i zbierze się prawdy miarka.. Choć jak się głębiej zastanowić to nie tyle zasypianie przy starszej pani jest problemem (jak jest do tego wszystkiego nudna :)), ale przebudzenie młodszego mężczyzny, która patrzy na Ciebie badawczo, analizując być może defekty, zmiany, które z wiekiem się pojawiają.  Zresztą nie znoszę określenia starsza kobieta... wolę Stara kobieta ... jest takie pełne wyrazu, krwiste, mięsiste ;-) a nie obojętne i wyblakłe..."starsza" podkreśla bardziej nijakość niż jakość. Ale odbiegłam od tematu.
- To normalne u Ciebie - fuknęła  Agata Choć jak się głębiej zastanowić to nie tyle zasypianie przy jak to wolisz starej pani jest problemem tylko przebudzenie u boku mężczyzny, który patrzy badawczo na nią, lustruje, analizuje defekty, zmiany, które z wiekiem się pojawiają. Zauważyłaś, że faceci bez względu na wiek szukają kobiet, które spełniają ich oczekiwania... nie biorąc pod uwagę ich wrażliwości. Młodzi marzą o nocach z seniorką, dojrzali przeprowadzają eksperyment pt. "pomarszczona skóra jest nadal wrażliwa", a starsi dowodzą sami ledwo już co dowidzący, że "są jacy są" tylko mnie kochaj ... ja cię oglądać nie muszę ;-)
- No może tak jest, ale nie generalizowałabym aż tak. Skoro nie udaje Ci się nawiązać nowych relacji damsko męskich... to  może wolisz pozostać przy roli babci i mentorki. To nie są złe role jak do nich odpowiednio podejść :-) Choć według mnie nieobecność mężczyzny wcale nie przeszkadza by ciągle by kobietą i się realizować.
- Ale co zrobić z tęsknotą za czyimś dotykiem, cierpieniem z braku bliskości z drugim człowiekiem?  Jak obejść się bez czyjejś obecności, towarzystwa, czułości?
- Świat pełen jest samotnych ludzi... tak kobiet jak i mężczyzn. Jedni szukają drugiej tzw. połówki ... dopełnienia, uzupełnienia lub przeciwności... jedni i drudzy chcą być spełnieni.
- Mam wrażenie, że dla dojrzałych kobiet przypada rola obserwatora lub "obiektu doświadczalnego" A ja chcę, domagam się, żeby ktoś zobaczył we mnie człowieka, który myśli, przeżywa, czuje, pragnie, pożąda.
- Każdy, na każdym etapie swojego życia potrzebuje miłości tak samo - to prawda bezwzględna. Tylko każdy wiek inaczej ją wyraża. Taka drobna zmiana.

Po rozmowie z Agatą myślałam trochę o jej problemie związanym (?) z co tu dużo mówić: brakiem  faceta. Zastanawiałam się czy na takim etapie dziesiątek lat na swoim koncie mamy prawo do pragnień, tęsknot, pożądania i miłości? Czy może już tylko do szacunku, a co gorsze: litości?

Zadzwoniłam do Agaty: Agato jesteś piękną i mądrą kobietą, i jeszcze pół życia przed Tobą... jesteś jak jesień, która nadeszła: złota, pachnąca, pełna zadumy, spokoju, ukrytych tajemnic... zamiast martwić się i wzdychać do ptaszków, które odfrunęły... zacznij swoją zmysłową naturą tworzyć sobie nową przestrzeń... pełną nowych barw, zapachów, z dobrymi, wesołymi myślami otwartymi na innych... lecz nic  na siłę... A wtedy przyfruną odpowiednie ptaki i nawet z jesieni wiosnę Ci uczynią... bądź cierpliwa i nie przestawaj być Sobą.

Lala lala... szczęście jest we mnie i to nie grzech :-)) A jeśli chodzi o pewnego pana? To ja dla pana czasu nie mam... jesień nastała! nacieszyć muszę się nią, a pan mi tu wygląda na nudnego dziada ;-) 




10:02:00

Narzekania... narzekania...*

Narzekania... narzekania...*

Narzekanie, czyli takie gderanie. Towarzyszy nam od pierwszego dnia, gdy jeszcze jako małe dziecko zaczynamy się orientować iż warto sobie pobajdurzyć, bo to przynosi korzyści wymierne. Lekki płaczek, grymasik, buźka w podkówkę, a już leci mamuś i tatuś by obetrzeć buźkę, pokiwać zabawką, dogodzić smakołykiem. Narzekanie to nieodłączny element życia każdego z nas, bo nikt mnie nie przekona, że nie lubi sobie czasem zwyczajnie ponarzekać (popie...ć ;-)), nawet specjalnie nie oczekując, a nawet wiedząc stuprocentowo, że marudząc i tak nie osiągnie zamierzonego celu. 

Biadolenie skutecznie zatruwa życie nam samym i wszystkim wokoło. Ale co tam... że sami się męczymy, innych tym sposobem dręczymy. Nikt nas nie chce zrozumieć, my też specjalnie nie przejmujemy się by wejść w położenie drugiej osoby... skupieni na sobie tylko przytakujemy i w duchu, w sobie myślimy jak te narzekania psują nam nastrój... mamy pretensje o to, że inni ochlapują nas błotem smutnych wyznań i refleksji. A sami? Nie inaczej postępujemy! I w ten sposób zamyka się koło ogólnego zatruwania sobie życia.

Bo gdyby to wypluwanie dręczących nas myśli miało na celu wywalczenie czegoś, poprawienie danej sytuacji... gdyby to było konstruktywne utyskiwanie powodujące, że coś lepszego na naszej drodze się stanie...
Ale niee! To zazwyczaj jest tylko bicie piany...

Aż doprowadzamy do takiej sytuacji, że nas nikt nie słucha, a i nas przestaje obchodzić co kto inny do nas w ucho dmucha. A przecież jasne jest, że nie wszystko idealnie się w życiu odbywa, zupełnie po naszej myśli. Tyle jest dziedzin i aspektów naszego życia od najmłodszych lat, które tak się układają, że nie sposób nie narzekać. Z drugiej zaś strony nic tak nie łączy ludzi jak wspólne marudzenie, niestrudzone zrzędzenie.

Bo krzywda nas spotkała jawna, bo czujemy się nieszczęśliwi... a powodów wiele, bo żali mamy cały wór to do tego, to do owego, bo zniechęceni czujemy się do czegoś wykonywania, czy upierdliwego sąsiada... bo zrozpaczeni utratą rzeczy, może bliskiego człowieka, bo grubi, nie tak już młodzi, bo dom za malutki, kieszeń zbyt pusta, bo inni mają lepiej, do tego piękniejsi... zdrowie podupada i tyłek boli i jeszcze to, że koleś ma fajną laskę, a ja ciągle nie...

Powodów do narzekania są tysiące niezliczone... bardzo błahe, bardzo ważne, istotne i funta kłaków niewarte. Taka kratka jęcząca... mniejsza, większa, grubsza, chudsza... czasem prawdziwa rozpacz, a czasem skarga niewielka, bo obiad przesolony i cena jego w restauracji też nadęta.

Lament, bo czasy nie takie, bo ludzie inni niż kiedyś ... obwinianie całej galaktyki o swoje nieudane prosperity, nietrafione wybory... Jak to wszystko ma być kolorowe i dobre? Skoro idziemy, biegniemy, czy wolniej czy szybciej ale z nastawieniem złym. Nie potrafimy odnaleźć radości w drobiazgach... codziennych małych rzeczach, a skupiamy na złych momentach i na ich podstawie oceniamy świat... nie widzimy mrówki, nie doceniamy pszczoły... marzymy o niemożliwościach, obwiniamy innych... 

Czyż dlatego iż nie wiemy, że wszystko ma swój koniec... nie mamy wrażliwości, która by nam odpowiednio podpowiadała jakie powinno być nasze nastawienie by życie nie było smutne (?) I zamiast pomyśleć z wdzięcznością o tym co mamy dobre przy sobie lub choćby nawet niestety kiedyś było, a teraz no cóż... jest trochę gorzej, to brniemy w te niedobre emocje i nakręcamy je... o tak, o tak... jeszcze mocniej!

Dlaczego narzekamy? Bo czasem to nawet przyjemne i wypić na pohybel innym, poskarżyć, i wykrzyczeć buchające emocje. Takie wspólne biadolenie potrafi nawet połączyć ludzi, zadziałać jako prosty, łatwy, choć niezbyt wykwintny środek porozumienia. Gdy wspólnie się czegoś niefajnego doświadczyło, albo nie lubi tego samego... to bardzo zbliżyć może ;-)

Tylko, że życie nie jest dla tchórzliwych ludzi... trzeba mieć odwagę by być... a narzekanie zniewala i siły pozbawia. Dlatego uważam, że jeśli nawet nasze życie nie toczy się tak jak chcemy, to jednak dopóki żyjemy to lepiej chwilę narzekania zamienić na chwilę refleksji jak wyjść z danej opresji... bez zbędnych współczuć, że życie nie jest jak powinno i wcale sprawiedliwe. No nie jest i nie będzie!... Pogrążanie siebie w niszczących emocjach narzekania nie sprawi, że stanie się lepiej, wygodniej, szczęśliwiej, że rzeczywistość spełni nasze oczekiwania. Tak nie będzie. Ale każdy, każdy ma jedną wolność, której nikt nie może mu zabrać... jest to wybór swojej postawy w różnych okolicznościach.
Wybór swojej postawy - to poczucie świadomości, że wiele jest spraw, na które można narzekać... ale jeśli? To trzeba to robić skutecznie. Tak poruszyć wszystkie tryby danej materii by z utyskiwania wyszło coś dobrego. A każde uczynione przez nas dobro wzmocni nasze poczucie wartości, a tym samym sprawi, że łatwiej, przyjemniej będzie się nam żyło. Narzekanie zamieńmy na życzliwe wsłuchiwanie się w problemy innych, a przedstawianie swoich wymieńmy z oskarżania i jęczenia, na
jasne ukazanie problemu do załatwienia. Ileż my przez to czasu zaoszczędzimy sobie i innym... zamiast pogrążania się w narzekaniach, rozmyślaniach jękliwych - wyłuszczymy zagwozdkę i pomyślimy jak ją skutecznie rozwiązać.

Niech narzekanie będzie tylko chwilowym jękiem dającym szybko do zrozumienia, że tu działać należy, a nie chlipać w rękaw. Chcesz zdobyć szczyt, to co narzekasz, że góra wysoka... pływania się zachciało? ... no wiadomo... woda mokra jest... radości pragniesz? To czemu tracisz czas na zajmowanie się nic nie wartymi ludźmi... wszystko określasz jako złe... znajdź czas i poszukaj dobrego czegoś... wiele jest dobra dookoła... uśmiechnij się do idącego po ulicy psa jak na ludzi patrzeć nie możesz, bo ciągle masz im coś za złe... Masz czas na narzekanie, na utrudnianie sobie tym życia, to znajdź też w nim czas na życzliwość! Nie! Nie do kogoś specjalnego...

Zacznij od siebie, od życzliwego do siebie nastawienia... przecież warci jesteśmy zwykłej, niewymuszonej życzliwości. Życzliwość to jest lek na wszystko, zawsze pomaga i nie da się go przedawkować. Być przychylnym wbrew ogólnym narzekaniom... mieć dobre nastawienie mimo, że wokół nie sielsko i anielsko... to ułatwia niesamowicie życie :-)

Czas jest jeden! Można na wiele go przeznaczyć... jeśli jedną dziesiątą (tylko!) czasu marudzenia przeznaczymy, wykorzystamy na życzliwe podejście do rzeczy.... to się zadziwimy jak wszystko może się cudownie poukładać, bez komplikowania sobie życia przez czasem zupełnie bezsensowne biadolenie... wtedy się okaże, że to co wiemy, czujemy, robimy może się równoważyć. Ale tylko wtedy gdy wybierzemy nasze odpowiednie nastawienie do sprawy.

Narzekanie to bezradność, to prośba, wołanie o pomoc, ale też zwyczajny jad, nieumiejętność radzenia sobie z czymkolwiek. Jak żalić się by bliskich nie stracić? Jak słuchać ich skarg? Jak sobie dać radę z tym wszystkim... wszak narzekanie to też objaw frustracji, gniewu, rozczarowania... Po każdej ze stron przecież są emocje... jak uspokoić nerwy, nie zepsuć relacji... jak sobie nawzajem pomóc?

Bardzo to skomplikowane. O wiele bardziej u ludzi niż u rzeczy ;-) Taki zawias jęczy, skrzypi u drzwi... a już właściciel leci i oliwką leczy. Samochód prycha i sapie... ledwo co, a  mechanik już mu filtry przepycha, wałkom, paskom prawidłowy obrót umożliwia. A człowiek? Powinien nauczyć się rozmawiać o swoich problemach, umieć poprosić i nauczyć się przyjmować pomoc... w tym wszystkim mieć życzliwe nastawienie. Tu potrzeba autentycznego współczucia, zaangażowania w rozmowie, na pewno przyjaznej atmosfery, a wniesienie dozy dobrego humoru, żarciku małego - może sprawi, że wykazana troska i ta wyjątkowa zdolność: odłożenia na bok na chwilę własnych spraw - spowoduje, że uśmiech do nas wróci. A przecież o nic, tylko o uśmiech we wszystkim chodzi! To nie jest tak, że świat się odwraca od nas i jesteśmy zmuszani do narzekania...

Narzekając chronicznie, a nie tylko tak okazjonalnie dając sygnał, znak... narzekając chronicznie zabieramy sobie czas... a tu d... trzeba wziąć w troki i działać... działać...

* Narzekanie... nie raz ja Stara Kobieta narzekałam. Wcale się tego  nie wypieram, ani udawać nie będę, że ogólnemu utyskiwaniu się nie poddawałam (albo zupełnie egoistycznemu;-))... ale hola, hola ... pomyślałam ... wiele od życia dostałam za co wdzięczna jestem...  a po co ja, żeby z kimś być będę mu przytakiwała i w jękach aprobowała... przez wzgląd na siebie lepiej jest kogoś do siebie zniechęcić, a zachować szacunek dla siebie i po swojemu w życiu się kręcić. A po swojemu, czyli po mojemu... to w żarcie, ironii, sarkazmie ewentualnie... z sercem na dłoni i uśmiechem na starej gębie :-))))



15:40:00

Dreszcze...

Dreszcze...

Tymczasem lato sobie mija, a mnie ciągle jeszcze przechodzą dreszcze.
To burzliwe lato było.... z jednej strony gorąco, a z drugiej zimne nieprzyjemne dreszcze. Albo gorąco takie jak dotknięcie rozżarzonym do czerwoności żelazem, albo zimno jak ze strumyka górskiego rwące.
Z różnego powodu te ciarki na plecach. Nie mówiąc o tych, które z braku ciepłego okrycia dręczą człowieka.

Tu mowa o mrowieniu na skutek emocji przeróżnych... miłych lub tych zupełnie niechcianych, a jednak przez życie dostarczanych... gdy wtedy skóra wręcz cierpnie na karku i plecach.
To też taka gęsia skórka, która się na rękach pojawia gdy słucha się muzyki sobie dedykowanej i czuje przyjemnie odczuwalne dreszcze... Tak, ona jest! jest dla Ciebie przeznaczona.
I dotyk miękki dłoni, głaszczący naszą skórę, gdy odczuwamy ciepło, spokój... ten dotyk nas koi i chcemy więcej... ale niczego innego poza nim.

Oni razem: muzyka muskająca ucho i dotyk delikatny powodujący zimno i ciepło jednocześnie, to jak zaproszenie w magiczny odlot... wszystko jest piękne, nie ma zła i tylko uśmiech trwa.
Wszystko ma swój czas... gdy pojawi się ta para, to wyjątkowa chwila... chcemy oby jak najdłużej przy nas była... i zapierała dech.
Są też takie spotkania z innymi, gdy czujemy się się lekceważeni, poniżani i wtedy trudno nam wyprostować ramiona, bo pomiędzy łopatkami czujemy prąd, który nam skórę pogrubia, a po niej spływa zimny pot.
Albo zgoła inne, gdy nasza nieoczekiwana u kogoś wizyta jawi się jako ta najbardziej wymarzona i wyśniona, i wtedy czujemy się jak obdarowani najdroższym darem świata... ta życzliwość dreszczem szczęścia nas oplata tak mocno, że chcemy wirować by schłodzić ciało gorącem buchające.

To wszystko - to emocje... jedne napędzające do życia, drugie spędzające sen z powiek... dreszcze...
I takie rozmaite, bogate, wielopostaciowe ciarki przeszywały mnie tego lata.

A zaczęło się spokojnie, słonko coraz wyżej iskrzyło, nadzieja kolejnego cudownego lata wokół głowy się kręciła ... choć ja stara już.
Przyzwyczaiłam się do siebie, takiej innej niż w młodości ... już mnie pogniecione ciało nie złości.
Gdy gaszę lampkę na stoliku nocnym, głaszczę się z lubością po udzie i upajam skóry gładkością.
Jest aksamitna w dotyku. Chyba dobry krem stosuję ;-) - uśmiecham się do siebie. Dobre to udo dla niedowidzących ;-) tylko palcami - nie wzrokiem się posługujących :-) 

Zasypiając drżałam lekko, odrzucałam na bok kołdrę przypominając sobie męski głos:
- Jesteś wyjątkowa, śnię o Tobie, tęsknię, chciałbym by "już" już było i przy mnie Ty ... i nie wypuszczę Cię wtedy.
- Czy to możliwe, że jestem jeszcze dla kogoś ważna?  -  rozkosznie jak mała dziewczynka przeciąga m się, wyciągam ramiona ... cudowne uczucie, nie pamiętać co było przed ... tylko teraz jest ważne.

Zapomnieć o bzdetach zakłócających dobrą energię ... spotkaniu w kawiarni z zawistną koleżanką, która chciała mi udowodnić, że o niczym nie mam pojęcia. A sama z pouczającą gadką, nie potrafiła poprawnie wymienić nazwiska francuskiego filozofa, którego znajomością chciała przede mną zabłysnąć. Spokojnie przetrwałam, choć z tyłu głowy poczucie miała, że straciłam czas ... że poniekąd wiedziała czego mogła się spodziewać. Byłam dobrze, gustownie ubrana, w długie przezroczyste, powłóczyste spodnie, które dawały złudzenie spódnicy. Na wysokich koturnach czułam się pewna siebie. Maskowane uśmiechem poczucie niechęci z drugiej strony wytworzyło u mnie naturalny zimny dreszcz. On to schłodził moje emocje na tyle by nie dać ciętej, raniącej riposty.

Wybrałam obojętny, zdawkowy uśmiech.
To już ostatni raz ... cięcie! Więcej takich dreszczy z nieżyczliwości w moim życiu nie będzie! To już postanowione!
Bo to było byle jakie, szkoda słów i drżenie niepotrzebne.

Zygmunt umarł – zadzwoniła Róża. Spodziewałam się tego telefonu ... cierpiał od długiego czasu. A jednak to był szok ... przez chwilę nic nie czułam ... za chwilę poczułam... odprężający dreszcz, że Zygusia już nic nie boli, a  Róża? Ona i cała rodzina razem byli w tej chorobie, ich życie było spięte jej klamrą ... jeszcze pogrzeb i po godzinie ... "był"  ... odpowiednie słowo dla Zygusia.

Mimo 30 stopniowego skwaru, było mi zimno w długim rękawie ...
Na chwilę usiadłam, zapaliłam lampkę ... może być gorzej? ... boleśnie uderzyłam dłonią w stolik ... auł ... przestałam... uff ... może! ... otrząsnęłam się. Zgasiłam lampkę.
Przymknęłam oczy ... inne myśli przywołałam ....

Są! Jeszcze raz... krok po kroku ... jestem w Pile nad Brdą ... w Borach Tucholskich... pierwszy raz po 45 latach... pukam do drzwi i widzę wysokiego uśmiechniętego mężczyznę... po chwili uniesiona ponad ziemię ... w jego ramionach ... ach jeszcze raz, wzdycham! Czuję się jak mała dziewczynka, lekka jak motylek ... ! Czas zamknąć oczy i pobyć na tych wakacjach, w tych lasach, nad tą rzeką, jeziorem, pod namiotem, z rodzicami, na rybach i grzybach ... czas stanął w miejscu.
Dorota – tyle lat – szukaliśmy Cię... pamiętasz to i to? ... Krysia tu już nie mieszka i Danka się wyprowadziła, babka też w grobie i rodziców przy nas nie ma ... A Twój tato to był fajny gość i mama trochę strachliwa, ale przemiła i bardzo o wszystkich troskliwa ... I widzisz tu nie cztery chaty, tu cała jest wielka wieś :-)

I telefon zaraz: Jola, nie uwierzysz, Dorota przyjechała :-)

Dorota? Naprawdę? A to czort! Dawaj ją tu zaraz!
Ze wzruszenia łzy napełniły mi oczy, a śmiech jeszcze szerszy niż zwykle rozpromienił twarz.
Czułam się tak jakby wczoraj tu była, nigdy nie wyjeżdżała stąd ... pamiętali mnie wszyscy i chcieli by była z nimi. Najmniejsze włoski na moim ciele stanęły na baczność, a pomiędzy nimi leciutkie, cieniutkie prądy się przesuwały. Dla takich chwil warto, warto jest żyć!

Okryta już kołdrą, przewróciłam się na drugi bok. Odkąd zauważyłam, że śpiąc na jednej stronie, z tej jednej jestem jakby mocniej wyciągnięta, bardzo pilnuję się, żeby stan przygniecenia dla obu stron był mniej więcej równy ;-)
Głos karetki pogotowia nie pozwolił jednak oddać się spokojnym, przyjemnym myślom.
Zdrętwiałam. Na moment. Zupełnie tak jak tego ranka, kiedy ból między łopatkami nie pozwolił mi myśleć... lewa ręka była jak proteza ... zupełnie nie moja ... strach i wzmagający się ból... jestem sama ... nie ma koło mnie nikogo bliskiego... czuję, że pęcznieję w środku ... na opalonym świeżo ciele oprócz sieci zręcznie zakamuflowanych kremami zmarszczek zaczynają płynąć strumyczki wody... jestem cała mokra... strach... zimny, energiczny dreszcz i z drugiej strony gorący tnący pod lewym żebrem jak ostrym nożem... dreszcz ...
Telefon, tłumaczenie ... a kto, a skąd, a po co, a co się dzieje? 
Karetka, obcy szpital, daleko od domu, badania...  długo nie wiadomo... potem wszystko dobrze ... to dlaczego jak jest tak dobrze, to jest tak źle i boli, boli ... 
A jednak ulga... żyję ... w końcu czuję ból ;-)

To niedobry wspomnieniowy dreszcz... 
Kładę się na wznak, patrzę w sufit i ciepło przyjemne mnie ogarnia ... rozmawiałam dzisiaj chyba dwie godziny z Gośką i Marzena u niej była, Jola dzwoniła, Marta przysłała fajnego SMS – a... pożartowałam z Tomkiem, z Andrzejem ucięła super pogawędkę, ogrodnik zachwycił się jej kreacją, Pani z poczty życzyła miłego dnia, fajną muzę dostałam na fejsie, odezwała się też do mnie poznana w podróży Ela – przesympatyczna graficzka z Kilonii ... \

Błogostan -  ten dreszcz niech nie mija. 
Uśmiecham się zasypiając ... jutro będzie będzie dobry dzień. Wracam do gry!






10:55:00

Mój Kompan*... On*

Mój Kompan*... On*
 Pojawił się nie wiem skąd. Zastanawiam się jak długo przy mnie zostanie? Czy nadejdzie taki czas gdy odejdzie ten nieproszony gość? Może tak się stać, że zostanie we mnie tylko Onego* wspomnienie i może taka myśl, że czas z nim to nie był najgorszy czas? Wiele zależało i nadal zależy ode mnie.

Może ten czas z Onym to jakiś dodatkowy dla mnie prezent... specjalnie darowany, żebym coś zrozumiała... że dano mi go więcej niż sobie na to zapracowałam... być może dlatego forma musi być nieco inna.
Ta forma - to bycie z Nim.
Wydaje Mu się, że jest strasznie ważny. W różny sposób stara się mnie przekonać, że "zasłużyłam" sobie na Jego obecność w moim życiu.
Zupełnie nie jestem do tego przekonana ;-)

W alfabetyczny sposób przybliżę  Wam mojego Kompana:

Apodyktyczny - nieznoszący sprzeciwu taki na pierwszym miejscu jest ON*. Nie daje się zagadać i nie zna na żartach ani za grosz.
Bezwzględny – nie odpuszcza w wyjątkowych nawet sytuacjach, w których chciałabym poczuć się lekko i przyjemnie.
Cierpliwy - w dokuczaniu mi. Ten rodzaj cierpliwości, nie dzięki, której spotykają człowieka dobre rzeczy... to nie ta cierpliwość od posadzenia drzewka do zerwania soczystego owocu. To jest cierpliwość nikczemna; czerpiąca radość z braku istnienia.
Dupek tego rodzaju, pojawia się na każdego drodze. I chodzi o to jak sobie tę drogę ułożyć? Jeśli nie da się Go zupełnie z tej drogi usunąć(?)
Esteta to nie jest (zupełnie do mnie nie pasuje;-)) – nie zważa na to, że pocę się przez Niego... wykrzywia mi twarz, skręca wpół, zlewa potem, kłuje natrętnie, męczy, dusi, rwie i strzela choć nie ma spluwy. Sadysta... brr!
Facet. Zwykłemu facetowi możesz nawet wybaczyć, zapomnieć o nim po prostu, rozwieść się przed Sądem... Onemu nie wystawisz walizki za drzwi. Tak zwyczajnie nie da się usunąć. Może joga, masaże, farmakologia, terapia... wszystkie możliwości należy wykorzystać. 
Głupie myśli - podsuwa i jeszcze do ich realizacji podstępnie zachęca. Takie znaki niby ostrzegawcze daje (?) Zadręcza... Trzeba uruchomić wszystkie zapasy sił by Mu się przeciwstawić i nie ulec Jego natręctwu.
Hamulce –  On w ogóle ich nie używa, pędzi i ciągnie mnie w przepaść. Doskonale orientuje się, że trudno jest do mnie o części zamienne. Wykorzystuje i mą chwilową paniką rajcuje. Ale trafiła kosa na kamień ;-)... ja też nie mam hamulców i żyję jak na piątym biegu... bez rozpamiętywania, bez żalu, bez smutku... tu i teraz, bo życie jest za krótkie by trwać w jakimkolwiek innym niż szczęśliwym stanie (mimo    Onego upartej obecności) :-))
Chaos – wprowadził w moją codzienność, zakłócił normalne funkcjonowanie... natężając muskuły udowadnia, że jest silniejszy. Słabe to jest – kopać leżącego ;-)
Istnienie. Istnieję! Właśnie "dzięki" Niemu wiem to na pewno! Czuję Jego obecność... Gdybym nie istniała  - Jego obecności bym nie odczuwała ;-)
Jestem człowiekiem - więc miewam chwile słabości i wtedy staję się Mu podległa (niestety;-)) Jednakże na krótko pozwalam Onemu na ten komfort bycia górą nade mną.
Krzyk – nie szept zawstydzony jak u sumienia, nie! zwykły codziennie używany głos – to krzyk właśnie wydobywa się ze mnie gdy mój Kompan mnie dotyka... och!
Listów - nie czyta więc nie piszę do Niego. Choć raz napisałam, wyłuszczyłam Mu wszystko... wykrzyczałam, że nie warto... wzięłam prysznic... zmyłam ile się dało... położyłam się spać i do rana przetrwać bez Onego się udało. Taki maleńki, pierwszy krok :-))
Łzy – nie da się Go stopić ani gorącymi łzami, ani zalać zimnym potem. Wytrzymały  jest jak skała.
Możliwości. Mogłabym istnieć bez Niego. Wcale Go nie potrzebuję do niczego. Nie wiem co On chce mi udowodni (?) A może domyślam się trochę (?)
Niemanie ;-) Nie ma - smaku, barwy, kształtu, zapachu. Ma tylko ciężar wielki i nim próbuje mnie zwalić z nóg... wypełniając sobą każdą komórkę, każdy milimetr mojego ciała.
On - mój Kompan – nie jest silniejszy od innych, ani mniejszy, ani większy – nieporównywalny. Dla każdego mógłby być czymś innym.
Pozbawianie. Pozbawia radości - sprawiając fizyczne i psychiczne cierpienia. Patrzę na siebie jak na mocno dojrzałe, ale jeszcze pokwitające;-) drzewo, a On? On do mnie dopada i widzę jak przez Niego więdnę.
Rozmaitości. Rozmaite sposoby ćwiczę by nie tracić cennego... przeznaczonego na co innego i w innym ujęciu niż ON mi oferuje... Czasu. Bardzo się cieszę, że On jest mój, a nie czyjś, kogoś bliskiego dla mnie. To  jest ten rodzaj egoizmu, taki cenny... wydaje mi się :-) kiedy nie chcesz dzielić się z kimś, ani nic dla kogoś, itp.
Szkody. Szkodzi mi Ten drań choć paradoksalnie to dzięki Onemu otworzyły mi się nowe okna... nowe, jeszcze lepsze spojrzenie na świat i jeszcze głębsze docenianie tego co mam!
Świat pogmatwany jest. Nic jednak na nim tak straszne nie jest jak On – obecnie  mój Kompan, który jednak każdego (tu mylić bym się chciała...! ) w jakimś czasie -  może też być niechcianym kolesiem.
Przy Onym może skutecznie odechcieć się być bohaterką.
Tworzenie. Tworzy smutek. Ten z kolei budzi złość. Ta rodzi nienawiść. W ten sposób buduje się łańcuch, który opasuje człowieka... dusi, odbiera oddech, bo wszystko inne staje się zupełnie obojętne... nawet czerwono-różowa torebka ta wymarzona, którą inna sprzątnęła mi sprzed nosa :-)))))
Usiłowania. Usiłuje zedrzeć z mojej twarzy szczęśliwy uśmiech, pozbawić nadziei.
Ale ze mną się nie zadziera :-))
Wracanie. Wraca - nawet gdy uda mi się Go na jakiś czas zniechęcić, odurzyć lekami, zalać ziołami, rozluźnić rehabilitacją. Walczę z Nim. I nawet gdy na chwilę Go pokonam, to On wypuszcza boczne pędy... zupełnie jak ścięte drzewo. Tylko w przypadku drzewa to jest to radosne odrastanie bocznych, zielonych pędów... w moim przypadku to okrutne, uporczywe wyrzynanie się po bokach... i... i  ech ... szkoda słów na to...
Zapomnienie. Zapomnieć o sobie nie dajee... niee...
Zniszczyć...  Zabić! nawet chce mnie!
... nim się jednak tak stanie to ja Go zaaresztuję, zniewolę ironą swą. Nic nie jest trwałe i wieczne... nawet ON – Jego imię to  -  B Ó L!
Ja (na potrzeby własne;-) zwę Onego -  Kompanem – Idiotą :-)
Wiem!
Nastąpi wreszcie zmiana. Powróci swobodna, niczym niezmącona radość, a równowaga zastąpi rozchybotanie i niezdrowe dreszcze.


Piszę o Onym - Tym Kompanie, Bólu, Idiocie – z dużej litery... nie z szacunku bynajmniej lecz bardziej pokory (nie lekceważę Go, ale?...)... no i żeby bardziej się nie wkurzył ;-)))
Odsuwam Go na bok w swoim myśleniu i poddaję się każdej teraźniejszej chwili... Jak tak sobie pomyślę, to Ból jest zawsze przy nas obecny... również w chwilach radosnych, miłosnych, tak w psuciu jak i tworzeniu.
Niepotrzebnie tak się na Niego naparzam :-)
Ten najbardziej rozdzierający tylko wyostrzył moje zmysły, zagłuszył nieistotne sprawy, a nie ogłupił na tyle żebym zapomniała, że Żyję!!! A On jest świadectwem tego -  (Idiota! ;-))




13:23:00

Żółć, żółć się wylewa... "Inna"*

Żółć, żółć się wylewa...  "Inna"*

I nie chodzi mi bynajmniej o to żółte z góry, które zamiast uśmiech na twarzy wywoływać, to zaczyna lekko swoim parzeniem irytować, źle na nas wpływać. Wszystkim, nawet tym spokojnym, koncyliacyjnym osobom ciśnienie zaczyna iść w górę. Co za tym idzie jedni drugim dokuczają bardziej świadomie czy też zupełnie niechcąco... wychodzić czasem prawdziwa osobowość, natura - zaczyna.

Tak! Na to słońce wielkie i parzące wolę zganić te przeróżne żółcią przyprawione, doprawione zachowania, bo nie chcę ani nikogo osądzać ani posądzać o złą wolę.

Czasami ta żółć jest nawet uzasadniona gdy czytam, że dzieci niepełnosprawne od września będą izolowane i koniec z integracją  ze sprawniejszymi kolegami... tylko szkoły specjalne (brr... jak to brzmi!) będą dla nich. Taka segregacja według mnie może spowodować w tych bardziej niedojrzałych głowach myśl, że są wybrańcy, lepsi i gorsi, a u tych chorobą doświadczonych, że nic nie znaczą... Te grupy tak podzielone przestaną się rozumieć... empatii jedni się nie będą mieli jak nauczyć, a drudzy z piętnem ofiary żyć będą.

Trudno by żółć w takim momencie człowieka nie zalewała, ale tak myślę, że jest ona jak najbardziej uzasadniona.

Kolor żółty ma też moja rozpacz, że z mojej osoby, którą jako zbiór matowych, ciemnych, kolorowych i bardzo świecących kamyczków – postrzegam – wykruszają się te świecące, na których powstałam... Zmarła Kora, Stańko Tomasz, niedawno jeszcze Wodecki, Irena Szewińska, przedtem jeszcze Pyrkosz, Szaflarska, Miecugow... nie wymienię wszystkich (nawet tych z ostatniego czasu) różnych sfer kultury, muzyki, sportu, którzy mnie ukształtowali. Oni – pisarze, poeci, muzycy, artyści, ludzie kultury – wrażliwi ... zostawiają po sobie coś, czego dokonali i to zawsze będzie o nich przypominać. A ja taki mały żuczek, szaraczek każdego dnia przez ich odejście staję się coraz biedniejsza, smutniejsza... czuję się jakbym sama odchodziła... i żółć ze złości mnie zalewa.

Lecz to innego rodzaju jest żółć... nawet usprawiedliwiłabym ją... choć niedobrze być sędzią we własnej sprawie... ta żółć motywuje mnie, żeby nie narzekać, cieszyć się tym, co mam, a nie martwić tym czego nie mam i zrobić coś by nie pozostało po mnie tylko nazwisko i imię.
Ale jest też żółć inna, która zatruwa nas i odsuwa od nas innych.

Rozmowa Starej Kobiety z nazwijmy ją "Inną", bo żadne imię nie zasłużyło sobie na to by być kojarzone z niżej przedstawionymi zachowaniami. Nie o imię tu zresztą chodzi lecz o wartości... o nich później.

''Inna" jest zadbaną, tuż przed czterdziestką przedstawicielką tzw. średniej klasy z ukończonym licencjatem, z dochodami powyżej średniej. Stąd możliwości (większe niż średnie) wojaży po Europie, eleganckie mieszkanie i samochód luksusowy. Niezła osoba, pomocna, życzliwa ale do momentu... do momentu gdy się dowiaduje, że kogoś spotkało szczęście i to jakby niezasłużenie, bo "Innej" bardziej się należy. Dłużej o nie walczy i przecież ma... ma i to i tamto, i na inne ją stać, i to ona warta jest wszystkiego najlepszego... "Inna" nie kto inny.

To "Inna" wszystko ma najlepsze  i wie wszystko też najlepiej... ale też "Inna" jest sama. Będąc w kilku związkach, nie znalazła jak dotąd dla siebie nikogo odpowiedniego, kto na "Inną" by zasłużył... bo to nie wystarczy by kochał ją i dawał jej wszystko czego zapragnie... a pragnie dużo... to i tak o wiele za mało... Bo wszystko musi być jak "Inna " sobie wymyśli. A myśli, że wszyscy to wokół niej durnie, tylko "Inna" jest najmądrzejsza.

Przez taki stosunek do ludzi, traktowanie ich z góry (choć to trudne przy jej wzroście) zraża do do siebie osoby... co zresztą jej wcale nie obchodzi, bo to ona za wszystko zło, nie siebie tylko tych drugich obarcza. W jednym dniu obrzuci cię prezentami, w drugim żółcią obleje i jadem ukąsi.
A dlaczego? Bo zamiast w sobie szukać odpowiedzi, nabrać dystansu do siebie i wykazywać szacunkiem do ludzi, to "Inna" uważając siebie za kogoś lepszego, zalana żółcią zazdrości i nawet łagodnej zawiści (którą starannie pod wystudiowanym uśmiechem ukrywa)... jest po prostu nieszczęśliwa.

Zamiast próbować się ogrzać przy radości innych, ona im jej zazdrości... zamiast smutek swój zmniejszyć dzieląc się z drugą osobą. "Inna"... owszem to robi, tylko później tę samą co do niej wyciąnęła rękę osobę wyśmiewa.

Nie oceniam "Innej" zachowania, postępowania... tylko żal mi jej.
Te emocje "Innej" nie sprawiają, że pięknieje. Gniew, frustracja powodują, że zalewa ją żółć i zaczyna cierpieć więc chce, chce się uwolnić od niej... tylko wybiera złą drogę... tą uwolnioną żółć zamiast wyrzucić gdzieś za siebie, wykrzyczeć gdzieś głośno za domem, wypłukać usta i zacząć od nowa... wylewa ją na innych.

Rozmowa 1:
  • Jestem szczęśliwa!
  • To dobrze. Nawet ładnie, naprawdę ładnie masz zrobione brwi.
  • Też możesz mieć takie. Chcesz to skieruję Cię do osoby, która tak ładnie mi je wyczerniła :-)?
  • No coś Ty... tu masz dłuższą, tu masz krzywo... tu jaśniejsza jedna jest... ja, ja to muszę mieć porządnie. Mnie nie wypada tak słabo mieć... ja jestem "Inna".
Rozmowa 2:
  • O jest winko, to co lubię, w promocji? Zwykle jest bardzo drogie.
  • Nie, nie kupuj... kup to tańsze... ja to co innego... mnie nie wypada pić taniego. Saama wiesz, ja to coś innego... hm
Rozmowa 3
  • Córcia mi się zakochała, maturę zdała i na studia wymarzone dostała, a ten chłopak to jest wspaniały... dobrze się rozumieją i ja mam z nim świetny kontakt... nawet powiedział, że chciałby, żeby ona za za 42 lata była taka sama jak jej mama teraz :-))
  • Każdy tak mówi na początku, by się przypodobać, a potem się okaże jak ściemniał. Po co się tak angażować? Pewnie nic z tego nie będzie... wykorzysta ją i rzuci...
  • Dlaczego tak mówisz? Ja wierzę, że się im uda i będą żyli długo, i szczęśliwie.
  • Jaaasne, jasne... ciekawe! ja jestem "Inna" i czemu mnie się nie udało?
  • ???
  • Głupia nie jestem, żeby z byle kim się zadawać.
  • ???
Rozmowa 4:
  • Jak było na wakacjach?
  • Super, dobrze!
  • Coś smutna jesteś?
  • Nie, tylko zmęczona. Od dzisiaj już w pracy. A Ty gdzieś jeszcze wyjeżdżasz?
  • Nie wiem, może do Grecji, może do Turcji, nie wiem co się wydarzy... mam te niezmienne kłopoty z kręgosłupem i nie chcę wyjazdu ryzykować, który miałby być niekomfortowy przez ból.
  • Tak? Ty wyjechać chcesz? Ja wszędzie tam byłam, ale w pięciogwiazdkowych hotelach i w tych stronach, no wiesz tych droższych bardziej luksusowych. Ty raczej tam nie pojedziesz... na co Ci takie luksusy? hm... i za co?
Każda następna dobra informacja z mojej strony już obyła się bez komentarza... widocznie "INNA" już żółci była pełna ;-) i wypowiedzieć nic nie mogła ;-)

Przy każdej tej rozmowie wydęte, z lewej na prawo przekrzywione, lekceważące usta "Innej"... jedno oko też w powątpiewaniu uniesione, drugie z lekceważącym mrugnięciem. Jej frustracja z powodu mojego dobrego humoru i moje próby do sięgania do tej półki, które "Inna" uważa za  specjalnie zarezerwowane dla niej... bo jest "Inna"... ważniejsza, młodsza, ładniejsza, mądrzejsza, majętna bardziej na pewno... ta gorycz i niezadowolenie, że ktoś taki, taki dla niej nikt ( Stara Kobieta, której kończy się droga) może ładnie wyglądać, cieszyć i radować, z uśmiechem paradować spowodowała, że zaczęła wylewać się z "Innej" żółć.
UFF!!!
Gdy się nam coś nie udaje i zaczyna nas to bardzo irytować, to nie złość, gniew i wylewanie złych emocji nam pomoże. Każdy ma prawo mieć gorszy dzień, ale gdy zbyt często nam się to zdarza przede wszystkim powinnyśmy zastanowić się nad sobą, a nie gromadzić własnego na swoje sprawy wzburzenia i trzepać nim po innych.
To zupełnie niepotrzebne.
Nie tędy droga.
Może aktywny sport, wysiłek fizyczny by się odstresować, posłuchanie życzliwej rady, nie negowanie wszystkiego, nie lekceważenie innych, łagodność i dobre, serdeczne myśli zamiast psucie sobie wątroby.
Nikt (tu się powtarzam) nie wie wszystkiego najlepiej, ale zalewając się niepotrzebnymi złymi emocjami łatwo się pogubić. "Inna" – fajna babka jesteś, po co masz się utopić w swojej własnej żółci?

Kora już nie zaśpiewa, Stańkę też tylko z płyty usłyszymy, to są powody, dla których krew może  zalać człowieka , ale żeby się wkurzać, że ktoś jest szczęśliwy... wyrządzać mu przykrość wskazując, że nie należy do jakiejś wartościowszej puli... dlatego, że Tobie coś nie wyszło jak trzeba (?)
Może to przez to gorące słońce?
Tak, to napewno przez tą żółtą ogromną kulę :-)))

*Znałam jeszcze inną "Inną", starszą, w moim wieku, która również (pod płaszczykiem sympatii) swą żółcią mnie zalewała i próbowała zachwiać moją wiarą w siebie... nie mam już z nią kontaktu, bo nie ma powodu bym z własnej woli truciźnie się poddawała. Życzę Wszystkim by na żółć uważali ;-) i sami jej nie stosowali;-)
Na pytanie: dlaczego w rozmowie celną ripostą nie zareagowałam? Od razu odpowiem: chciałam! nie odpowiedziałam!... nie dlatego, żebym  się w tym błotku dalej nurzać chciała, czy kultura osobista nie zezwalała... Nie będę czarować! Ze zwykłego ludzkiego rozsądku!!! Gdy ja mówiłam i "Inna" się pluła to jednocześnie w swoich dłoniach me ręce miała i ostrym pilnikiem piłowała. I co bardziej ja uśmiechnięta i zadowolona, to ona mi brzzytt po pazurach. Im ja się  bardziej wzbraniałam tym ona głębiej i opiłki po mych oczach leciały. To się wstrzymałam, język zagryzłam choć palce (z przykrości) u ręki mi drżały... Zaczekałam na ostatni czerwonego lakieru sznyt i... i uwolniona ze złej energii wróciłam w swój zadowolony świat :-))  Uff! Jak przyjemnie!




 

12:39:00

Fitomed – kwas hialuronowy i krem odżywczy pod oczy.

Fitomed – kwas hialuronowy i krem odżywczy pod oczy.

Niezależnie od pogody trzeba dbać o zabezpieczenie swojej urody.
A gdy gorąco jak w te dni, szczególnie, że wody tracimy (niestety nie tłuszczu ;-)) tak wiele – to skóra podwójnie zadbana być musi. A ta na twarzy to obowiązkowo! W końcu to nasza wizytówka. I tu z czystym sumieniem znowu polecę Fitomedu:


Krem odżywczy pod oczy z kocanką.
Cudowny olejowy skład z nagietka, kocanki włoskiej... dużo luteiny, oleju z nasion marchwi. czyli bogactwo beta karotenu.
Do tego olej z aronii, witaminy E, C  i cynk.

Ten bardzo bogaty skład już zachęca do stosowania tego specyfiku, który jest jak najbardziej naturalny.
Kremik doskonale się wchłania, jest wydajny i pozostawia to wspaniałe uczucie, że skóra jest nawilżona, odmłodzona, oko otwarte – czyli uczucie komfortu.
Nie będę rozwodzić się nad jego super składem... proszę wyjątkowo uwierzyć mi na słowo... gorąco takie, że laptop niebezpiecznie się rozgrzewa ;-)
Dodam tylko, że kocanka włoska, która jest w składzie tej odżywczej mieszanki to wspaniałe zioło, wyjątkowa też jako przyprawa do potraw... o niej osobno można by napisać cały referat... to ona właśnie likwiduje obrzmienia, opuchnięcia pod oczami i niweluje naczynka.

Najlepiej stosować go dwa razy dziennie... rano i wieczorem, żeby nawilżył nam odpowiednio skórę wokół oczu, wygładził, zredukował co nieco zmarszczki, a przede wszystkim odżywił... a jak kto zmęczone ma oczy to zawarta w nim *luteina pozyskana z kocanki, nagietka ukoi i złagodzi to zmęczenie (nawet u bardzo wrażliwych oczu, nie zaszkodzi :-)
Aronia – źródło antocyjanów, chroni przed promieniami UV i olej z nasion marchwi bogaty w prowitaminę A plus wyżej wspomniane wit. E, C  wspomagają utrzymanie delikatnej skóry wokół oczu, w doskonałej kondycji.
Cynk to zwiększa jej elastyczność bowiem uczestniczy w metabolizmie komórek (doczytałam;-))
To wszystko aktywne składniki... - przynajmniej dla moich oczu okazały się bardzo przyjazne. Kwas hialuronowy  dodany sprawia, że nawilżenie skóry się utrzymuje.
Nie ma jakiegoś efektu wow, ale trudno się go spodziewać w moim wieku. Lecz systematyczność stosowania tego kremu sprawia, że nie jest gorzej , a momentami bywa lepiej (jak to w życiu ;-))  i dobrze wyglądają moje oczy w swojej "skórzanej" oprawie.
Cieszę się, że ten kremik trafił do moich rąk i polecam go serdecznie :-) 


I wreszcie mój ulubiony kwas hialuronowy 1%
Ten to nawilża, wygładza naskórek, poprawia elastyczność i jestem przekonana, że zapobiega powstawaniu zmarszczek. Dodaję go do swoich kremów w zalecanym stosowaniu 30%. Można dodawać go do toniku i wtedy świetnie nawilża cerę tłustą.
Osobiście, codziennie stosuję go na noc i efekty wypoczętej, naciągniętej skóry – są naprawdę widoczne. ZAUWAŻYŁAM, że dodawanie kwasu hialuronowego do wszystkich przez siebie stosowanych kremów zwiększa ich działanie. Moja skóra jest na bieżąco regenerowana przez jego stosowanie.
I ja Stara Kobieta ciągle mogę cieszyć się jej młodzieńczym blaskiem.
Wcale sobie tu nic nie dodaję, naprawdę tak widzę :-)
Już dzisiaj nie potrafię sobie wyobrazić(choć wyobraźnię mam dużą), że na mojej półce w łazience nie stoi kwas hialuronowy z Fitomed :-))
I jeszcze jeden delikatny wkręt: różne są te kwasy - o większej lub mniejszej zawartości procentowej hialuronowej... ważne by zawsze jakiś stosować :-)
Tak myślę :-)

* Luteina to taki kobiecy hormon.
Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger