21:30:00

Kompleks Damoklesa - inni wcale nie mają lepiej

Kompleks Damoklesa - inni wcale nie mają lepiej

Często czujemy się gorsi, mamy do siebie pretensje, że tak bardzo odbiegamy od ideału, który sobie wyznaczyliśmy i chcieliśmy osiągnąć. I zaczynamy wpadać w kompleksy.

CO TO SĄ KOMPLEKSY?

W potocznym ujęciu to słowa, myśli, które znajdują się w naszej świadomości... nawet gdy je wypieramy lub są ukryte. Człowiek rozwija się, dojrzewa, wzrasta jego świadomość i na różnych etapach swojego rozwoju jest zmuszony zmierzyć się z różnymi kompleksami. Te kompleksy są zróżnicowane w zależności od wieku, płci, cech charakteru i środowiska, w którym się przebywa.

CO ROBIĄ KOMPLEKSY?

Często niszczą nam życie, bo wywołują niepokój, lęk, wstyd, poczucie niedopasowania. W zależności czego dotyczą... czy wyglądu - niezadowolenia z za dużego nosa, za małych piersi, otyłości - czy - spraw materialnych, wykształcenia, pracy zawodowej i tak dalej. Gdy zaczynamy się wstydzić tego jak wyglądamy, jak żyjemy, gdy przez to czujemy się gorsi, to z pewnością naszym problemem są dręczące nas kompleksy. Możemy je mieć na każdym punkcie i przez to życie może stać się nieznośne.

A PRZECIEŻ

Każdy jest idealnie nieidealny i jeśli tego nie przyswoi sobie, i nie pogodzi się z tym, to kompleksy spowodują, że przysłaniając nasze zalety sparaliżują nam codzienne poczynania i wtedy dopiero zaczyna być źle! Bo kompleksy potrafią wywoływać naprawdę silne emocje. Wiążą się z naszą samooceną, która bardzo się obniża wskutek ogarnięcia kompleksami przeróżnymi... choć czasem i taki jeden kompleksik wystarcza za wiele. Koło się nakręca i niewielkie problemy urastają do rangi wielkich, niemożliwych do przejścia. I wtedy koniec z przyjemnością odczuwania życia, bo nic nam nie daje satysfakcji. Zbyt duży brzuch, odstające uszy, brak odpowiedniej wiedzy, niemodne ubrania powodują nieśmiałość, nieumiejętność rozmawiania z innymi.

A TO JUŻ KROK

Krok do depresji. Bo człowiek odbierający sobie prawo do szczęścia przez żółte zęby, przez stary samochód, przez pomarszczone ręce, piegi na nosie... człowiek przekonany, że cechy jego wyglądu, stanu posiadania czy charakteru są godne wstydu jedynie... wtedy skupia się na nich nadmiernie... i to rujnuje jego życie. Czuje się nieszczęśliwy. Nie lubi siebie.

NAJCZĘSTSZYM KOMPLEKSEM

Najszerzej w społeczeństwie spotykanym, jest: zazdroszczenie innym warunków życia, odnoszenia przez innych sukcesów, idealizowaniu życia innych, przy głębokim odczuwaniu niesprawiedliwości i niezadowolenia z własnego życia.

BO TAK NAPRAWDĘ

Czyż nie zdarza się nam porównywać swojej egzystencji do sąsiada, przyjaciółki czy innych ludzi z pierwszych stron gazet... czy nie zastanawiamy się, skąd u nich takie szczęście w finansach, pięknym zamieszkaniu, wysokim wykształceniu (?) A my tu biedni, szaraczki, myszki nic nie znaczące, do tego chorujące i w NFZ się leczące... 

TO SIĘ NAZYWA "KOMPLEKS DAMOKLESA"

Zbyt niska wiara w siebie, zamykanie oczu na światło, bo przecież ono jest tylko dla wybranych, którzy mają ewidentnie lepiej (w naszym mniemaniu)  To przecież bzdura jest wierutna, bo każda największa gwiazda i człowiek najmajętniejszy na świecie, nawet tyran największy, najpiękniejsza kobieta, najzdolniejszy człowiek... wszyscy oni mają swoje problemy, kłopoty, choroby, emocje trudne. Nad nimi też wiszą chmury tak samo jak świeci słońce na niebie. 

A BYŁO TO TAK 

Pewien dworzanin z Syrakuz, o imieniu Damokles służył u tyrana Dionizjusza. Pochlebstwami obrzucał go każdego dnia, choć nieszczere one były, z zazdrości w jego ustach pojawiły się. Znieść nie mógł on, że Dionizjusz wszystko ma, na złotym łożu śpi i do tego wszyscy są dla niego mili. Damokles uważał go za najszczęśliwszego ze śmiertelników, zazdrościł mu wszystkiego i pomstował na swój los. Aż pewnego dnia Dionizjusz zaproponował Damoklesowi, że może na jeden dzień pozwolić mu się, wcielić w jego rolę. Oddać mu wszystko co ma i spać nawet w jego łożu, aby ten zobaczył jak to jest. Damokles szczęśliwy bardzo, chętnie przystał na tę propozycję i zaraz koło niego, pełno służby na jego kiwanie palcem było. Położył się na złotą kanapę pełen radości i uniesienia, z lubością przeciągnął... dopóki, dopóki nie spostrzegł, że nad nim wisi miecz zawieszony na jednym końskim włosie. W jednym momencie mu się odwidziało i luksusów, i świateł, i władzy już nie chciał. 

Zrozumiał, że w życiu Dionizosa tak lukratywnym, wspaniałym, pełnym władzy, też są niebezpieczeństwa, lęki, niepokoje, groźby nieznane, takie same, a może i większe niż w jego.

NAD KAŻDYM Z NAS 

Wisi jak miecz Damoklesa: kredyt w banku, niegodziwy mąż, egzamin nad uczniem, operacja na na sercu, wizja nawrotu choroby czy zbliżającej się śmierci, chociaż na niebie świeci słońce. A to słońce niezależnie co się w życiu pojedynczego człowieka zdarza, zawsze tak samo świecić będzie nadal. Sąsiad będzie się kłócił z żoną, rano do piekarni chleb przywiozą, jak zwykle przyjedzie śmieciarka, ktoś jeden się urodzi, a drugi umrze, ktoś wygra tym razem choć poprzednio stracił, albo na odwrót. To normalne. 

NIE MA CO ZAZDROŚCIĆ INNYM

I idealizować ich życia, odczuwając poczucie krzywdy, że się ma gorzej. Bo tak nie jest. Wszyscy mają jakieś problemy. Wszyscy. Nad każdym z nas wisi przysłowiowy miecz Damoklesa. Nad każdym inny, i na cieńszym lub grubszym włosie, ale wisi na pewno.

CO UCZYNIĆ, BY NIE PIELĘGNOWAĆ

Poczucia, że jesteśmy tymi gorszymi, nieszczęśnikami, nieudacznikami?  

1. Skupić się na swoich zaletach, na swoich mocnych stronach i te eksponować. Rozwijać się i mieć pasje i mało czasu na myślenie w kategoriach, że teraz to tylko gorzej być może.

2. Nie porównywać się z innymi, bo zawsze znajdzie się ktoś mądrzejszy, ładniejszy, bogatszy, lepiej ustawiony. Skupiać na sobie i tym co dla nas jest dobre.

3. Nie oczekiwać zbyt wiele, być zadowolonym z małych rzeczy, wtedy uzbiera się całkiem duże szczęście.

4. Nauczyć się być asertywnym i umieć powiedzieć NIE. Bo  NIE, to może być całe zdanie. Nie musimy się tłumaczyć nikomu ze swojego życia, ani słuchać innych ocen. Tym samym też samemu nie oceniać

5. Niezadowolenie z życia, marazm nie może by stylem naszego życia i pasją. To powinniśmy sobie uzmysłowić póki jest jeszcze czas. 

MOJA BABCIA PRAWIŁA

Nie srebro, nie złoto, nie młodość, uroda lecz to co masz w sercu i głowie, to najmocniej przy życiu trzyma. A każdy i bogaty, biedny, chromy i urodny, młody czy stary - każdy ma swój krzyż, który musi nieść. I czasami tego nie widać. Ale tak jest.

ZADAJEMY SOBIE PYTANIE

Gdy zachorujemy, gdy stracimy majątek, najbliżsi nasi odeszli, ukochany zdradził, jesteśmy samotni, niezrozumiani  - dlaczego nas to spotyka? Inni, jakaś Zosia, jakiś Staś to mają lepiej - Zosi mąż nie zdradza, a Staś taki zdrowy chłop - zazdrośnie stwierdzamy. Nie wiesz, może Zosia jest chora i nie może z bólu w nocy spać, choć taka elegancka wychodzi co rano do pracy. A Staś, to może i zdrowy jest, ale w pracy ma kłopoty, a kredyt frankowy musi spłacać za dom. Za moment, za chwilę też coś dotknąć ich może, tyle, że przesunięte to w czasie, a i teraz mają nie tak, jakby to sobie wymarzyli oboje.

NIE CHCĘ BYĆ NA MIEJSCU

Niczyim, ani na miejscu bogatej znajomej, ani pięknej sąsiadki, czy wybitnej profesorki... doceniam swoje miejsce w życiu. Takie mam... z problemami i radościami. Takie kocham.

Zawsze mogłoby być gorzej :-)))






13:26:00

PATRZĄC NA CÓRKĘ* - stereotyp Matki Polki

 PATRZĄC NA CÓRKĘ* - stereotyp Matki Polki


PATRZĄC NA CÓRKĘ MOJĄ 

Patrząc na córkę moją, która niedawno przywitała na świecie swoją pociechę, też córkę - pomyślałam, że warto przelać na papier swoje przemyślenia, na temat przemian zachodzących we wzorze osobowym Matki - Polki.

MATKA I POLKA 

Jedno i drugie brzmi dumnie. Ale osobno jakby mniejsze znaczenie miało. Bo matka to jedno, a Polka to drugie. Nie każda matka jest Polką, nie każda Polka jest matką.  Ale już połączenie,  powiedzenie: Matka - Polka, o to brzmi dumnie. Matka - Polka to ideał, pełen skromności i ofiarności. Tak postrzegana przez małe dzieci, istota dająca poczucie bezpieczeństwa i bezwzględnego oddania. Jej celem życiowym jest danie dzieciom całej siebie, bez popuszczenia sobie nieco cugli dla własnej siebie. W Polsce, przy panującej kontroli społecznej, kulturze, wzorców przekazywanych z matki na córki, matka nie może pozwolić sobie na słabość, na nieodpowiedzialność, na zagubienie, na łzy. 

TAKI JEST WZORZEC

Matka - Polka poświęca się dla domu, dba o rozwój swoich dzieci. Nawet pracę zawodową niejednokrotnie poświęca (sama rezygnuje lub zostaje z niej zwolniona), by nie oderwać się od całodobowych obowiązków domowych. Sama o sobie nie myśli, jej czas wypełniony jest wyłącznie zajęciami związanymi z troską o dobro maluczkich i tego, który przychodzi z pracy by odpocząć w domu.

Tak funkcjonuje Matka - Polka w zbiorowej świadomości i pełni rolę pewnego mitu społecznego. To owoc tradycjonalizmu, konserwatyzmu oraz wartości katolickich, które na naszym terenie miały przez lata ogromny wpływ na kształtowanie naszych wzorów postępowania. Czyli, Matka - Polka to postać wielofunkcyjna - zdolna do czynów heroicznych i to nic, że przeciążona pracą - w odbiorze ma być niezastąpiona w swoich kompetencjach, perfekcyjna, wytrwała i z oczywistym uśmiechem na twarzy.  "Instytucja totalna", która jest też menadżerem rodziny, szyją, która kręci dyrektorską głową swego męża i ojca jej dzieci. 

A PRZECIEŻ BYCIE MATKĄ, A BYCIE OJCEM, TO:

To zasadnicza różnica, bo to od matki wymaga się większego zaangażowania, a sankcje związane z niewłaściwym wykonywaniem czy zaniechaniem pełnienia obowiązków macierzyńskich są nieporównywalnie większe niż w przypadku obowiązków ojcowskich.

W TEN SPOSÓB TO:

kobieta - matka w naszej kulturze często przestaje być postrzegana jako kobieta - człowiek. Jej podmiotowością i tożsamością staje się bycie matką. Jej osobiste pragnienia schodzą na daleki (nawet nie drugi) plan, przez tą właśnie bogatą liczbę oczekiwań względem niej. Z dniem pojawienia się dziecka na świecie następuje modyfikacja celów i priorytetów. Naturalne to jest w tej nowej sytuacji, ale często prowadzi do zatracenia własnej osobowości, a nawet problemów psychicznych wynikłych  z tego ugruntowanego kulturowo wzoru idealnej matki, Matki - Polki. Takiej co to z godnością znosi nieprzespane noce, nie narzeka, nie żali się, ma zawsze idealnie wysprzątane, świetnie ugotowane... i tak dalej itp. Prawda jest taka, że lukier na tym tym torcie macierzyństwa wcale nie jest taki słodki. Pokazywane jest szeroko w mediach często wyidealizowane macierzyństwo, w którym macierzyństwo to suma samych radości. Takie przekazy są bardzo szkodliwe dla dobrostanu psychicznego kobiety, która nie chce przyznać się do swoich słabości i problemów i pracując ponad swoje możliwości, niszczy siebie, a i dziecka w ten sposób nie uszczęśliwia. Mimo rozwijającej się wiedzy na temat baby blues, depresji poporodowej i chęci rozwoju kobiet, kobiety jako matki spotykają się ze srogimi społecznymi ocenami. I przychodzi moment, że czują się niewystarczające, nie tak dobre. Zadają sobie pytania: dlaczego ja nie potrafię tak dobrze spełnić się w roli mamy. Obraz fałszywie przekazywany, wyidealizowanej rodzinki, uśmiechniętej, dobrze ubranej i ciągnącej na smyczy wesołego psa, a obok rozkosznego kociaka... nie taki jest prawdziwy. Przemiłe brzdące mają kolki, nie dają spać, do tego płaczą... nie zawsze wiadomo z jakiego powodu. A uroczy psiak też ma swoje potrzeby, wybiegać się musi i siusiu też chce, bo inaczej wariuje zamknięty w czterech ścianach z ryczącą pociechą, która też nie pachnie fiołkami. A pani rozdrażniona, bo nie wie w co ręce najpierw włożyć, a chciałaby chociaż raz na tydzień zająć się sama sobą, nie mówiąc już o nauce, egzaminach, pracy i przespanej nocy.

DALSZE ZAŁOŻENIA WZORCA MATKI-POLKI

utrwalone w świadomości społeczeństwa, to założenie, że będzie ona stała na straży tradycyjnym wartościom, będzie sprzeciwiała się in vitro, aborcji i antykoncepcji, ponieważ rodzenie dzieci w konserwatywnych środowiskach nadal jest związane ze spełnianiem narodowego obowiązku. 

TO KRZYWDZI KOBIETY

To uwznioślenie ideału matki Polki. Krzywdzi kobiety, które nie chcą posiadać dzieci, a które ze swojego wyboru nadal muszą się tłumaczyć. To w świadomości szczególnie starszych pokoleń tkwi przekonanie, że kobieta musi mieć dzieci, być ostoją i gwarantem szczęśliwej rodziny oraz jej   tradycyjnego modelu. W nim nie ma miejsca dla potrzeb kobiety, jej samorozwoju, pracy zawodowej, świadomej prokreacji. 

Jednak wraz z sekularyzacją i laicyzacją społeczeństwa dochodzi powoli do osłabienia mitu wzorca Matki-Polki.

I NADCHODZĄ ZMIANY

Na szczęście odchodzimy od tego tradycyjnego wzorca i my, kobiety, zaczynamy dbać o siebie, swoją tożsamość, podczas przygody z macierzyństwem nie zapominamy o własnej kobiecości, realizacji własnych planów zawodowych i randkach z mężem. Nie dajemy się już zamknąć w czterech ścianach. Wiemy, że życie jest jedno (jedno dla każdego), a my nie jesteśmy jedynie inkubatorami, a potem opiekunkami, nauczycielkami, sprzątaczkami, kucharkami, inicjatorkami zawiązywania odpowiednich relacji w życiu rodzinnym. 

WSPÓŁCZESNA MATKA

To Super-Matka, która nie pozwala już wszystkiego co jest związane z macierzyństwem, włożyć na swoje barki. Jest świetnym logistykiem i pracą domową też obdziela męża, sprawcę jej ciąż i nie pozwoli by ten nie pamiętał, że dzieci nie są tylko jej. Radości z ich posiadania, jak też i problemy, muszą być dzielone na dwoje. Bo kobieta to też człowiek i ma prawo być wolna, niezależna, z pragnieniami i marzeniami niezależnie od posiadania dzieci. Nie może zapominać o sobie. 

BO TO?

Może się skończyć źle. 

Kobieta poświęci się dla dzieci, zapomni o tym by siebie zabezpieczyć poprzez naukę, wykonywanie pracy, zadbanie o swoje zdrowie... a jej dzieci? Pójdą w świat. Bo takie prawo mają! Zaczną żyć swoim życiem, założą rodziny. Bo takie prawo mają! Nie są własnością kobiety. Takie jest prawo!

A ona? W odpowiednim czasie nie zadbała o siebie i nie żyła, tylko dzieciom służyła... może się zdarzyć, że zostanie sama... ze wspomnieniami, które już historią są. A ta się nie wróci.

DLATEGO

Już na początku wychowania ślicznego brzdąca, on musi wiedzieć, że: jego mama nie jest idealna, ale wie ciut więcej od niego, bo ma doświadczenie życiowe, kocha go ponad życie, pragnie jak najlepiej dla niego, będzie wspierać i pomagać, ale na swoich zasadach, i bez ograniczania jej swobód. Nie jest jakimś super autorytetem, nie wie wszystkiego najlepiej, ale ma swoje prawa i robić jej wolno cokolwiek chce według jej uznania. Jeżeli swoimi działaniami nie krzywdzi nikogo, to wolno jej płynąć pod prąd, jak też leżeć i pachnieć, rozdać lub przepuścić zarobione przez siebie pieniądze... bo to są jej pieniądze... ma prawo do własnych ocen i błędów. Taka właśnie matka pozwoli Ci być kim chcesz i da Ci prawo do Twojej  strefy komfortu. Taka matka nie będzie Cię indoktrynować, pokaże cały świat i pozwoli wybierać z niego, to co Tobie się podoba. Taka matka to Skarb :-))

PATRZĄC NA CÓRKĘ*

Widzę, że jest jej ciężko łączyć pasje, rozwój osobisty z całym tym kształceniem, z "wariatkowem" gdzie wymagająca córcia, która jeszcze niewiele rozumie (jak to małe dziecko, jest egoistyczna nieco ;-)), do tego mąż zapracowany z coraz to nowszymi pomysłami na życie, jeszcze 35 kilogramowy psiak, który kochany bardzo jest i wymagający tak samo, do tego mieszkanie w ciągłym remoncie.... uff... Ale widzę też, że rozumie jaka jest jej rola, jaka powinna dla siebie być. I to już moja zasługa ;-)





17:12:00

O jedzeniu inaczej ;-)

O jedzeniu inaczej ;-)

JEDZENIE 

Jedni jedzą, żeby żyć, inni żyją po to, aby jeść ;-)  Należę do tej grupy, która kocha jeść.  Nie jem tylko po to żeby przeżyć. Dla mnie jedzenie jest niezmiernie ważne. A lubię dokładnie wszystko oprócz czerniny. Gotować, kombinować nowe produkty, eksperymentować, poznawać smaki, to dla mnie super zabawa. Apetyt bez przerwy mam :-) W samym jedzeniu (poza przygotowywaniem go) jest jeszcze coś takiego wspaniałego, że jest to przerwa od zajęć tak miła dla wszystkich zmysłów... smak dla podniebienia oczywiście, ale też zachwyt dla oczu, zapach dla nosa, a nawet dotyk gdy w ręku lśniące, gładkie jabłko się trzyma. A uszy? Uszy też mają podnietę, gdy skwierczy na patelni cebulka i szyneczka i zaraz rozbite zostaną w to jajeczka. Tak fantastyczna jajecznica powstaje. I ranek nadzwyczajny ;-) plus herbata biała.

JAK POWSTAJE DOBRE JEDZENIE?

Żeby dobre, smakowite jedzonko powstało, trzeba mieć w sobie wiele miłości, którą należy przelać w jego przygotowywanie. Nie raz już przekonałam się, że moje nastawienie danego dnia do siebie, do życia, ma wpływ na przygotowywaną potrawę. I ta sama, przyrządzana od lat, ulega ewolucji poprzez energię moją, aurę jaką mam wokół siebie, mój nastrój. Lubię i podobno umiem gotować smakowicie.  Rytuały przygotowania jedzenia, a potem jego konsumowania, to są magiczne chwile, które zbliżają ludzi albo ich od siebie odpychają. Dobre jedzenie oprócz znakomitych produktów, potrzebuje spokoju i cierpliwości. To jest warunek sine qua non!!!

NIESTETY

Proporcje między czasem, który należy poświęcić na przygotowanie jedzenia, a czasem przeznaczonym na jego konsumowanie są delikatnie ujmując, nieco zachwiane ;-)

PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA

Ta prawda w moim życiu sprawdziła się wiele razy. Gdy zwykłą sałatkę jarzynową zrobiłam i ujęłam pewien zespół ludzi, z którymi założyłam się, że to moja sałatka zachwyt wzbudzi, a nie ta przyrządzona nie przez byle kogo, bo szefa jednej z uznanych restauracji (w owym czasie, XX wieku). To był jeden z tych razów.  

TAJEMNICA SAŁATKI JARZYNOWEJ

Przepis jest taki:   

Ta sałatka tak smaczna bo, warzywa w niej zawarte...

  • nie są rozgotowane, tylko kruche;
  • wrzucane są na wrzący bulion i wtedy nie dość,  że kruche, to wyjątkowy aromat mają;
  • krojone są w kostki różnej wielkości, co sprawia, że walory jej smakowe rozchodzą się dłużej. 

Ogórki konserwowe z kiszonymi w proporcji według uznania też w sałatce nieocenione. Obydwa nadmiaru soku pozbawione. Pietruszka zielona drobno skrojona i oczywiście kolendra tłuczona w moździerzu i pierz zielony... co oczywiste przy odrobinie soli. To właśnie dodanie kolendry czyni z mej sałatki królową. Zamiast cebulki skrawanej zwykle, to biała część pora drobniutko pocięta, zabiera jej miejsce. Ten myk sprawia, że po paru godzinach sałatka nie jest sfermentowana tylko ciągle smaczna. I oczywiście jabłko w ostatnim momencie, dodawane tuż przed podaniem.

Dodaję też gotowane jajka grubo skrojone i szynkę w w kostkę niewielką. 

PRZYGODA Z GROCHÓWKĄ

W dziesiątym roku małżeństwa, wielokrotnie częstym jej gotowaniu, bo grochówka to męża ulubiona była zupa...,  dowiedziałam się jak ją gotować by smak grochówki jego mamy uzyskać, by uśmiech radości na twarz męża wywołać ;-) Jak zwykle namoczony groch na wędzonce, na wywarze z rosołu, z innymi warzywami gotowałam, majeranku nie żałowałam. Zupka na delikatnym płomyku gazowej kuchenki aromatu nabierała. Dzwonek do drzwi. To przyszła Krysia, przyjaciółka moja, co na tym piętrze mieszkała i często do mnie wpadała. Z różnymi plotkami z pracy, ciuszkami do wymiany... takie czasy były ;-) Do tego jeszcze kaweczka i kawałek ciasteczka, śmiechu było co niemiara... :-)) Nagle z kuchni, dziwny swąd, dymek jeszcze nadlatuje...  O rany... Grochówka się pali! Ile się dało, przelałam do innego garnka, brudny garnek z przysadzoną  do dna zupą schowałam głęboko do szafy. Czasu nie było. Mąż się zbliżał z pracy. Krysia czmychnęła do siebie... uff... 

Jak gdyby nic, wlałam smagniętą zbyt mocno ogniem, pachnącą ogniskowym dymem grochówkę do talerza i podałam mężusiowi. Sama zostałam w kuchni, tłumacząc, że wyjątkowo już jadłam wcześniej... ;-) i jeszcze pod pozorem przygotowania czegoś innego... w kuchni pozostawałam.

Wtem!

- Kochanie, wreszcie się nauczyłaś. Wspaniała ta grochówka. Taką właśnie gotowała moja mama! - wykrzykiwał radośnie mój mąż ;-))))

BIGOS I DOBRE WYCHOWANIE

Cudowna, tradycyjna polska potrawa - z kapusty kiszonej i świeżej, mięsa siedmiu rodzajów, grzybów suszonych, wędzonki, dziczyzny, z dodatkiem suszonej śliwki i czerwonego wina oraz owoców jałowca. Taki to bigos ugotowałam, serce swoje dodatkowo w niego wlałam. I na zaproszenie, na Święta Bożego Narodzenia z całym garnkiem w pewną gościnę wpadłam. A że z pustymi rękami nie wypada iść,  przyniosłam też łazanki (kwadraciki makaronu z kapustą kiszoną ugotowaną i borowikami) i śledzia w śmietanie, co z jabłuszkiem i ogórkiem świetnie się dogadywał. Potrawy przyjęto i? do szafy schowano, czy gdzieś. Na stole wylądowały kanapki, kapusta z grzybem i galareta z rybą i coś tam jeszcze. Potem kawa jeszcze była i makowiec, co zabrakło w nim maku. Zresztą posiadają oni wielką umiejętność, rzekłabym są sztukmistrzami w takim przyprawianiu wszelkich potraw, że wszystkie smakują tak samo...  nie mają smaku w ogóle. Atmosfera drętwa, ale cóż... sytuacja była taka, że trzeba było tam być. Na drugi dzień, też tam być "musiałam" (dla dobra innej, wyższej sprawy)... dalej nie wyłożono na stół moich potraw... słowa o nich nie powiedziano... oddano puste garnki. Zabrakło dobrego wychowania? Było i jest mi przykro nieco ;(

Od tamtego dnia jeszcze bardziej rygorystycznie unikam potraw. które mi nie smakują i ludzi, którzy je przygotowują oraz tych, których widok odbiera apetyt. I nic mnie nie już nie zmusi bym jadła w towarzystwie ludzi, wśród których traci się apetyt na życie. 

GOŁĄBKI I MAKOWIEC ZAWIJANY

W 3 dniu małżeństwa, lipcu 1976 roku, dowiedziałam się, że: kochanie jesteś mężatką, dokonałaś wyboru i chyba nie chcesz obarczać Stefcię (moja mama tak miała na imię) gotowaniem dla zięcia (?) - z wrednym uśmieszkiem wycedził mój świeżo poślubiony mężczyzna.

Ale tym się nie przejęłam wcale. Gotowanie to była dla mnie łatwizną. Nauczona byłam od dziecka. Nawet w szkole na ZPT (taki przedmiot to był w PRL) uczyłam się z przyjemnością tej sztuki. Bo gotowanie to sztuka, już wtedy to wiedziałam.

Poradziłam sobie świetnie... kapusty liście sparzone... w nie zawinięte mięso mielone, przypraw kilka i przesmażona cebulka. Całość upieczona, zasmażką z pomidorami otulona. Pycha. Obiad przepyszny, po nim popołudnie i wieczór, i noc. Egzamin zdany... dobra żona, choć młoda to z talentami, w tym kulinarnymi.

Ale przyszedł grudzień i z tym związane święta. Świąteczny, domowy makowiec i to nie z cukierni oczywiście. Babcia mnie ostrzegała, żebym się nie wkręcała z tym makowczykiem i lepiej sernik upiekła... i z niewinną minką mężowi zakomunikowała, że to pomyłka zwykła :-) Ale uparta byłam i mak mieliłam i wszystko zgodnie z przepisem... tylko ciasto chyba za rzadkie było i w zbytnią symbiozę z makiem weszło i się upiekło... a raczej upiekł, pełen zakalec. Ale nie w ciemię byłam bita. Zebrałam pieniążki i do Merkurego, gdzie w owym czasie najlepsze wypieki były. Ustawiona w najdłuższą z możliwych kolejek, dałam radę i nie jeden, ale dwa makowce kupiłam. W domu szybciutko i dokładnie lukier z nich zeskrobałam i do piernika gorącego wrzuciłam. Gdy wrócił mąż z pracy, to zapach piękny go już w drzwiach powitał. Ja w miseczce lukier kręciłam. Ujmującym spojrzeniem przywitałam męża i zakomunikowałam, że gdy makowce ostygną, to może też do wyrobu ich dołożyć swą rękę i pomazać z lukrem pędzelkiem. 

To było na tyle, a później jak się jadło, delektowało makowcem, było cudownie. Mąż dumny był ze mnie i wychwalał wszędzie. Co prawda w następnych latach, gdy już uczciwie sama piekłam makowca, mąż chwalił i owszem, ale dodawał: ten makowiec, który upiekłaś w pierwszym roku naszego małżeństwa był najwybitniejszy... chyba bardziej się starałaś ;-)

JEDZENIE MOŻE WIELE

Może połączyć w dobrej zabawie, ale też może zaszkodzić relacjom. Podawanie potraw, oprawa do tego, wiele może powiedzieć o nas. Znam ludzi, gdzie panuje zasada, że gdy przyjdziesz do nich z niespodziewaną wizytą.... to czym chata bogata i wszystko z lodówki na stół, piękna serweta, porcelana świecąca  i choćby tylko chleb ze smalcem i do tego kiszony ogórek... ale jest sympatycznie i miło.

Znam też takich, co na proszony obiad podadzą wyliczone pyrki i kotleciki przesuszone na wyszczerbionych talerzach, a do kawy po jednym cieniutkim kawałku arbuza... do tego rozmowa się nie klei, bo oni i tak wszystko najlepiej wiedzą, więc co tu jakiekolwiek tematy poruszać. 

I NIE O PIENIĄDZE CHODZI

Nie o pieniądze chodzi w dobrym jedzeniu i dobrym towarzystwie - tylko o duszę i poczucie humoru :-)))



18:36:00

JEDNO ZDANIE... ISTOTNE (addenda do zdań pięciu)

JEDNO  ZDANIE... ISTOTNE  (addenda do zdań pięciu)

POCZYTAJ... 

Poczytaj lepiej Danusia*, bo coś głupio dzisiaj wyglądasz ;-)

Tak zwracał się do mnie Tato, gdy byłam jeszcze dość mała i w sprawy dorosłych zbytnio się wtrącałam. Albo wtedy tak do mnie mówił, gdy czymś zajęty był, a ja zawracałam mu głowę. Albo wtedy, gdy zmobilizować chciał mnie do intelektualnego zajęcia, a nie do zajmowania się bzdetami. W różnych sytuacjach to zdanie dźwięczało mi w uszach. Najzabawniejsze było to, że ja od maleńkości uwielbiałam czytać i nie było z tym żadnego problemu. Sytuacje były nieraz komiczne, gdy pytałam o coś, prosiłam o wyjaśnienie, a Tato : poczytaj lepiej, bo coś głupio wyglądasz. A ja właśnie w trakcie czytania byłam i treść przeczytana do zadania pytania mnie skłoniła ;-)

Gdy opowiadałam mojemu mężowi, o różnych anegdotach z mojego dziecięcego życia, w tym o tej, o czytaniu dla polepszenia wyglądu ;-))... to on do końca swoich dni, przejął rolę Taty mojego. Gdy byłam nadąsana o coś na niego, czy niezadowolona, czy myślami gdzieś błądząca... to, żeby mnie wybić z takiego stanu, mąż powtarzał: "Poczytaj lepiej Danusia, bo coś głupio dzisiaj wyglądasz".

Tym cytatem czasem mnie rozśmieszał, czasem bardziej "podkurzał", w każdym razie sprowadzał na ziemię. Na naszych dzieciach ten cytat też był wykorzystywany. Z czasem nawet z dodatkowymi naszymi własnymi przypisami. W zależności do kogo skierowanymi i w jakich okolicznościach.

STĄD SIĘ WZIĘŁY INNE POWIEDZENIA

1. Nudzisz się?  Poczytaj, to przestaniesz. 

2. Jeśli nie jesteś grzeczny, to bądź chociaż oczytany.

3. Na razie jesteś młoda i piękna. To przeminie, więc teraz czytaj. Chociaż oczytanie Ci pozostanie ;-), a nie samotne "i".

4. Teraz czytanie Cię nudzi, potem Ty będziesz innych ludzi nudził.

5. Jesteś młoda, chcesz się bawić... zabaw się z książką, to zabawa najpewniejsza.

6. Ciągle, ciągle masz problemy... poczytaj... zobaczysz, że nie jesteś w problemach jedyny.

I było ich wiele, tych mniej i bardziej suchych powiedzeń... ważne, że trafiających odpowiednio do uszu i budzących zastanowienie. Czasem trochę ironii, niekiedy trochę złośliwości. A cel był jeden: otworzyć dzieci, na czytanie książek. Bo rodzic nie jest w stanie wszystkiego o życiu dzieciom powiedzieć. Pokazać też nie zawsze wszystko może. Ale wskazać drogę, podsunąć książki, uczulić na to, jak ich czytanie wiele może zmienić w życiu. Rola książki... ta poznawcza, ta rozrywkowa... tyle przeżyć, wzruszeń różnego rodzaju jakie może dostarczyć... jest nieoceniona.

JEDNO ZDANIE...

Zdanie wypowiedziane do małej dziewczynki w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku: "poczytaj lepiej Danusia, bo coś głupio dzisiaj wyglądasz" - to zdanie, trochę anegdotycznie brzmiące - miało wpływ na postrzeganie świata co najmniej kilku osób. Przyniosło wiele dobra.

ZE SWOJEJ STRONY

Ze swojej strony dodałam jeszcze,  w wychowywaniu najmłodszej córki, taki "horror" - gdy mała Alicja pytała mnie o coś, prosiła o wytłumaczenie, albo takie zwykłe pytanie: mamuś, stolicą jakiego kraju jest Addis Abeba? Odpowiadałam: wiem, ale sama musisz znaleźć odpowiedź. Poszukaj w encyklopedii.

- Ooo... nie wiesz mamuś, dlatego każesz mi szukać w encyklopedii - ze złośliwą satysfakcją stwierdzała mała Ala.

- To akurat wiem, ale chcę żebyś sama do tego doszła - lepiej zapamiętasz - odpowiadałam.

- Nie wie, mama nie wie  - cieszyła się Ala i nóżką tupała.

- Umówmy się tak. Napiszę na kartce jakiego kraju stolicą jest Addis Abeba, a Ty wejdziesz na stołek, zdejmiesz z półki encyklopedię i tak długo będziesz szukać aż znajdziesz odpowiedź na to pytanie. Zgoda?

Mała z oporami się zgodziła. Wdrapała mozolnie na stołek, z trudem wielką książkę z półki zdjęła i szukała aż znalazła, że Etiopii to stolica. A przy okazji parę innych informacji zdobyła.

Kartkę jej pokazałam. Jej treść zgodna była z tym, co w encyklopedii lecz o wiele skromniejsza - jednowyrazowa ;-)

Wytłumaczyłam córce, że wiedza w ten sposób zdobyta... z wysiłkiem i z książki... na dłużej zostaje w głowie. W ten sposób Ala już się mnie o nic nie pytała, tylko po wiedzę do książek sama sięgała.

No i dobrze, bo skąd ja bym wszystko wiedzieć miała :-)))))

Tak na marginesie: wspomniana encyklopedia z roku na rok na coraz wyższej półce leżała. Taka moja złośliwość mała ;-)

DZISIAJ

Kiedy, Alicja miała niespełna 11 lat samodzielnie założyła bloga książkowego i zaczęła recenzować książki. Ma ich w swoim domu... nie do wiary... kilkanaście tysięcy... są wszędzie. Gdyby tylko doba mogła mieć więcej niż 24 godziny, mogłaby Ala mieć żyć kilka tysięcy ;-)) W każdym razie dziś zapytana Alicja, o kraj Addis Abeby... żartobliwie odpowiada... wiem, wiem, czwarta półka od dołu i drewniany stołek, granatowa książka ;-))

A i TAK

A i tak nieraz jeszcze jej powiem: poczytaj lepiej Aluś, bo coś głupio dzisiaj wyglądasz :-)))))

*Danusia - imieniem Danusia nazywali mnie rodzice chociaż Dorotką byłam, bo zreflektowali się zbyt późno, że Danusię by woleli. Kiedy do szkoły pójść miałam, Tato wziął mnie na kolana i to wytłumaczył (ale  o tym już pisałam ;-)).

ŻEBY NIE BYŁO

Wiem, że dzisiaj przede wszystkim internety, wikipedia i te sprawy (sama korzystam). Wszystko jest dla ludzi. Ja jednak od książki, od książki bym zaczęła. Dla mnie to jest z jednej strony bardziej wiarygodne źródło informacji, z drugiej większa przyjemność.  Od szeleszczącej kartkami, z obrazkami, z rysunkami pięknymi lub bardzo skromnymi okładkami... życie małego człowieka powinno się zaczynać :-)



11:17:00

Pięć zdań

Pięć zdań

SŁOWA 

Słowa mają moc, tworzą naszą rzeczywistość i potrafią zmieniać nasze życie. Czasem niosą dobrą energię, a czasem strącają z piedestału naszej pewności siebie. Są słowa, których używamy codziennie nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Niektórych używamy w całym ciągu i tak powstają całe zdania. Te zdania mogą mieć magiczny wpływ, wywrzeć nawet presję na nas... w ten sposób, że zaczynamy się zastanawiać(?) i być może coś zmieniamy w sobie, albo wprost przeciwnie... jeszcze bardziej ugruntowujemy w sobie przekonanie, że czynimy dobrze. 

Inni bardzo wpływają, tym co mówią, na to jak sami o sobie myślimy. Moi rodzice... Tato bardzo dużo ode mnie wymagał i bardzo chwalił jednocześnie, gdy mi się coś udawało... tym samym wierzyłam w swoje możliwości tak bardzo, że nie było sprawy, której bym się nie podjęła. Mama zajmowała się stroną estetyczną mojego wychowania i dbała, żebym czysta, wyprasowana była, a wszystko to elegancko związane wstążką. Babcia zaś opowiadała i pokazywała jak to wszystko precyzyjnie połączyć, by dobra z tego dziewczyna powstała, co to poradzi sobie w życiu i jeszcze nikomu nie zawadzi... miło będzie na nią spojrzeć, posłuchać i tak dalej. Potem nauczyciele w różny sposób, używając przede wszystkim zdań dopingujących wpływali na moje decyzje. Zawsze znajdzie się ktoś, co powie coś, co sprawi, że zmienimy nasze postrzeganie siebie. Może nawet zaczniemy pracować nad sobą w innym kierunku, jeśli poprzedni był nienajlepszy, albo udoskonalimy się w tym, co z domu wynieśliśmy.

PODSUMOWUJĄC

Różni ludzie, różnie na nas, poprzez wypowiedziane słowa - działają.

I TAK... ZDANIE I

Będąc w II klasie Liceum wybrano mnie do odegrania (to zasługa mojej polonistki profesor M. Żurowskiej) w przedstawieniu plenerowym, na deskach sceny w Szamotułach, pod basztą zamku tamtejszego... rolę księżnej Beaty Kościelskiej, matki Halszki z Ostroga. Halszka była dziedziczką ogromnej fortuny, na skutek czego była zamieszana w liczne intrygi matrymonialne i polityczne. W nich to udział miała jej matka, która pod przymusem za niechcianego Łukasza Górkę, swą córkę Halszkę wydała. Bardzo ciekawa i dość skomplikowana to historia, w niej intryg pełno. Ale nie dziś o niej. Tylko o mnie, która w tej sztuce zagrała, a reżyserią zajął się Stanisław Owoc i Włodzimierz Kłopocki, aktorzy Teatru Polskiego w Poznaniu.

"POWINNAŚ ZOSTAĆ AKTORKĄ, doskonale umiesz nosić kostium historyczny, masz talent."

usłyszałam z ust wielu, opinie pełne niekłamanego zachwytu, które bardzo mnie przejęły. Zaczęłam się wtedy jeszcze bardziej interesować się teatrem, filmem, interpretacjami różnymi. Parodiowałam ludzi i sytuacje, tak w codzienności zwyczajnej. Nie zostałam wprawdzie aktorką, bo poznałam swojego męża, który wypowiadał inne ważne zdania... ;-) Ale miłość do teatru została, a umiejętności... hmmm nieraz wykorzystane przeze mnie zostały, by rozbawić kogoś, by przyśpieszyć jaką sprawę. Dużo by tu opowiadać np. jak zagrałam, bo bardzo potrzebowałam mieć paszport na pilny wyjazd, tak od ręki wydany. W dwa dni otrzymałam. :-))) Ale się działo :-)) Wszelkie zgrywy, których do dzisiaj nie boję się wyprawiać, bardzo umilają mi życie, nadają dystans do siebie, a moim poczuciem humoru zarażają, niejednego gbura rozbrajają, napięcie rozładowują :-) Gdy w pewnej rozmowie (żartobliwie w moim mniemaniu) na pytanie o pracę, odpowiedziałam, że  jestem aktorką ze spalonego teatru (czyli słabą aktorką nie odnoszącą sukcesów, tyle że robiącą dużo szumu wokół siebie)... w odpowiedzi usłyszałam: naprawdę? a który teatr spłonął? biedna pani... Musiałam być przekonująca ;-)) 

ZDANIE II

TY TO ZAWSZE SPADASZ NA CZTERY ŁAPY  - powiedziane z przekąsem, zazdrością, nawet ze złością. Wypowiedziała to zdanie, rywalizująca ze mną młoda kobieta (22 lata młodsza ode mnie), bliska mi, która nie wiedzieć czemu chciała ze mną konkurować i to w szerokim aspekcie życia. A tak się nie da. W rywalizacji wszyscy, którzy w niej udział biorą powinni startować z tej samej linii. Inaczej to nie jest rywalizacja. To żenada.  Ale to od tych słów zaczęłam się zastanawiać, jak to ze mną jest? I doszłam do wniosku, że... że faktycznie tak jest. Mam to szczęście, że los jest dla mnie niezwykle łaskawy i daję sobie zwykle ze wszystkim radę, mimo wszelkich trudności, i zawiłości jakie przynosi życie. Nie jedna osoba już by odpuściła, usiadła w kącie i zapłakała. A ja nie! A to dlatego, że postępuję według własnego przekonania, nie pytam nikogo o zgodę, wierzę, że wszystko jest możliwe. I nawet jak spadam, to nie jest tak źle, a czasem nawet lepiej niż przedtem :-) To porównanie do kota nie było życzliwe, bo sugerowało, że unikam jakiś konsekwencji z uczynienia czegoś złego. A nie, że kolejny wykaraskałam się z kłopotów (nie przeze mnie zawinionych) dzięki swojej zaradności, może specyficznej osobowości... zawsze pozytywnie nastawionej. Zamiast słów podziwu, że tak mi się udało, bo umiem zawalczyć o swoje życie, usłyszałam w tonacji poczucie niesprawiedliwości i zawodu. Od tego czasu czuję się jeszcze bardziej zmotywowana do tego, żeby nie dać po sobie "ujeżdżać jak na łysej kobyle", tylko działać. Dziękuję za te słowa!

ZDANIE III

ZAWSZE  MUSISZ BYĆ TAKĄ BARONOWĄ?  - usłyszałam zapytanie ;-) Dotyczyło, to tego, że "w Twoim wieku, to nie powinnaś tego i tego i po co te maniery; wydumane, precyzyjnie dobrane ubrania i słownictwo, i tak dalej, i tym podobne".  Może też, że jestem zarozumiała, za kogo lepszego się uważam... Bo? Bo wszystko nazywam po imieniu... zło nazywam złem, dobro dobrem - nie inaczej? Lubię przebywać z fajnymi ludźmi, jeść nawet jeśli suchy chleb, to na ładnej porcelanie. Bez względu na okoliczności zawsze dbam o swoją godność, którą wyrażam sposobem bycia, stosunkiem pełnym szacunku do innych, co nie znaczy, że nie upominam się o swoje prawa.

Słowa o "baronowej" -  bynajmniej, nie dotyczyły przykładu baronowej Krzeszowskiej z "Lalki" Prusa... bladej, skromnej, w ciągłej żałobie. Baronowa w określeniu mojej interlokutorki, to określenie sardoniczne, odwołujące się do tego, że zawsze dbam o szczegóły w doborze ubrań, słów, na każdy temat mam swoje zdanie i dyskutuję tylko na tematy, w których mam coś do powiedzenia, przywiązuję wagę do tzw. kindersztuby, krytykuję hipokryzję i indoktrynację, i mówię wprost... Jestem pewna siebie. I tyle. Jeśli tak zachowuje się baronowa, to niewątpliwie szlachcianką jestem :-) I nie ma się tu z czego śmiać ;-) Taka już jestem i nie zmienię tego.

ZDANIE IV

ALA, TO DA CI KIEDYŚ POPALIĆ - powiedziała do mnie starsza córka (może nieco zazdrosna), kiedy w sposób niezwykle pozytywny wypowiadałam się o jej 20 lat młodszej siostrze, która cechuje się pracowitością, ciekawością świata dotyczącą szerszego spektrum, niż u przeciętnego człowieka zafiksowanego tylko na sobie. "Dać popalić"... co miało oznaczać, że Ala mnie jeszcze w życiu wymęczy, dokuczy i tak mi da w kość, że z nerwów wpadnę w obłęd. I to będzie o wiele gorsze od tego jakie starsza córka wówczas miała ode mnie wymagania. (Może roszczenia?) Miała rację w pewnym sensie, ta moja Kasia. 

To tak w skrócie ;-) : samodzielna od małego była ta Ala... nauka, czytanie i jeszcze praca, zawsze radość jej sprawiały. Sama poukładała sobie życie, bez złotówki ode mnie. Teraz jest studentką, żoną, młodą mamą i  jeszcze znajduje  czas, żeby mi dać popalić :-))  Suszy głowę bym dbała o siebie, pilnuje bym wszystko miała, niczego mi nie brakowało, by nie skrzywdził mnie ktoś, gnębi bym nie zaprzestawała swoich pasji, bym odpoczywała jak najwygodniej, odczytuje moje pragnienia, które leżą jedynie w mojej głowie... katuje wymyślnym, dobrym jedzeniem, akceptuje moje wybory, bombarduje swą miłością każdego dnia. Dodatkowo jeszcze, gdy teraz ma córeczkę, która imię ma moje, to  dręczenie podwójne jest :-))) w uśmiechach, dotykach, czułościach. Masz rację Kasiu, nie mam czasu na nic... zamęczona jestem. Przez uciechy i fajne podniety :-)

ZDANIE V (jakby w odpowiedzi na zdanie IV ;-))

KOCHAM CIĘ. JESTEŚ NAJLEPSZA MAMĄ NA ŚWIECIE. I ZAWSZE MOGĘ NA CIEBIE LICZYĆ. Na takie dictum, cóż powiedzieć. Cieszyć się i nie zepsuć tego. Jak najwięcej o siebie dbać, by w dobrej kondycji jak najdłużej żyć i wspierać tych, którzy kochają nas. Bycie mamą, to nie jedzenie słodkiego ciastka... czasem to koszmar, udręka, czasem radość, tak samo jak czasem smutek... na początku odpowiedzialność za małego śmiesznego człowieczka, zachwyt nad pierwszym słowem... często płacz nad innym, w późniejszym dziecka wieku i irytacja lub duma. Takie to pomieszanie. Ale słowa, że jest się najlepszą mamą na świecie, to wzruszenie i podsumowanie, na które nie liczyłam, ale otrzymałam. I jestem za nie wdzięczna. Niczego więcej nie potrzebuję :-))

PUENTA

Oczywiście, więcej słyszałam zdań, które zapamiętałam i może niektórymi się nawet w życiu kierowałam, albo je odrzucałam. Trudno jednak pisać o wszystkich. Ani czasu, ani cierpliwości tyle. Nauczyłam się, że warto słuchać, i że nawet jeśli słowa ku nam wypowiadane nie są zbyt nam przychylne, to zawsze możemy znaleźć w nich coś, co dobre będzie dla nas.

A TAK NAPRAWDĘ... nie ważne jest to co inni myślą o nas, tylko to co my myślimy o sobie :-))





15:39:00

JESTEM SPEŁNIONA - Alfabety Starej Kobiety

JESTEM  SPEŁNIONA - Alfabety Starej Kobiety

SPEŁNIENIE, CO TO?

Spełnienie, to taki stan kiedy czujemy, że mimo iż parę rzeczy nam nie wyszło, nie ze wszystkim jest idealnie, to wiemy, że zrobiliśmy wszystko tak jak chcieliśmy i teraz możemy więcej, ale niekoniecznie musimy. Wędrówką jest życie człowieka - to prawidłowe stwierdzenie. I gdy już wiesz, że ta wędrówka zbliża się do mety... to albo jesteś z niej zadowolony, albo nie. Każde urodziny, które w kalendarzu określa dla każdego jakiś czwartek, któregoś lipca, lub marca i różnego roku, jak też innej godziny - to ten dzień, w którym jeśli mamy  już pełną świadomość, że przeszłość za nami jest o wiele dłuższa niż przyszłość przed nami, to wtedy nadchodzi nas refleksja, pytanie: jacy jesteśmy, czy szczęśliwi, co jeszcze może się zdarzyć (?) Wierzę, że większość z nas nie chciałaby nic zmieniać, tylko w zdrowiu jak najdłużej trwać. Przynajmniej ja tak mam.

ZASTANOWIENIE

Ostatnio miałam sporo czasu, żeby zastanowić się nad sobą. W jakim punkcie życia trwam? Co dalej, gdy pewne emocje już mnie nie dotyczą, a zdarzenia fascynujące być może też już poza mną? Tak krok, po kroczku zrobiłam sobie rachunek z przeszłości i "biznesplan" na przyszłość nakreśliłam. Odkreślam grubą kreską, co było i w teraźniejszości, która jest inna, trudniejsza niż 20, 40 lat wstecz, bo z krótszym biegiem do mety, co nie ukrywam, że mnie trwoży, bo bardzo kocham życie :-)Ale nie ma co naprzód martwić się, tym na co wpływu nie mamy, tylko iść... do przodu, bez cofania i zbyt długiego parkowania ;-)

Tak analizując siebie, stwierdziłam, że: JESTEM  SPEŁNIONA.

CO TO ZNACZY?

Spełnienie, to osiągnięcie wszystkiego o czym się marzyło, a czasem ciut więcej. Ważne żebyśmy my sami byli zadowoleni z tego co mamy. Zdarza się, że poczucie spełnienia przychodzi za późno i czujemy rozżalenie. Nigdy nie jest idealnie. I tak.... czuję się osobą spełnioną, tzn. szczęśliwą. Mam poczucie, że wzięłam ze swojego życia wszystko co najlepsze. Teraz bujając się w hamaku, myślę, że osiągnęłam wiele... choć nie zawsze świeciło słońce. Ale deszcz też był potrzebny, choćby dla ochłody gorącej głowy.

ALFABETY: O ASPEKTACH BYCIA SPEŁNIONĄ STARĄ KOBIETĄ

Trochę groch z kapustą... co literka, to inna iskierka - do życia zachęta :-))) 

Tak więc zaczynamy: 

A - AMBICJA. "Musisz być ambitna, nie możesz się poddawać, sama swoje sprawy załatwiać. Praca, talent, trochę szczęścia, ale przy tym, ambicja w życiu jest konieczna." Słyszałam to od pierwszych dni, kiedy zaczynałam kumać co do mnie mówi tato, mama i w szkole nauczyciele. I taka byłam, wszystko musiało być tak jak sobie wymarzyłam, a inni coraz wyższe stawiali mi poprzeczki... i tak skakałam... aż się dzisiaj obudziłam i pomyślałam: już nie muszę podskakiwać, teraz będę odpoczywać :-))

B - BIEDA dotknęła mnie kilka razy w życiu, tak samo jak i zamożność duża. Ale ani jedno ani drugie nie miało wpływu na to kim byłam. Zawsze starałam się być elegancka, zadbana i z podniesioną wysoko głową... aż do chmur nieraz, gdy bardzo źle było i wyprostowana, ale z pokorą gdy tak dobrze było. Zawsze się z innymi dzieliłam i jak mało, i jak dużo w portfelu było. Przez to, że nie fetyszyzowałam nigdy pieniądza.... na wszystko wystarczyć musiało. Zdrowie wtedy dopisywało, więc mimo, że trudno, to i tak łatwiej niż by się wydawało, było.

C  - CZAS... to najcenniejsze w życiu, zaraz po zdrowiu. Świadomość, że mam go coraz mniej, jest tysiące razy gorsza niż np. świadomość, że na coś brakuje pieniędzy. Bo cóż pieniądze mogą... kupić czas, sprawić by zwolnił tempo, by zatrzymał się w dobrym momencie? No nie. I tak mi żal, że tak mi dobrze jest, a niedługo skończyć się może... moja najmłodsza wnusia Dorotka uświadomiła mi, że idzie zmiana... najpierw to smutna była refleksja. Teraz jest radość niepojęta. 

D - DZIECI. Moje dzieci, to już dorośli ludzie ze swoimi życiami, problemami i radościami. Cieszę się, że są szczęśliwi, mają swoje dzieci... jeśli czegoś żałuję, to tego, że może zbyt mało czasu im poświęciłam. Moja praca i zapewnienie im wszystkiego co najlepsze, bardzo ten mój czas wypełniały. Na szczęście praca była moją pasją, dawała zadowolenie. Najbardziej związana jestem z najmłodszą córką, bo jej świat pokazywać musiałam sama. Gdy owdowiałam miałam 45 lat, Alusia 2 i pół roku. Ale dałyśmy radę! Dzisiaj ona już ma córeczkę. Alicja właśnie zaliczyła trzeci rok studiów z maksymalnymi wynikami. Jakaż jestem dumna. 

E - EKSTRAWERTYCZKA - to ja (mimo upływu lat), pełna żywiołu, gadulska obłędnie, roztrzepana, beztrosko optymistycznie nastawiona do świata. I wiem, że nierzadko gdy się odwrócę, to inni wymownie na swych czołach zakreślają kółko, którego ja miałabym być odbiorcą ;-) Ale niczego sobie z tego nie robię :-) To ludzie dają mi energię i nadają tempo mojemu życiu. Bez nich byłabym pozbawiona pasji życia w każdym aspekcie.

F - FRAJDA największa to to, że miałam (i nie straciłam) w sobie przekornego chochlika: gdy inni mi mówili, czy usiłują mówić nadal, co jest dla mnie dobre i nie chcą dać prawa do swoich odpowiedzi - to mam odwagę by skreślać ich, skreślać po całych dniach. I wcale mi nie żal. Ja pozostaję sobą.

G - GRZECH - to się Wam nie spodoba... ale moje grzechy, których na własnym ciele i duszy doświadczyłam, pozwoliły mi nie działać tylko wyobraźnią, marzeniami, tylko stuprocentowo żyć i docenić życie, kochać ludzi i świat. Cieszyć się, że jestem na nim. :-)))))))))))

H - HUMOR - poczucie humoru jest afirmacją mojej godności, wyższości nad tymi, którzy go nie mają. Niezależnie co mi się przytrafia, to poczucie humoru pozwala mi dawać sobie radę. To podstawa: umieć się śmiać z siebie, różnych sytuacji i innych wprawiać żartem, w dobre samopoczucie. Jestem fanką czarnego humoru, wręcz wisielczego i najbardziej bawi mnie jak ludzie nie rozumiejąc, odrzucają go. Może nie rozumieją, a może są zbyt ważniaccy, żeby go pojąć :-) Humor dodaje pieprzu do uczty życia, a mądry człowiek potrafi śmiać się ze swoich błędów, ale też wyciągać z nich naukę. Kpina z siebie tak wiele dodaje energii, że żadna używka nie da rady :-)

I  - INTELIGECJA w moim odczuciu, w dzisiejszej rzeczywistości... czasem wygodniej rżnąć głupa :-) Inteligencja niekoniecznie jest podstawą odniesienia w życiu sukcesu, ale niewątpliwie pomaga w radzeniu sobie z porażkami. Lubię rozmawiać z inteligentnymi osobami. Jak nie ma  ich w pobliżu, o nastawiam się na rozmawianie ze sobą ;-) Bywam czasem męcząca ;-))

J - JUTRO. Jutro jest niepewne, ale ważne jest to, żeby mieć świadomość, że wszystko zmienia się nieubłagalnie. I nie ma na to rady. W jednej chwili jest pięknie, w drugiej koszmarnie. Wszystko to przeżyłam i wiem, że nie mogę dać zmarnować się żadnej chwili, dlatego mam przekonanie, że jutro też muszę wykorzystać do cna. Tak jak ja chcę. Nie inaczej :-)

K - KREW - często powtarzałam, że nie mam czasu na sen, bo we mnie krew wrze do działania. Bo ja krew w żyłach mam =... nie zupę pomidorową ;-) I okazało się, stosunkowo niedawno, że to prawda jest, a nie wymysł mój... krew mam bardzo gorącą... hemoglobina i hematokryty nie mogą się w niej pomieścić ;-) Może stąd we mnie ta namiętność do życia i wszystkiego w nim :-)

L - LEPIEJ - mówi mój znajomy - to już było. I tak powtarza ile razy ze sobą rozmawiamy. A ja mu przypominam, jak to on kiedyś oczekiwał na czas, żeby lepiej i łatwiej było aż nie będzie trudności. Słyszę tu niezgodności ;-) Ja teraz mu mówię, że nie czas tracić czasu na to, że będzie lepiej, tylko w tym momencie powinien być szczęśliwy, bo oczekując, przypadkowo - może nie zdążyć :-)

Ł - ŁAKOMSTWO. Rodzice powtarzali, że ja nie jem po to, żeby żyć, tylko żyję po to, żeby jeść. Łakomstwo to grzech. To prawda niestety. Lecz łakomstwo w przeciwieństwie do seksu nie rodzi zobowiązań. Wyjąwszy zobowiązania wobec siebie, przemoc wobec siebie, swojego ciała. W ten właśnie sposób potrafiłam być nie raz baardzooo puszysta.... ale nie żałuję. Byłam też bardzo szczuplutka, taka figura jak dla hecy (z przodu plecy, z tyłu plecy). Babcia prawiła, że w pewnym wieku, to lepiej mieć pięć kilo za dużo, niż pięć kilo za mało ;-) i teraz to chętnie sobie powtarzam :-)

M - MĘŻCZYŹNI - byli i są w moim życiu. Jedni kochali, drudzy zdradzali, uczyli i ogłupiali... doceniali i stłamsić próbowali. Ale ci ostatni szybko się dowiadywali, że ze mną nie warto zaczynać. Wiele mnie nauczyli. Od pierwszego Witka w pierwszej klasie szkoły podstawowej, z którym mnie w parę ustawili, co wcale nie po mojej myśli było. Mężczyźni - mężowie, kochankowie, przyjaciele, tacy tam różni... na każdym etapie życia pojawiali się, znikali. Przeglądałam się w ich oczach i nie potrzebowałam lustra ;-) I dalej tak jest :-) Może dlatego, że niektórzy z nich nie mają tak dobrego wzroku, albo są mało krytyczni ;-)))

N - NADZIEJA. Nie tracę nadziei. Nadzieja według mnie - to nie przekonanie, że wszystko dobrze się skończy lecz pewność, że wszystko ma sens bez względu jak się skończy. Wtedy łatwiej pokonuje się trudności i nie ma na końcu rozczarowania :-) 

O - OGRANICZENIA. Zawsze jakieś są. Nie ma co udawać, że ich nie ma. Uczę się ciągle jak uwalniać się od nich i nie narzucać sobie bezmyślnie nowych. Rozumiem, że większość z nich mieści się w mojej głowie. Jeśli z czymś walczę, to jedynie z dręczącym myśleniem, że czemuś nie podołam, nie sprostam. 

P - PIEC - z niejednego pieca chleb jadłam i poparzyłam też nie jeden raz, dlatego nauczkę miałam i z  mijającym czasem starałam się być bardziej ostrożna w swoich poczynaniach. Starałam... ale nie do końca. Po prostu bywało, że wchodziłam w kłopoty jak w masło.... wierząc, że wszystko będzie jak trzeba. Nieraz porządnie narozrabiałam, ale jak kot, na cztery łapy, jednak spadałam ;-) Teraz nieco wyciszyłam się i bardzo cenię sobie tzw. święty spokój.

R - RYZYKO. Było i ciągle jest wpisane w moje życie, i każdego z Was, który chce żyć na 100%. Ja  starałam się żyć na 100% . W wielu sprawach zawodowych, prywatnych podejmowałam decyzje nieraz karkołomne, ale myślałam, że albo przez nie będzie mi lepiej, albo przynajmniej zdobędę doświadczenie i będę mądrzejsza. Czy się opłaciło? Jak to w życiu... raz tak... raz nie. Ciekawie było. W osiemdziesiątym dniu znajomości wychodziłam za mąż, w jednym dniu zmieniałam intratną pracę na inną, trudniejszą itd. itp. Szybko podejmowałam decyzje :-)  Nie nudziłam się :-))

S - STROJE. Zawsze lubiłam się ładnie odziewać, dodatki dobierać. Babcia mówiła, że nie szata zdobi człowieka, ale w pewnym wieku może ładnie zakrywać:-) Tak więc stawiam teraz na gustowne zasłanianie, a tylko buzi odkrywanie, w uśmiechu zniewalającym. Cóż, takie zmiany :-)

T - TWARDZIEL. Moje życie to jak obracanie się na kole, raz w górze, raz w dole. Musiałam wstawać, otrzepywać kurz i dalej jechać. Były momenty, kiedy moje koło zanurzało się głęboko w w bagienkach i zdarzało się, że chwilowo nie dawałam rady i błędy popełniałam. Do dzisiaj za niektóre płacę, ale jestem twarda... byle czego się nie boję... jeśli, to... sfrustrowanych, zazdrosnych, głupich ludzi.

U - UCZUCIA. Te istotne są bardzo... miłości i przyjaźni nigdy mi nie brakowało. To największa wygrana w życiu. Teraz też tak mam... mam się do kogo przytulić, do kogo zadzwonić i do mnie dzwonić też chce ktoś... i dzielić swoimi radościami, przemyśleniami, ale też smuteczkami, bo w życiu nie wszystko jest słodkie.

W - WOLNOŚĆ... wszystko mogę, nic nie muszę. Zawsze czułam, że wolność jest dla mnie najważniejsza. Zazdrość chorobliwa mojego pierwszego męża bardzo mnie martwiła. Czułam, że miłość taka mnie przytłacza. Znalazłam jednak sposób, by się uwolnić od poczucia uwięzienia w złotej klatce. I wszystko zaczęło działać inaczej. Jak to zrobiłam? Posądzana ciągle o zdradę, bardzo przykro mi było żyć w takim stanie. Więc? Faktycznie zdradziłam. Choć męża kochałam. Już nie miałam poczucia, że jestem omotana złą energią. Sama się z niej uwolniłam. Choć nie jestem z tego dumna. 

Z - ZDROWIE. Nic nie jest dane raz i na zawsze. Zdrowie też. Zacytuję mojego ulubionego Konfucjusza. "Mamy dwa życia - to drugie zaczyna się, gdy dociera do nas, że tak naprawdę mamy tylko jedno." Mam przekonanie, że zdrowie wymaga stanu równowagi między wpływami środowiska, sposobem życia, a własną naturą. Mam podstawy, żeby tak mówić - depresja też nie jest mi obca i z autopsji wiem skąd do nas przychodzi. Wiem jak ubierać twarz w uśmiech, choć w środku wodospad łez ;-) Ale wszystko po coś jest... czasem coś dobrego trzeba stracić, by coś lepszego dostać.

Ż - ŻMIJA. Przytrafiły mi się w życiu dwie żmije. Obydwie udawały wielką troskę i przyjaźń. Tak naprawdę, to zazdrosne były... nic złego im nie zrobiłam, tylko byłam... byłam sobą. Jedna wiedziała wszystko najlepiej, nie potrafiła rozmawiać tylko wydawać pouczenia. Druga w niewybredny sposób mnie oceniała. Ale wiem, że kobiety gadać muszą... niech gadają... to tylko słowa... ja wiem, kim jestem, co robię, co czuję i nic nikomu do tego. nie dam się więcej obrażać.... Jak komuś poniżanie, obrażanie sprawia ochotę, to świadczy tylko o tym, że jest niedojrzałym jełopem. Dla takich osób szkoda czasu... ja dobrze się czuję w swojej skórze :-))

PUENTA

Jak tu nie czuć się spełnioną kobietą, kiedy żyje się dłużej niż pół wieku i jest się bogatą kobietą, bo? Bo umiem cieszyć się z tego co mam:-))) Zdrówko by się przydało w większej dawce, ale cóż... Co dziesięć lat ustalam sobie ile mam lat (aktualnie 59) i tak żyję sobie spokojnie, nie przejmując specjalnie niczym :-)) Osiągnęłam swego czasu sukces w biznesie, byłam i jestem kochana, dałam światu nowych ludzi, godziłam wiele ról, jestem świadomą kobietą i ciągle głodną, i spragnioną, nieobojętną... Życzę sobie, by gorzej nie było i tyle :-)))




19:51:00

PRZERWA TECHNICZNA ;-)*

PRZERWA TECHNICZNA ;-)*


MIAŁO BYĆ TAK 

Stara Kobieta, czyli Dorota, miała dla Was prowadzić bloga, potem poważną stronę internetową, o tym co widzi, co ją urzeka, a co wnerwia. I mimo licznych turbulencji związanych z brakiem zdrowia, osobistych jakiś tam niekoniecznie sympatycznych spraw, dawała radę i pisała. Starała się opowiedzieć sobie i Wam wiele, zobrazować swój stosunek do swojego wieku i toczących się zmian. Pisała o tym, że nawet jeśli na barkach swych dźwiga coraz więcej lat, to tylko kręgosłup jej to nie bardzo znosi, ale w duchu i sercu ona wciąż jest taka sama. Czyli? Wolna, swobodna, wesoła, pełna energii i determinacji by jak najdłużej i najfajniej trzymać się życia. W oparciu o swoje doświadczenia, przeżycia przeróżne, pokazywała jak umiała jaki piękny jest świat, jak ważne jest życie każdego człowieka. Nie zawsze kolorowe, nie zawsze wymarzone, ale zawsze ciekawe i warte największych poświęceń dla jego przedłużenia. Pisała, co jest ważne, wartościowe, co się liczy najbardziej. O miłości, o śmierci... o dramacie związanym z tym, że zbyt szybko się starzejemy, niestety zbyt późno mądrzejemy. I tak dalej itp.

Jednym słowem, że życie i wszystko w nim, jest cudem.


AŻ TU NAGLE

Na świecie pojawiłam się "ja". Ja, czyli Dorota... raczej Dorotka ;-) Malutka ja, 13 kwietnia, o 3:31 we wtorek, przyszłam na świat. Moje przyjście było oczekiwane, ale i tak przewróciło świat nie tylko mojej mamy, ale też mamy mojej mamy, co Starą Kobietą się zwie. Jest XXI wiek, dwudziesty pierwszy rok tegoż wieku... na świecie pandemia.  

Siedziałam sobie spokojnie w brzuszku mojej mamy. Przyszedł jednak ten moment, że i ja musiałam opuścić swój bezpieczny błogostan, pod serduszkiem mamy i wyjść na ten ogromny, pełen światła i blasku świat. I stało się!  Zamiast pikania serduszka maminego, usłyszałam dużo innych piekielnych dźwięków. Przyznać muszę, że bardzo mi się to nie spodobało. Zwyczajnie bałam się i tulić tylko chciałam. Żadne łóżeczko, ani bujaczek tylko ciepłe ramiona mamy, ewentualnie taty, czy babci... jak tych dwoje nie dawało rady. Bo... taty wciąż nie było, bo ktoś pieniążki musi zarabiać na wygodę mojej pupki. Mama fajna, bo jeść daje i ogrzewa, że nie czuję się taka bezradna. Tylko ta mama, coś słabiutka, po tym trzynastym kwietnia i smuteczek oprócz szczęścia w jej serduszku zagościł... jak tu ogarnąć wszystko... dojść do zdrowia i sił, kochać tatusia, mnie, jeszcze dbać o mojego pieska i uczyć się pilnie. Jak z tym wszystkim sobie poradzić? Mama studiuje. Była i chce nadal być dobrą studentką. A ja tu tyle czasu zabieram. To wtedy babcia choć niedomagała, (to głowa, to plecy ją bolały), mamę wspierała i ze mną w swych wielkich ramionach ;-) po pokojach ganiała. Choć nie była do mnie przekonana. Czułam, że ją męczę, tak samo jak mamę i tatę, a wielki Ati? Też jak gardziołkiem pracowałam i donośnie pokrzykiwałam, to biedaczek uciekał i krył się pod stołem.

Tak krok po kroczku, z dnia na dzień uspokajałam się i dostosowywałam, do tych zmian, które zastałam. Mniej krzyczałam i czasem nawet pospałam. Przekonałam się, że to na dobre niczego nie zmienia, gdy ja niecierpliwa jestem. Oni kochają mnie bardzo, czuję to, więc też ich kochać będę. Lepiej zacznę coś opowiadać... a gyl, a guu, a ej... jeszcze nie znają mojego języka, ale staram się, do tego też uśmiecham. Wtedy dołeczki robią mi się w policzkach śmieszne i zwłaszcza babcia jest nimi zachwycona. I dacie wiarę, ta babcia moja to nic innego nie robi, tylko bawi mnie, nosi, w wózeczku na spacery prowadza, mleczko podaje i ciągle do mnie gada. To ja jej odpowiadam... a gyl...a gu...oo..aa ... lll... Babcia co jakiś czas zapowiada: teraz przerwa techniczna i zobaczymy jak się tam czuje pupeczka. Jak tak mówi, to robi mi się sucho i przyjemnie, bo pieluszkę dostaję świeżą. Ubranka też babcia mi ciągle zmienia i zmienia, bo niezadowolona, że skarpetuszki nie pasują do kapelusika, a bluzeczka nie w takie kwiateczki... Na pieluszkę zakłada majteczki z falbaneczkami, takie dla dziewczyneczki. Jestem modny niemowlaczek i nie noszę się w samym pampersiku ;-)) Śmieszna ta babcia :-)) Ale lubię jak się mną opiekuje. Rozumiem, że mama musi się uczyć i przez to nie ma dla mnie tyle czasu. Raczej... prawdę mówiąc, to ja pochłaniam dużo czasu, bo nie lubię sobie tak sama leżeć... towarzyska jestem bardzo. A ta towarzyskość moja, nie sprzyja nauce mamy. Ale pozdaje wszystkie egzaminy i wtedy więcej czasu mieć będzie. A kiedyś jak będę już duża i tak mówić będę umiała, jak to babcia umie, to wtedy jej powiem jaka, to ja dumna jestem, że taką mądrą mam mamę. Że dała radę...mieć mnie i uczyć się, i wszystko inne też ogarniać przecie.


TYMCZASEM

"Babcia oszalała". Tak mówi mamusia. Co w tłumaczeniu dokładnym znaczy, że: wszystko rzuciła by tylko być ze mną i wszystko mi tłumaczyć... mnie Dorotce malutkiej... nie komu innemu.

Babcia mi śpiewa i tańczy przede mną, zaczęła pisać książeczkę o mnie (co sobie ją przeczytam za parę latek) i babcia też mówi, że właściwie powinna coś tam, coś tam. A za chwilę patrzy na mnie i powtarza, że to coś tam, coś tam, to nieważne, wróci do tego później. Bo? Bo ja jestem teraz najważniejsza... ja i moja mamusia. A resztę to, to babcia jeszcze zdąży zrobić. A jakby nie zdążyła, to nic takiego, bo ja jestem najważniejsza... ja i moja mamusia.


TERAZ ROZUMIECIE

Rozumiecie, dlaczego babcia rzadziej Wam coś opowiada ;-) Jeszcze do tego dbać musi o siebie, żeby dla mnie być zdrową i jak najładniej wyglądającą babcią. Mówi, że to, że jest moją babcią, to nie znaczy, że przestała być kobietą. Trochę tego nie rozumiem ;-) Ale przyjdzie czas, że pewnie zrozumiem. Ponoć jestem do babci podobna. Tak powiedziała jedna pani, co ciocią jest moją. Ale chyba coś przesadziła ;-) Przecież ja nie mam zębów ;) Z tego babcia się śmieje i mówi, że ja to mam dobrze... nie muszę trzymać języka za zębami i mam swobodę języka. To chyba coś mądrego znaczyć miało, ale może lepiej, że tego teraz za bardzo nie kumam.


TO TERAZ PRZERWA TECHNICZNA

WOOOooooo....  AAuuu... A  gyllllll.....uuuuuuu

* Przerwa techniczna - znaczy tyle, że rzadziej pisać będę, bo: daję sobie czas, by zagoić wszystkie rany, jakie mam po połamaniu zdrowia, co za tym idzie psychiki... cierpliwie dochodzę do swojej dawnej formy, znowu słucham swojej intuicji. To co przeżyłam, wycierpiałam sprawiło, że byłam bardzo słaba... teraz nastąpiła zmiana i na świecie pojawiła się Dorotka... dla niej, dzięki niej, znowu staję się silna i wraca mi moja mądrość, a głupota w kąt zawraca. Wraz z narodzinami Dorotki, urodziła się we mnie Nowa Kobieta, która nie da się tak łatwo zniszczyć.

Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger