20:07:00

Ciąg dalszy smakowitej opowieści :)

Ciąg dalszy smakowitej opowieści :)

Już kiedyś o kawach Skworcu Wam opowiadałam... dzisiaj do tej aromatycznej, smakowitej opowieści chciałabym powrócić ;) W 2017 roku moje serce podbiła rozpuszczalna kawa o smaku kremu Brulee, w 2020 roku królową mojego serca stała się kawa o smaku Toffee... ale po kolei ;) 

Skworcu to polska firma, która w sprzedaży posiada przyprawy, kawy, herbaty, wszelkie bakalie, miody, przetwory, syropy, słodycze, przekąski, oleje i wiele innych produktów. Nie da się ukryć, że w przypadku tej marki nie płaci się za oprawę graficzną produktów, nowocześnie wyglądającą stronę, ale za same produkty. Stąd też cena tych produktów jest niższa niż w innych sklepach oferujących tego typu produkty. Szata graficzna Skworcu może nie przyciąga swoim wyglądem. Ale? Pamiętajmy o nieocenianiu książki po okładce, a na skupianiu się na jej treści :) 

A treść produktów Skworcu jest bardzo smakowita! Dziś będzie więc o kawach :) Skworcu w swojej ofercie posiada kawy mielone, ziarniste i zielone. U mnie na razie w grę wchodzi sama mielona - za 100 gram należy zapłacić 8,50 zł. 

Tym razem zdecydowałam się wypróbować trzy nieznane mi jeszcze kawy:

- Toffee - to kawa zdecydowanie dla tych, którzy lubią słodycz... jeśli nie wyobrażacie sobie kawy bez łyżeczki cukru czy miodu... ta zdecydowanie się bez tego obędzie! To także kawa, do której zdecydowanie nie musicie przegryzać słodkości w stylu krówki, ona smakuje bowiem jak taka płynna krówka ;) Nie da rady pić jej ciągle, ale od czasu do czasu... słodka rozpusta!

- Bananowa - przyjemny, intensywny zapach z wyczuwalną w smaku nutką banana.

- Advocatowa - kawa rozpuszczalna o aromacie likieru jajecznego, której smak bardzo podbija odrobina śmietanki lub mleka :) 

Kawy rozpuszczalne Skworcu mają to do siebie, że najlepiej smakują w akompaniamencie odrobiny mleka lub śmietanki. Nabiał zdecydowanie podbija ich smak i aromat! Tak więc, jeśli lubicie ciekawe smakowo kawy rozpuszczalne z odrobiną mleka lub innego białego dodatku - kawy Skworcu naprawdę mogą przypaść Wam do gustu :) 

A jak jeszcze w dobrym towarzystwie, przy rozmowie przyjemnej, delektowaniu napoju podanego w oka cieszącej porcelanie... mmmmmm... nic nam więcej do szczęścia nie trzeba ;-)

14:29:00

Zdjęcie, które pomaga!

Zdjęcie, które pomaga!

Kochane, dziś 25 września każda z nas ma szansę pomóc :) 

Moliera2.com organizuje II Ogólnopolski #DzienSzpilek, w związku z tym za każdą osobę biorącą udział w akcji, która w dniu dzisiejszym opublikuje zdjęcie w szpilkach (lub samych szpilek ;)) jako post na PUBLICZNYM profilu na Instagramie lub Facebook'u wraz z hashtagiem #DzienSzpilek, Moliera2.com przekaże 2 złote na rzecz fundacji Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową - Przylądek Nadziei. W zeszłym roku w ten sposób udało się zebrać ponad 30 tysięcy złotych. Dziś już pojawiło się na samym Instagramie ponad 36 tysięcy zdjęć spełniających ten warunek :) Wierzę, że wspólnie możemy dobić to niesamowitej liczby zdjęć :) 

Ja już swoje zdjęcie dodałam ;) 

15:40:00

Świadomość

Świadomość


CO TO JEST ŚWIADOMOŚĆ? 

Świadomość to wiedza, która pochodzi z naszego przeżytego życia... z informacji, wiedzy, którą nabyliśmy... pełna jest wtedy gdy się od niej nie odwracamy i nie lekceważymy. Świadomość wytwarza lęk... nieświadomość strachu nie ma... spokój daje... ale nie obroni, nie powstrzyma, nie przemyśli, nie wytłumaczy.

Świadomość to wiedza, zależna od człowieka... od jego obserwacji świata, od jego empatii, bystrości, umiejętności kojarzenia faktów, wyciągania wniosków. Dwie czy trzy osoby deklarujące, że są świadome czegoś tam... zupełnie inaczej dochodzą do tej wiedzy, inaczej ją odczuwają i interpretują. Są takie osoby, które w ogóle nie dopuszczają do siebie pewnych spraw, odrzucają je od siebie... ignorują.

W świadomości było wczoraj, jest dzisiaj i będzie jutro... Ludzie świadomi wiedzą, że nie mogą zmienić wczoraj, bo takie jest prawo fizyki. Ale mogą coś zrobić dzisiaj i planować jutro. 

Będąc świadomi tego, że żyjemy, istniejemy na tym świecie... jesteśmy też świadomi, że to niedługa chwila i może skończyć się każdego  dnia. Nim jednak ten moment zapadnie, żyjemy w polu wszelkich informacji, zdarzeń, naszych poczynań... wiele czerpiemy z doświadczeń naszych poprzedników. Suma naszych obserwacji, naszej intelektualności, naszej fantazji, przyjmowania iluzji, myśli duchowych składa się na naszą świadomość.

SAMOŚWIADOMOŚĆ

Dla mnie najważniejsza... to ona określa mnie... kim jestem... kim chciałabym być... jak traktowana... jak odbierana przez innych ludzi. I to nie jest wymyślone wyobrażenie o sobie, tylko pełna świadomość kim jestem i za kogo biorę pełną odpowiedzialność. Moja samoświadomość dokładnie określa, jakim jestem człowiekiem, jakie mam możliwości i co mogę robić, a czego zupełnie nie powinnam.

Samoświadomość nie jest prosta - wymaga autorefleksji i uczciwości wobec siebie... bez bujania w obłokach i zaklinania rzeczywistości. Nie pozwala na odwracanie się od problemów, udawanie, że ich nie ma. Nie można jej zagłuszyć wypadem do głośnej dyskoteki ani zapić szklanką whisky.... bo w końcu przychodzi cisza i myślenie.... cóż trzeba będzie wysłuchać siebie. Brak świadomości, ucieczka od niej... to tylko krótki moment. Przychodzi smutna myśl, powraca prawdziwie i to wcale nie znaczy, że musi pozostać. Przecież nikt nie doświadcza tylko szczęśliwych chwil... samego słońca, letniego deszczu i porywistego wiatru. Samoświadomość pozwala ogarnąć wszystko i zrozumieć, że nie jest się porywistym wiatrem, ani burzą, tylko SOBĄ. A Ty masz w sobie niesamowitą siłę przetrwania, bo wszystkie doświadczenia, które masz za sobą i dzień, w którym teraz jesteś, są Twoją podporą. I nie znikną nieszczęścia, choroby, lęki; gdy je prześpisz, zapijesz... nie uciekniesz od nich. Musisz je zaakceptować, bo wiesz, jakie niosą zagrożenia i wiesz też, że Ty musisz znaleźć rozwiązanie, albo pogodzenie z nimi... akceptacja - klucz do uspokojenia. Musimy zrozumieć, że wszystko co po drodze trafia się złe, jest jak przelotny deszcz, wichura też przejdzie.

Samoświadomość własnego ciała, wyglądu, stanu umysłu, istnienia, upływu czasu, zrobienia czegoś dobrego lub czynu złego... to największa satysfakcja... nie pozwala na to, żeby ktoś inny ciągnął nas w dół.

DAR

Gdzieś przeczytałam, że świadomość to dar albo ślepy proces. Dla mnie to dar... świadomość pozwala mi nie potknąć się zbyt wiele razy, podnosić za każdy razem, wierzyć, że wiele jeszcze mogę, a czego nie mogę, to zawsze mogę sobie przypomnieć, że bywało gorzej ;-) Nic nie trwa wiecznie - zło i ból przemijają... . Każdy z nas mógłby znaleźć powód, żeby narzekać, żeby siebie nienawidzić, żeby mieć podłe, dołujące myśli... czasami jesteśmy dupkami, czasami wspaniałymi ludźmi... mamy tego świadomość... i to jest dobre. Świadomość nie pozwoli zdusić naszej godności własnej. Dzięki niej nie poddajemy się, nie pozwalamy sobie wchodzić komuś na głowę i nią potrząsać nie w naszym rytmie.

NIEŚWIADOMOŚĆ

Nieświadomość... chęć tkwienia w nieprawdzie, złudzenia, oddalanie od siebie rzeczywistości dla źle pojętego wewnętrznego spokoju - to szkodzenie sobie. Prawda przy ujawnieniu może być bardziej okrutna. Człowiek od małego jest przygotowywany do tego, że tylko w bajkach jest zakończenie... żyli długo i szczęśliwie... choć nikt nie pisze jak ta długość długo trwała i czym jeszcze złym po środku tego szczęścia obfitowała ;-)) a na końcu i tak śmierć przyszła mimo tego szczęścia, piękna i bogactwa... i tak naprawdę na ziemi przychodzi co rusz wymiana... i co rusz na tej ziemi inna się porusza parada. Każdy przygotowany jest na śmierć... każdy inaczej do niej podchodzi... jeden spokojny i nie odczuwa smutku, kiedy jest jej obserwatorem... nie odczuwa szkody lub by nie okazać się małodusznym w szlochy uderza duże, a trzeci szczerze bardzo jest rozżalony. Nieświadomość przy śmierci, akurat nie istnieje... bo kto wierzy, że nie umrze nigdy ;-) Co najwyżej odsuwa tę myśl w czasie... a czas? dla świadomych najdroższa waluta... dla nieświadomych, to pieniądz rządzi. W nieświadomości nie ma pytań o sens istnienia, są tylko problemy związane wyłącznie z używaniem. Dla jednych to błogosławieństwo, dla innych wyrachowanie. Dla mnie nieświadomość, to jak pływanie w dziurawej łódce bez koła ratunkowego... to trwanie jak przedmiot - może jeszcze pobędzie, może go odrestaurują, może wyrzucą. Tyle, że przedmiotowi jest wszystko jedno... przedmiot nie ma duszy. Nie ma duszy, więc się nie lęka ;-) ... nie czuje, nie przeżywa. 

JESTEM ŚWIADOMA

Jestem świadoma tego, że jestem kobietą... jestem świadoma swego ciała i swych dolegliwości, upływającego czasu, swoich zalet i wad... orientuję się w jakiej żyję rzeczywistości (i stąd nie daję się indoktrynować).  Posiadam wiedzę na parę tematów, więc nie daję się zapędzić w tzw. kozi róg... wiele też nie wiem, ale świadomie się do tego przyznaję (tak łatwiej jest obu stronom). Nie daję sobie wciskać ciemnoty ani nie zadawala mnie byle jaka odpowiedź... w stylu... tak już jest, albo nie, bo nie... co pani może wiedzieć, nie jest pani lekarzem... w tym wieku czego się pani spodziewa? Ooooo... to moje ulubione pytanie... zadawane przez nieświadomego lekarza, że pacjent, to myślący człowiek :-)))) i odróżnia wątrobę od trzustki, wie co to kręgosłup i o czym świadczą podwyższone hematokryty i jakich lekarstw nie powinno się łączyć oraz co to są inhibitory MAO....  






17:27:00

Nieociosane myśli Starej Kobiety

Nieociosane myśli Starej Kobiety

Nieociosane, tzn. takie, które w momencie pisania przychodziły mi do głowy i niewiele się zastanawiając zaczynałam je spisywać. 

SCENERIA

Zielony, głęboki fotel... po jednej stronie wygodny wypoczynek, po przeciwnej biblioteka z książkami i półka też z nimi oraz regał, na którym monitor telewizora i kwiaty, kwiaty wszędzie. Monstera olbrzymia na białej, porcelanowej nodze i skrzydłokwiaty, draceny też wielkie, bluszcze pnące i inne jeszcze, co nazw nie pamiętam. W tej zielono, beżowo, popielatej scenerii ścian, na których obrazy z zielonymi liśćmi, żółtymi jabłuszkami i gruszkami złocistymi, tak jak te poduszki leżące na kanapie. Wielość tych poduszek...żółtych, zielonych, szarych... przepychających się na tapczanie... daje poczucie przytulności i ciepła w mieszkaniu. Delikatne żółte światło sączy się z różnych punktów w mieszkaniu... to oświetlając szare i żółte donice z kwiatami, to te beżowe, ceramiczne, po których włażą też ceramiczne zielone żaby. Na białym stoliczku z kółkami, jakieś porozrzucane książki, kartki i kałamarze z piórami, które gęsimi prawdziwymi są ozdobione.

Zielony, głęboki fotel, to miejsce, z którego można mieć ogląd na całość tej przestrzeni, gdzie żyję... śpię, czytam, piszę, myślę, jem, pichcę coś tam, zaglądam w okna sąsiednie... siedzę gdy biorytm niższy, czy wyższy... tu znajduję spokój w niepokoju... to moja wyspa. Przysuwam stół, na którym leży laptop.  Otwieram i piszę.... kolejne teksty Starej Kobiety. Dzisiaj, to przypomnienie niedawnych zdarzeń, których byłam świadkiem, bądź uczestniczką... opisy, refleksje... ot, zwykłe życie codzienne. 

MIŁOŚĆ

*Jak kogoś pokochasz prawdziwie, to możesz już zapomnieć o beztrosce. Bo jeśli masz na przykład pustą lodówkę, to nie martwisz się, że światło w niej Cię oślepia i Ty nie masz co wrzucić na ruszt, tylko, że Twoja córka, mąż czy kogo tam masz... nie dostanie jeść. A tych zmartwień jest o wiele więcej z różnych innych przyczyn. Twoje sprawy odchodzą na dalszy plan, bo jest ta druga osoba. Miłość to współodczuwanie... taka troska o jedzenie dla chorego bez obarczania go zakupami :-)) Jaka prosta, a zarazem trudna jest miłość... uczucie, w którym nic się nie wyklucza ;-)

NIE MYŚL O TYM

*Zauważyłam, że moje myśli mają olbrzymi wpływ na to jak mija mi dzień, przebiega sen. Różne sytuacje spotykały mnie w życiu, które wywracały z trudem ustalony ład. Na przykład po rozstaniu z drugim mężem, długo nie mogłam otrząsnąć się i każdego dnia napływały do mnie uporczywe koszmarne myśli. W dzień jakoś dawałam sobie z nimi radę, gorzej było w nocy gdy obłapiały mnie z całą mocą. Aż nadszedł dzień, gdy przed lustrem na głos powiedziałam: nie już go, na szczęście nie wróci, nie myśl o tym co było... jesteś mądra, dobra i masz po co żyć... jego nie było... on był tylko w obejrzanym filmie, których tyle oglądasz. Nie wrócisz już do tego film, nie będziesz oglądać starych produkcji ;-) Dobrze, że zło odstąpiło... nie możesz poddawać się naporowi przykrych wspomnień, bo one nie są twórcze, tylko zabójcze. A przecież kochasz życie. I gdy teraz jakaś niedobra myśl zaczyna mnie prześladować, to szybko ją odrzucam i wymieniam na nową dotyczącą teraźniejszości.

BRZYDKIE ŻYŁY

*Ma pani brzydkie żyły. Och jakie ma pani brzydkie żyły. Te stwierdzenia kilkukrotnie powtórzone przez pielęgniarkę - najpierw mnie rozbawiły, ale w miarę klepania mojej ręki i szukania żyły, z której miałam mieć pobraną krew... stawało mi się przykro, że pani tu się wyzłośliwia i jest niezadowolona. Jakby to wina była moja, że cieniutkie mam te żyły. Ale tyle lat mam pobieraną krew i jak dotąd nikt nie narzekał... w tak nieprzyjemny sposób. Zawołała koleżankę, bo sama nie dała rady. Oczywiście z góry uprzedziła, że ja te żyły... brzydkie mam ;-) i usta wykrzywiła w obrzydliwym grymasie. Tego już było dla mnie za wiele... brzydkie żyły ja mam, a pani włosy brzydkie ma - odpaliłam i dalej pociągnęłam... że z takim nastawieniem do pacjenta, z takim negatywnym  podejściem do pracy to nie wyjdzie nic dobrego. Do pacjenta przemawia się łagodnym, życzliwym tonem i uśmiecha się, a nie pogrąża go. Ta pani zapomniała, że nie jest od oceniania, narzekania tylko do pomagania.

Po wizycie u lekarza, z następnym skierowaniem na badania krwi... weszłam raz jeszcze do laboratorium i powiedziałam... Pani Józiu, tak pani na imię prawda... z szerokim uśmiechem zapytałam: kiedy pani nie będzie, bo ja na następne skierowanie tu mam, na krwi badanie? :-))

ZEMSTA

*Nieraz chciałoby nam się zemścić na drugim człowieku za wyrządzoną krzywdę. Tylko po co, skoro to tak pusta nierozwijająca emocja. A jednak nie daje nam to spokoju i tylko myśl o zemście niejednemu z nas daje wolę do życia. i to bardzo jest złe. Zemsta nie jest sprawiedliwością i wcale nie daje ukojenia, ani satysfakcji. Zemsta wywodzi się z nienawiści i wyzwala zbyt dużo energii i nie wiadomo w jakim kierunku pomknie, jak mocno uderzy i czy rykoszetem do nas nie wróci. Ale jest taki rodzaj zemsty, który jest bardzo skuteczny, a wyzwala dobrą energię... to sukces i szczęście, którym można uderzyć wroga w twarz. Czekałam na przyjazd tramwaju... wolna, szczęśliwa i pięknie ubrana, w kapeluszu z czerwoną wstążką przewiązanym. Chodzę sobie tanecznie po przystanku, pogrążona w przyjemnych myślach o mającym za chwilę nastąpić spotkaniu... podjeżdża tramwaj, a w nim... widzę siedzącego, opartego bokiem o szybę R...a, mojego byłego, który mógłby wygrać konkurs na chama. Na pewno zająłby pierwsze miejsce ;-) I  tutaj nie namyślając się wiele... zapukałam w szybkę stojącego tramwaju...hallo, hallo i uśmiechnęłam od ucha do ucha, jeszcze obróciłam ja tancerka i powachlowałam kapeluszem. Pokazałam smutnej twarzy zza szybki swoje szczęście. Złośliwie zmrużyłam oczy i zębami białymi błysnęłam radośnie. W jego oczach wściekłość i złość była odpowiedzią na mój sukces. Ten sukces to bycie bez R. wiodąc spokojne życie. Doskonale zrozumiał. Słodka to była zemsta i pozytywnie nakręcająca by jeszcze radośniejszą i szczęśliwszą być :-))

PRZEMOC  FIZYCZNA

*Z przemocą fizyczną spotkałam się tylko raz. To był pierwszy i ostatni raz. Mój drugi mąż złapał w gniewie za gardło moją najmłodszą córkę i przydusił ją do ściany. Moment później  leciały za nim jego ubrania i inne śmieci nie tylko przez drzwi... okno też było otwarte na trzecim, wówczas piętrze. Żaden gniew, żadna rozpacz nie daje prawa wyrządzać krzywdy drugiemu człowiekowi. A podnoszenie ręki na dziecko jest wyjątkowo niegodziwe. Może być traumą na całe jego życie. Jeżeli jesteśmy gwałtowni, wiemy o tym... tym bardziej powinniśmy kontrolować się, bo konsekwencje naszej gwałtowności mogą przełożyć się na całe nasze życie. R. ma zapisaną w genach wrogość do ludzi.... nie jeden raz użył przemocy wobec innych ludzi... ja nie czekałam na drugi raz. Teraz ja jestem szczęśliwa wśród fajnych ludzi, a on? On jest sam. To konsekwencja poczucia, że jemu więcej jest wolno, a inni... nie ważni są. Cieszę się, że byłam konsekwentna... żadnych drugich szans.

KLUCZ DO KLĘSKI

*To prosty klucz...  CHCIEĆ ZADOWOLIĆ WSZYSTKICH. Im szybciej do nas dotrze, że nie każdemu możemy się podobać, nie każdego będą śmieszyć nasze żarty, nie każdy chce naszej pomocy... .bo jedni ludzie Cię nienawidzą, bo odnosisz sukces, a drudzy, bo źle Ci się powodzi... im szybciej to sobie uświadomimy, tym szybciej będziemy szczęśliwi. Wiedząc, że nie zyskujemy tracąc i nie tracimy zyskując... możemy spokojnie egzystować, bo ludzie albo będą nas lubić albo nie i nasze sukcesy czy porażki nie mają znaczenia... zależy na kogo trafisz, kto stanie na Twojej drodze i czy ta osoba zaakceptuje Cię taką jaką jesteś. Nie można podobać się wszystkim, zadowolić wszystkich.... ale można przypodobać się sobie. W innym przypadku, gdy odwrócimy sytuację i tylko będziemy zwracali uwagę na to, żeby inni byli przez nas zadowoleni, zapominając o sobie poniesiemy porażkę. Bo zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony, rozczarowany. A my jesteśmy tacy jacy jesteśmy i nie powinno nas obchodzić ludzkie gadanie, bo gadać ludzie zawsze będą ;-) Ważne jest to co my o sobie myślimy i te parę najważniejszych dla nas osób, które nie ma nam za złe ani sukcesu, ani porażki... są z nami, przy nas, niezależnie od wszystkiego.

TEŻ MOŻEMY BYĆ TOKSYCZNI

* Irytują, denerwują, zasmucają nas toksyczni ludzie, toksyczni z wielu powodów... fanatycy, narcyzi, snoby itd. itp. A przecież pomyśleć musimy, że my sami też możemy toksycznie działać na inne osoby. Czasem nie zdając sobie sprawy, że tacy jesteśmy. Przecież mogło się zdarzyć, że postąpiliśmy wobec kogoś źle i nie wiemy co zrobić, jak postąpić... . Żeby uświadomić sobie, że coś jest z nami nie tak, musimy zacząć od uczciwości... uczciwości względem siebie... wydychając dosłownie wszystko, co złe sobie pomyślimy... a układając w głowie plan jak naprawić błędy, ale nie czyniąc nic wbrew sobie. Obłuda i ukrywanie prawdziwych uczuć jest głupotą, stratą czasu i energii. Przetrenowałam to na sobie. Pracowałam kiedyś z ludźmi, którzy się szczerze szanowali, lubili, ufali sobie bezgranicznie. Te relacje powodowały, że wszystkie przedsięwzięcia firmy były imponujące. Praca sprawiała przyjemność, bo nie opierała się tylko na korzyściach, ale również na przyjemności jej wykonywania. Aż przyszedł moment kiedy zatrudniłam w firmie inne, dodatkowe osoby... Zaczęło się udawanie, intrygowanie. Po wierzchu było miło... ale pod spodem było tylko wykorzystanie do cna. Okazywanie przyjaźni, ukrywanie prawdziwych intencji - to nowi pracownicy byli. Zauważyłam to zbyt późno i to obróciło się przeciwko wszystkim... i dobrym i złym. Dzisiaj wiem, że to nie to, że nie zbyt późno zwróciłam uwagę... nie chciałam widzieć, tak było wygodniej, nawet milej, oszukiwałam sama siebie. Teraz wiem, że takim zachowaniem byłam toksyczna dla moich starych pracowników... 

Teraz wiem, że jeśli nie chcę być toksyczna dla innych, nie chcę by moje życie toksyczne było, to muszę być uczciwa względem siebie, w tym co mówię, myślę i czynię. Przy takim postępowaniu też nigdy już nie będę ofiarą. Nie zwinę się w kłębek i nie będę udawać, że mnie tu nie ma.

To wszystko się nam w życiu łączy, jedno z drugiego wynika... nic nie jest za darmo.

SIEDZĘ

* w zielonym, wygodnym fotelu i myślę o tylu rzeczach, które ważne i mniej ważne są w życiu i nachodzi mnie jeszcze jedna taka myśl, którą wypowiedzieć muszę: wszystkim, którzy we mnie nie wierzyli, źle mi życzyli, lekceważyli, bądź nieuprzejmi zaledwie byli :-) zazdrościli, usiłowali mi zaszkodzić, skrzywdzili mnie, nie chcieli zrozumieć... przebaczam i wdzięcznie dziękuję, że byli w moim życiu... bo to oni mnie też ukształtowali...  




18:20:00

O książkowej Aferze :)

O książkowej Aferze :)

Jestem wielką wielbicielką Czech... kocham ten kraj, tych ludzi, reportaże Mariusza Szczygła o czeskiej mentalności i... oczywiście czeską literaturą ;) W mojej biblioteczce nie mogło więc zabraknąć książek z wydawnictwa, które specjalizuje się w publikacji prozy (i nie tylko) czeskiej. Wydawnictwo Afera wydaje współczesną prozę czeską, a wśród nich między innymi książki jednego z najpopularniejszych pisarzy czeskich, Petra Sabacha - prozaika i humorysty. 

Humor czeski jest specyficzny... i zdecydowanie nie każdemu przypadnie do gustu, mi przypadł - co zresztą nie było dla mnie zaskoczeniem, sama jestem bowiem uznawana za osobę dosyć specyficzną... o nietypowych poczuciu humoru. 


"Masłem do dołu"

Bohaterami tej powieści są dwaj... dosyć czerstwi sześćdziesięciolatkowie. I wierzcie mi - nie szukam specjalnie do czytania historii opowiadających o moich równolatkach ;) Ale... ci dwaj panowie przypadli mi do gustu, ponieważ pokazują, że życie nie musi się skończyć po sześćdziesiątce. Czytaj: nie trzeba być nudnym jak flaki z olejem, zawsze niezwykle poukładanym. ;) "Masłem do dołu" nie ma określonej fabuły, wartkiej akcji - to zbiór momentów z życia głównego bohatera, jego spotkań z przyjacielem, chwil z wnukiem, które podszyte zostały niekiedy bardzo uniwersalnymi refleksjami, a większości sytuacji prawdziwym czeskim humorem. To opowieść o czeskiej mentalności i chwilach życia, których nie warto żałować... a może raczej o tym jak żyć, żeby żałować jak najmniej? 

Duża dawka czarnego humoru, dowcipne dialogi i sytuacje, które choć wydają się absurdalne... mogą spotkać każdego z nas. "Masłem do dołu" to zbiór absurdalności, czarnego humoru dotyczącego wieku, ról społecznych, które są nam przypisywane i życia w rodzinie. Lekkie czytadło o życiu - takim prawdziwym, zarówno z łyżką miodu jak i łyżeczką dziegciu. ;) Jednak... życiu widzianym z męskiej perspektywy. Powieść Sabacha nie ujmie każdego czytelnika, ale jest na tyle krótka i stosunkowa lekka w odbiorze, że warto dać szansę czeskiej literaturze w tym wydaniu... a nuż się zakochacie? A pamiętajcie: miłości (do dobrej literatury, kina i jedzenia ;)) brakować nie powinno! 


"Babcie"

Kolejna powieść Sabacha ma zupełnie inny wydźwięk. Mniej w niej humoru, a więcej nostalgii i zadumy nad czymś co teraz nazywamy instytucją babci, a przede wszystkim nad światem, który... w pewnym sensie przeminął :) Główny bohater, urodzony w 1951 roku opowiada nam o swoich szkolnych czasach, młodości i dorosłości do momentu wybuchu rewolucji aksamitnej w 1989 roku. Opowiada nam o świecie, być może... szczególnie dla młodszych czytelników zaskakującym. O mieszaniu sałatki w wannie, komunizmie, trenerach... ale to wszystko rozgrywa się pod mniej lub bardziej opiekuńczymi ramionami babć. 

W "Babciach" humor nie jest tak widoczny jak w "Masłem do dołu", ale nie znaczy to, że w tej powieści go brakuje. To po prostu humor jeszcze mniej nachalny, bardziej sytuacyjny niż oparty na dowcipnych dialogach. Nie sposób czytać tej powieści i nie myśleć o swoich babciach... własnym dorastaniu. Sabach ukazuje świat wielkich przemian, dorastanie i przede wszystkim istotę rodziny - sens jej istnienia jako pewnego filaru bezpieczeństwa. "Babcie" poruszają w czytelniku sentymentalne nuty, przez co niekiedy trudno uniknąć łezki wzruszenia... jednak ta nostalgia zostaje zrównoważona przez zabawne sytuacje i takie swego rodzaju pogrywanie z doświadczeniem życiowym czytelnika ;) 

Warto czytać?

Jak najbardziej :) Literaturę czeską również, a powieści Sabacha... polecam szczególnie dojrzalszym czytelnikom - w przypadku "Babć" niekiedy poczujecie się jakbyście wpływali do bezpiecznej przystani swojego dzieciństwa, a podczas czytania "Masłem do dołu"... przypomnicie sobie o nienawiści do starości, ale jak się okazuje... lepiej o tym czytać niż te emocje w sobie wzbudzać. A humor i dystans tych powieści pozwolą osłodzić trochę rzeczywistość ;) Choć... one same są słodko - gorzkie, zdecydowanie nieprzesłodzone... choć też niekoniecznie zawsze lekkostrawne ;) 

17:21:00

Przyjaźń #2

Przyjaźń #2


LĘK

On jest obecny w naszym życiu... Najpierw jest szeroki korytarz i mnóstwo pootwieranych drzwi. Wszystko przed nami... ale też jakieś drobne i większe lęki, a potem coraz większe, bo nam się wydaje, że szanse mamy coraz mniejsze. Idziemy raz wolniej, raz szybciej, czasem biegniemy tym korytarzem o nazwie ŻYCIE i kolejne drzwi za sobą zamykamy. Obracamy się w tył i przeraża nas ilość pozamykanych, czasem na dobre zatrzaśniętych drzwi, o których wiadomo, że się już nie otworzą. I odczuwamy lęk, bo piękno, młodość, perspektywy rozwoju... za nami wszystko... tak się wydaje. Nie przyznajemy się, ale często odczuwamy lęk, ogromny... nie przyznajemy się nawet przed sobą... co dopiero przed innymi. Kolejne drzwi, które jeszcze są otwarte kojarzą się nam z tym wszystkim, co widzieliśmy w przeszłości  obserwując starzenie się rodziców czy dziadków. Chcielibyśmy za wszelką cenę nie docierać do tych drzwi, cofnąć się do tych już pozamykanych. Lęk nie pozwala nam na normalne funkcjonowanie. Bo jak normalnie żyć z poczuciem straty, która w nas tkwi... rozżaleniem, że wszystko tak szybko minęło. A korytarz nie dość, że z coraz mniejszą ilością drzwi, to coraz węższy się nam wydaje, ciaśniejszy i trudniejszy do pokonania. Czy tak jest? Tak... bo coś minęło.

CO MINĘŁO?

Młodość, a z nimi nadzieje, ludzie, którzy byli nam bliscy, a teraz gdzieś tam w chmurkach wojują... uroda, zdrowie, sprężystość ciała, gładkość skóry, blask włosów, jasność umysłu, pewność siebie... 

STĄD W NAS TEN STRACH 

Byliśmy niemądrzy, kiedy nie mogliśmy doczekać się dorosłości, czas nam się bardzo dłużył i nagle... to przecież nieuniknione... starzejemy się od chwili urodzenia. I cóż dziwimy się, że nas też dotyka wygląd naszej mamy, babci, gdy stare już były i nie tak wydolne. Myśleliśmy, że to nas nie dotyczy, że inaczej nas ta starość dopadnie. Boimy się utraty atrakcyjności, odrzucenia, samotności, niedocenienia. Nie potrafimy oswoić się z upływem czasu. Ale jesteśmy różni, więc jednym to przychodzi łatwiej, innym trudniej. Słuchając i oglądając media, gdzie kult młodości i miłości tylko w młodym wieku jest przeznaczony i taki piękny, to popadamy w smutek, że wiele już nas nie dotyczy. To poczucie nieodwracalnej straty nas pogrąża.

I  CO Z TEGO WYNIKA?

Żal, frustracja, gniew, depresja i jeszcze większy strach, że jako starzy nie będziemy potrafili stawić czoła przeciwnościom, że nieważni już jesteśmy i niewiele zrobić możemy... jak też, że niewiele nas czeka. A skoro tak myślimy o sobie, to stajemy się zrzędliwymi, niewyrozumiałymi, pozbawionymi poczucia humoru... osobami. Nie potrafimy się cieszyć z tego co mamy. Patrzymy za często wstecz i widzimy te drzwi pozamykane, a przed sobą  niewiele tych pootwieranych. A to jest w naszej głowie, że ten korytarz coraz krótszy  nam się zdaje, dodatkowo węższy... węższy, bo tracimy otwartość do świata, wiarę, że to co przed nami wcale nie musi być gorsze. Jest inne, inaczej ładne, inaczej brzydkie... inne po prostu. A ten korytarz, który mamy jeszcze przejść, to też powinno być dla nas wyzwanie, tak jak na początku gdy zaczęliśmy po nim iść.

PODEJDŹMY DO TEGO TAK...

Upływający czas to dar. I nie każdy go otrzymał. Ciężko pogodzić się z tym pędzącym czasem, że świadomością, że starość się zbliża, a z nią  niewidoczność, bezczynność... I można słuchać, że trzeba żyć chwilą i nie przejmować się niczym... ale ile to trzeba mieć wewnętrznej siły i odwagi, konsekwencji, optymizmu w sobie, żeby podołać tak ekstremalnym zmianom jak przejście ze stanu uniesienia do stanu padania ;-))) Czasu nie da się wskrzesić... trzeba się z z nim pogodzić. A najlepiej ZAPRZYJAŻNIĆ.

PRZYJAŹŃ

Przyjaźń to najlepsze co sobie możemy ofiarować. Nie wypierać z siebie na siłę tego lęku, że boimy się starości... tylko oswoić się z nim i z sobą zaprzyjaźnić. Z sobą, najbliższą i najbardziej znaną nam osobą :-) Do tego trzeba dojrzeć. Są tacy, którzy nigdy do tego nie dojrzewają i nie radzą sobie... Pielęgnowanie w sobie myśli, że wszystko co najlepsze już było i skończył się tym samym nasz czas... to prosta droga... nieprzyjaźnienia się z sobą, tylko odpychania siebie od życia.

Starość jest w głowie... a im się ma więcej lat, tym bardziej rosnąć powinna w nas świadomość ile nieistotnych problemów kiedyś zatruwało nam czas... A teraz? Przemyśl... wciąż masz to samo imię, oczy te same i uśmiech... warkoczy już nie masz, może nawet zęby inne ;-), ale to wciąż TY.  Może nawet fajniejsza niż kiedyś... Stara Dorota, Agata, Maria, Iwona czy Małgosia i Ty. Ty pogodzona z tym nowym dookoła Ciebie i lubiąca to nowe, mimo wszystkich niekorzystnych zmian... to ciągle Jesteś. Do cholery... zawsze może być gorzej... jeszcze będziesz tęsknić do dzisiejszej chwili, gdy masz 40, 50, 60 czy więcej lat. Za krótki czas okaże się, że ten dzisiejszy nie był taki najgorszy i trzeba było lepiej z niego korzystać, a nie rozmyślać, narzekać, martwić się na zapas. I? Kochać siebie mimo zmarszczek, zwisającej skóry, przerzedzonych włosów, bolączek wszelkiego rodzaju, plam starczych, zwiotczałych ramion itd. itp. 

CIĄGLE

Jesteś. Jesteś Agatą z ciętą ripostą i poczuciem humoru... zdystansowaną do świata Beatką, empatyczną Basią, z seksownym spojrzeniem Aldoną, Małgosią z czułym sercem, inteligentną Moniką, ciekawą życia Asią, wrażliwą Alicją, ekstrawertyczną Donatą....  do tego masz mądrość życiową zdobytą i możesz z niej korzystać :-) Ta mądrość ma oparcie w przeżytym Twoim życiu, które nie zawsze prostą drogą było... czasem wyboistą... Ale ciągle nią podążasz :-)))

STARA KOBIETA i JA

STARA  KOBIETA  i  JA to jedność (pogodzenie z nową sytuacją, zaprzyjaźnienie z nią).... Dorota w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i teraz to ciągle JA... . Co się zmieniło? Opakowanie, świadomość szczęścia, godności, radość wewnętrznej... A prezentem dla świata... ciągle jestem. Tak samo jak Wy Jesteście :-))) Nie oglądając się w tył, spokojnym krokiem podążam do przodu... które drzwi da się jeszcze otworzyć, to otwieram; których się nie da, to do następnych podążam bez żalu wielkiego. Dobra to metoda by korzystać ze wszystkich możliwości ukrytych za kolejnymi drzwiami, bez przejmowania się porażkami, a czerpania radości z małych sukcesów. Tak wygląda przyjaźń właśnie... przyjaźń do siebie. Jak siebie traktujesz, tak inni traktują Ciebie... dobrą energię czuć na odległość.







19:16:00

Stenia* - przyjaźń - tego nie nauczysz się w szkole.

Stenia* - przyjaźń - tego nie nauczysz się w szkole.


PRZYPADEK?

Jestem jedynaczką, nigdy nie miałam siostry ani brata. Aż teraz na stare lata poznałam... 13 lat młodszą ode mnie Stenię. Stenia jest lekarzem. Poznałyśmy się zupełnie przypadkowo. I to jeden z tych przypadków, których chciałoby się by spotykało nas jak najwięcej. Choć zawsze uważałam, że nie istnieje coś takiego jak przypadek. Wszystko ze wszystkim jakoś się wiąże, bo przecież nikt nie jest na przykład dobry przez przypadek ;-), albo co gorsze... zły. W przebiegu ludzkich spraw wszystko po coś się dzieje, wszystko swój wymiar ma. Nic się nie dzieje bez powodu, wszystko swoje źródło, swoje przyczyny ma i po coś jest.... może Opatrzność Boska; los, który z jednymi ludźmi nas styka, od niektórych zabiera... tak naprawdę nic nie dzieje się bez przyczyny... wszystko po coś jest.
I tak stanęła na mojej drodze Stenia :-)

STENIA

Stenia to drobna pięćdziesięciolatka, z długimi blond włosami, i długimi nogami ;-) Elegancka, ale lubiąca też strój sportowy, taki na luzie. Zawsze uśmiechnięta, otwarta dla ludzi, z poczuciem humoru... z pasją wykonująca swój zawód. Stenia urodziła się 1 kwietnia, jest zodiakalnym Baranem... ale brak w niej wyniosłości, pragnień związanych z władzą tak identyfikujących ten znak horoskopu.
Stenia nie chce zajmować w życiu wysokich stanowisk, pragnie wykonywać jak najlepiej swą pracę i na jak najwyższym poziomie. To jest jej cel, jemu się całkowicie podporządkowuje.
Jest ambitna, lubi się uczyć i żadnej okazji nie przepuści by dalej się dokształcać. Dzięki temu robi dobry użytek ze swoich zdolności i nie marnuje czasu na byle jakie zadania.
Bardzo towarzyska, choć nieco nieśmiała, ale w lot nawiązuje serdeczne kontakty z ludźmi, które szybko przeradzają się w serdeczne i trwałe relacje.
Przekonałam się nieraz, że ma silną wolę, kiedy mimo potwornego bólu głowy przyjmowała pacjentów.  
To osoba, na której można polegać, bo Lojalność, to jej drugie imię :-)
... idealistka wierząca, że nie ma lepszego zła... zło jest złem, dobro dobrem... jest... Nie ma piękna, jeśli w nim leży krzywda człowieka i nie ma prawdy jeśli w niej pomija się krzywdę, i nie ma dobra jeśli pozwala na krzywdę... Taka jest Stenia.
Można z nią porozmawiać na każdy temat i żadnego nie unika... jest żywym człowiekiem, który nie boi się dyskusji i nie robi uników na niewygodne tematy. Doskonale zdaje sobie sprawę, że nie tylko przyjemne chwile są w życiu... choroby... niesprawiedliwość... a ból występuje w życiu nie tylko gdy nas coś boli... przetniemy się nożem, czy uderzymy w głowę... Ona rozumie, że bólem może być cierpienie bez barwy, smaku i zapachu... takie, którego nie da się zbadać na USG i rezonans, ani morfologia krwi go nie wykaże. I w sposób otwarty o wszystkim można ze Stenią pogadać... czasem pofilozofować, czasem obśmiać, na poważnie i na wesoło.

PRZYJAŹŃ

Przyjaźń z nią jest prosta... bo Stenia nie ocenia, szanuje wszystko co robię, wspiera w słabszych momentach, pomaga radą w trudnych wyborach, nie narzuca się. Spędzany z nią czas zawsze za krótki jest. Ta relacja między nami daje pewność, że w każdej potrzebnej chwili możemy na siebie liczyć... i to bez obietnic słownych, spisanych umów... to się czuje po prostu.

Najbardziej cieszy mnie w kontaktach z nią to, że nie muszę niczego udawać... Stenia pozwala mi być taką jaką jestem... czasami smutną, rozgoryczoną, czasami zwariowaną i niespełna rozumu, nieznośną i arogancką.
Przy niej czuję się szczęśliwa, a krzesło, na którym siedzę unosi mnie w górę, nie jest krzesłem elektrycznym.... w kontaktach z niektórymi ludźmi nie raz się tak czuję ;-) ... parzy mnie siedzisko, ale cóż... są sytuacje, kiedy trzeba to wytrzymać ;-) Takie uwarunkowania płata nam życie ;-)
Siedzimy sobie czasem... zbyt rzadko ;-) i opowiadamy różności... co nas boli, za czym tęsknimy, czego się boimy, co nas śmieszy. 
To co nas łączy to nie tylko wspólny język, jednakowe pojmowanie świata... nawet w drobiazgach jesteśmy bardzo podobne... potrafimy akceptować różnice i nie wykluczać nikogo, kto myśli inaczej... tylko przekonywać do nas. I jeszcze ta miłość do dobrego jedzenia (oprócz czerniny :-)) i białego wina :-)), że nie wspomnę o innych przyjemnościach tego świata :-)))

TO JUŻ BYŁO

Tak już miałam, że przyjaźniłam się kiedyś z pewną Marią. Nie pokłóciłyśmy się, nic takiego się nie stało. Maria po prostu uważała, że tylko o pięknych i radosnych sprawach można rozmawiać. I to tych przez nią wybranych. Nie jestem ideałem, ale moje zapatrywania są takie, że dialog to dzielenie się opiniami nie zawsze podobającym się obydwu stronom... a czas jest taki sam dla wszystkich... nie jest ważniejszy dla jednej strony, a dla drugiej mniej istotny. Maria nie podzielała mojego zdania. Nie raz tak zwanego focha potrafiła rzucić, gdy coś nie po jej myśli poszło. Byłam cierpliwa. Czasami czułam się przy niej gorsza i wiara we mnie samą gdzieś uciekała. Mój uśmiech stawał się sztuczny, a silny charakter? Nie było go. Drżałam przy niej, by słowa za dużo nie powiedzieć, by nie urazić jej. Ale byłam... słuchałam... starałam się... choć coraz mniej czułam się jak burza, a bardziej jak kałuża... Ale trwałam. W końcu przyjaźń to trudne wyzwanie i nie można łatwo się poddawać.
Dopóki nie poznałam Steni i nie pojęłam, że przyjaźń może być inna... nie wyciskać łez, nie dawać niepokoju, dawać zrozumienie... i ? I bez pokrzykiwania być cierpliwie wysłuchiwaną... szanowaną.
I kiedy miałam zły, bardzo zły w swoim życiu czas.... byłam winna temu też... przyznaję... to moje oczekiwanie na krótkie wsparcie? Nie doczekałam się. Wtedy zrozumiałam...
Maria nie potrafiła odłożyć swoich "ważnych" spraw, żeby wysłać jednego, krótkiego sms-a... "Nie martw się, Będzie dobrze." Może ten SMS sprawiłby, że inaczej by było. Nie ma jednak co wracać do przeszłości. Zamykamy wieko tej trumny, gdzie pochowałam te lata... 

SIOSTRA

Stenia to coś więcej niż przyjaciółka, to siostra, której nie miałam. Stenia nie stara się mnie zdominować... sprawia, że się śmieję, mam poczucie bezpieczeństwa i moje myśli krążą wokół jeszcze jednej osoby. Z nią chcę się dzielić wszystkim co mam najlepszego... i chronić przed niedobrymi sprawami. Nie rozmawiamy codziennie przez telefon, ani na messengerze czy innych whatsappach... możemy rozmawiać po paru dniach niesłyszenia, a rozmowa przebiega tak jakbyśmy przed minutą zaledwie ją przerwały. 
To dzięki niej ponownie uwierzyłam w siebie, kiedy sama zaczęłam wątpić w siebie. 
Mogę nic nie mówić, a Ona wie o czym myślę, zdarza się, że o tym samym mówimy w tym samym momencie. Autentycznie tęsknimy za spotkaniem ze sobą :-)

MÓJ  ŚWIAT

Stenia uzupełniła mój świat. Nie chciałabym przeżyć już żadnego dnia bez niej. Steni nie muszę nic wyjaśniać, z niczego się tłumaczyć... jest jak jest... potrafimy rozmawiać... to jest piękne!
Znalazłam Stenię, która jest szalona, że przyjaźni się ze mną... zawsze Steni pomogę się podnieść, gdy upadnie po poślizgu na skórce banana... pomogę, po tym jak skończę się śmiać :-))))

PRZYJAŹŃ...

Tego nie nauczysz się w szkole... musisz przerobić to sama. Przyjaźń to kwiat, o który trzeba codziennie dbać, pielęgnować... nie zapominać o tym, że jest przy nas. Kwiaty dodają nam radości... patrzenie na nie daje nam uśmiech. Tak świadomość, że mamy przyjaciela dodaje nam odwagi, pewności siebie, rozwesela. Człowiek jest istotą stadną, potrzebuje drugiego człowieka, bo samotność i poczucie braku dobrych, bliskich relacji z innymi ludźmi.... prowadzi do bólu, cierpienia i frustracji. Tak jak kwiaty potrzebują dbałości i czułości... tak przyjaźń tego potrzebuje... nie można jej ot tak odrzucić. Gdy kwiatu więdną listki... trzeba natychmiast dać mu światło i wodę. Tak przyjaźni należy dać wsparcie natychmiast, a nie czekać kiedy nam jest wygodniej tej ewentualnej pomocy udzielić.
 

*STENIA - imię zmienione






14:38:00

Robię swoje!

Robię swoje!

GDZIE?

W Polsce... w moim rodzinnym, z dziada pradziada kraju... gdzie już mnie nic nie dziwi. Dziwi jedynie ten fakt, że zdziwiona jestem jedynie tym, że się niczemu nie dziwię. Wszystko przyjmuję na klatę i robię swoje.
Żyję w kraju, gdzie członkowie młodego stada narzucają swoją wolę i mówią co dla starego jest dobre lub złe.
Paru wśród nich tylko starców jest, takich wybranych, którzy żyją w przekonaniu, że żyć będą zawsze... są nieśmiertelni... do tego wszystko wiedzą najlepiej. Oni są starzy inaczej niż ja, oni do tej samej kategorii się nie zaliczają. Swą starością nie są stygmatyzowani.

To do mnie się mówi, że stara już jestem i młodym z drogi zejść powinnam.... bo ja inaczej stara jestem, moja starość nie jest ważna. Moja starość jest kłopotem, jest kosztowna.
Choć staram się starzeć ładnie, nie tak zupełnie piernikowo, to przeszkadza mi fakt, że słyszę, że wszystko już za mną... że młodość jest tylko mądra i ci przez nią wybrani starcy ponoć wyjątkowi, bo choć też pierniczeją i kapcanieją, to są z wyższej wybranej półki... na tej ja się nie mieszczę ani o nią nie zabiegam.

Zastanawiam się tylko, nie dziwiąc wcale ;-) co trzeba mieć w głowie, żeby tak myśleć krótkoterminowo. Bez rozwijania nawet tej myśli, bo myślę zdroworozsądkowo, że czas zrobi swoje, więc nie ma co tracić go na to, na co ja nie mam wpływu.  Ja robię swoje... mam swój intymny mały świat, do którego dostęp niewiele osób ma... nie słucham półprawd... do przodu gnam... czasem bez tchu... i dziękuję za to co mam.

Mną nie muszą przejmować się ani młodzi, ani starzy, ci z wyższej półki, którzy najlepsi we wszystkim są... bo ja o każdej porze roku... wiosną, latem, jesienią i zimą, robię swoje.
Nie mieszam się w spory, kłótnie, które mają określić co dla mnie jest dobre. Nie obchodzą mnie  (jednak jedynie do pewnego stopnia... nie jestem w końcu ignorantką ;)) plany dowodzących moim krajem... ja swoje prywatne mam kłopoty i naturalne marzenia też wyłącznie moje są.
Moje poranki, świty blade oraz zmierzchy pozbawione gniewnych myśli są... moja prywatność nie dopuszcza do siebie (już nie!) obiegowych kłamstw, dwulicowej moralności, krętackich tłumaczeń tych ważnych młodych prawdziwie i starych inaczej niż ja.
Dobrze żyje mi się w tym kraju mimo, że pomniki szybciej są tu stawiane niż matactwa rozliczane. Dlatego, że robię swoje... w swoim domu z serdecznym słowem, czułością prawdziwą i uśmiechem szczerym, a jeśli łzą? To też ze wzruszenia nieudawanego. 

DWA ŚWIATY

Młodzi i Starzy... Dom mój i to co tuż za progiem. Takie istnieje teraz świata podzielenie.
Ja robię swoje... mam jeden świat... słucham... robię swoje... widzę... robię swoje. To nie znaczy, że na zło nie reaguję, że nie wspieram dobra... nie  pomagam w potrzebie... ja robię swoje we własnym zakresie.
Nie oczekuję poklasku, robię swoje po swojemu... gdy kogoś kocham - mówię mu o tym... gdy nienawidzę - obojętnością zabijam swą.
Lgnę do ludzi bardzo, ale gdy ich hipokryzja dotyka mnie, to? uciekam szybko... i nie wracam, choć czasem ciężko mi z tym.
Nie udaję szarej myszki, nie znoszę robienia czegoś na pół gwizdka, pragnę wszystkiego więcej niż odrobinę, śpieszę się ze wszystkim... ale powoli... bo wiem, że moja meta, to nie zwycięstwo moje będzie... tylko ZUS-u ;-)))
Despotyczne pokrzykiwania, wrogie pohukiwania, wymyślania za plecami, na mnie wrażenia nie robią. Swoje robię... rozmawiając z ludźmi serdecznie, ciepło i z szacunkiem dla każdego, choćby zdania odmiennego. Mam pokory wiele w sobie jeśli chodzi o życie. Nie mam jej ani trochę jeśli chodzi o chamstwo. Taka sytuacja budzi we mnie emocje... tak silne, że idę wtedy na całość i nie liczę się z niczym... żadnymi konsekwencjami... twardo między oczy walę... (nie chcecie wiedzieć, co walę ;-)) W każdym razie robię swoje w tym momencie, bo tak uważam, że tak powinnam... nie inaczej... robię swoje zgodnie z tym, co mam w głowie i sercu.

ROBIĘ  SWOJE

Robię swoje... sprzątam, myję się, pracuję, wyrzucam śmieci, myję podłogi, wysłuchuję gdy ktoś chce, żebym go słuchała, sprawiam przyjemności, ale też zmartwień komuś przysparzam i to akurat nie z mojej wyraźnej chęci ;-) Wszystko na swoją miarę, wykształcenie, chęci, skromniutkie możliwości... sama robię swoje i nikt za mnie tego nie zrobi, nawet ten z wyższej półki... bo go nie obchodzę... ja jestem tylko numerem statystycznym, który już nawet nie daje wzrostu PKB.
I dlatego właśnie nie oglądając się na nikogo... cieszę się każdą chwilką... usta maluję, na obcasach wędruję, kurze ścieram, kwiaty podlewam, piekę rybeczkę, czasem piję wódeczkę... bawię się, gdy mam chęć i płaczę, gdy taka najdzie mnie chwila...
Czasem zmęczona i szara się czuję... ale ciągle jestem blisko prawdziwego życia... tego tutaj... a nie wydumanego w polityków gabinetach.

DLACZEGO  O  TYM MÓWIĘ?

Dlaczego o tym mówię, że dla mnie tak ważne jest robić swoje nie wdając się w kłótliwe spory? Bo mała kropla drąży skałę i im więcej takich kropli, takich osób, które swoje będą robić... nawet  załatwiać małe sprawy... tym drugi świat, ten za progiem... będzie lepszy dla nas. Też się stanie naszym światem. I nie będą młodzi i starzy, lepsi i gorsi, bogaci, ubożsi... będą ludzie... i wszyscy mądrzy, bo świadomi tego co wokół.
Bardzo to ważne... bardzo... uświadomiłam sobie kolejny raz jak istotne jest co wiemy, o tym co dzieje się tak naprawdę wokół nas i jak nie zważając na mamienia z różnych stron, istotne jest co my czynimy sami. Czy sami nie wprowadzamy złej atmosfery, nie ulegamy obłudzie... uważamy za niemal świętych... innych za gorszych... choć sami za uszami wiele mamy.
Ja do świętych bynajmniej nie należę... i aniołem nie jestem... w moim planie życia nie uwzględniam jednak tolerowania hipokryzji, która może skrzywdzić wiele osób.

PRZYKŁAD:

Rozmawiam z moją starą znajomą... znam ją 21 lat... znajomość więc stara, tak jak i znajoma stara... 81 lat... ale choć u niej zdrowie nietęgie, to rozum jak najbardziej prężny. Nazwijmy ją Hiacynta. Hiacynta to bardzo religijna osoba, praktykująca od rana do wieczora, od radia i telewizyjnych wiadomości niestroniąca. Na każdy temat można z nią porozmawiać... tyle, że lepiej nie mieć odrębnego zdania :-) Otóż Hiacynta w rozmowie ze mną, po dłuższym czasie nie rozmawiania... po wymienieniu wszystkich co to ostatnio umarli... aktorze z serialowego "Klanu", operowego śpiewaka czy biskupa polskiego.... pozwoliła mi wtrącić zdanie, że inny wybitny aktor też jest w ciężkim stanie.
- No nie, tego nie lubię, ten mnie nie obchodzi, ten szczur nie jest po tej stronie.... - z niesmakiem i oburzeniem wyraziła swoje zdanie
- Ale, ale to też jest człowiek... też należne jest mu współczucie... nikogo nie zabił, nie oszukał, tylko inaczej pojmował świat... robił swoje... nie ma w tym nic złego...  - spróbowałam przekonać Hiacyntę - Ja go lubię... jego poglądy to mniejsza, nie mają znaczenia... aktorem dobrym był i człowiekiem przede wszystkim też dobrym...
Rozmowa skończona. Hiacynta nieugięta. We mnie smutek i decyzja powstała... zrobię swoje i napiszę o tym.

PUENTA

Róbmy swoje, w swoim zakresie, możliwościach. Nie zapominajmy, że choć różni jesteśmy, to wobec końca życia jak najbardziej równi. I nie nam oceniać, kto lepszy, kto gorszy... siejąc niedobrą energię.
Robię swoje i...
Hiacyncie przypominam, że życzliwość to cecha podstawowa wierzącego człowieka :-))






20:17:00

Ampułka przeciwzmarszczkowa Lanbelle

Ampułka przeciwzmarszczkowa Lanbelle

Czasami dzieje się tak, że dostajemy w prezencie kosmetyk marki, o której nigdy wcześniej nie słyszałyśmy... a tu kurczę okazuje się, że niedługo koleżanka ma urodziny, a my nie mamy dla niej prezentu. Ręka czasami niektórych świerzbi, żeby taki prezent puścić dalej w świat ;) Dziś będzie jednak o serum luksusowej marki, który warto zostawić na własnej półce, stosować regularnie i cieszyć się efektami. Ten post będzie także dla Was przydatny, jeśli szukacie produktu na prezent dla osoby, która na pewno skontroluje... czy na pewno na jego zakup nie wydałyście za mało ;) Serum EGF + FGF, czyli ampułka przeciwzmarszczkowa marki Lanbelle, którą moglibyśmy w drogerii ustawić obok takich jak La Mer i Bioeffect... ceną niekoniecznie zachęca ;) Obecnie w promocji kosztuje 250 złotych (ze względu na termin ważności do końca października, jednak jeśli zapiszemy się do newslettera na pierwsze zakupy otrzymujemy 10% rabatu), a w cenie regularnej 430 złotych za 20 ml. 

Ampułka przeciwzmarszczkowa Lanbelle zawiera bezzapachową formułę, nadaje się do każdego rodzaju skóry, a jej zadania stanowią: redukcja widoczności zmarszczek oraz poprawa elastyczności i jędrności skóry. Podstawę jej działania stanowi naturalny wyciąg z wąkroty azjatyckiej, który wspomaga autoregenerację skóry. Nie zawiera sztucznych barwników, alkoholu, chemicznych środków konserwujących i aromatów. Stosowanie tego serum zawierającego tzw. czynniki wzrostu powodujące namnażanie się komórek powinno być unikane przez osoby z wysokim czynnikiem ryzyka nowotworu skóry, ponieważ... może dochodzić także do namnażania tych nieprawidłowych komórek. Oprócz wąkroty azjatyckiej w składzie znajduje się też między innymi beta glukan odpowiadający za właściwości kojące i łagodzące oraz sól kwasu hialuronowego (w tej postaci kwas jest dostępniejszy dla skóry), która pozytywnie wpływa na nawilżenie i pielęgnację zmarszczek. 

Produkt należy nakładać na oczyszczoną i stonizowaną skórę twarzy - wystarczy zaledwie kilka kropli ;) Ja stosuję go na noc, choć równie dobrze... (a nawet lepiej!) można używać go dwa razy dziennie :) 

Ampułka przeciwzmarszczkowa Lanbelle to pierwszy tak profesjonalny koreański produkt do pielęgnacji twarzy, jaki znalazł się w mojej kosmetyczce. Muszę przyznać, że już sam jego skład robi wrażenie - jego podstawy nie stanowi woda, a wyciąg z wąkroty azjatyckiej. W kompozycji znajdziemy produkty niepodrażniające skóry, a w tym oprócz tych wymienionych powyżej np. monogliceryd kwasu kaprylowego, który jest emolientem chroniącym skórę przed utratą wody. Zmiękcza skórę, wygładza i działa natłuszczająco. Naprawdę... to chyba jedyny produkt, które skład przeanalizowałam tak dokładnie ;) 

Dla zainteresowanych, skład:  Centella Asiatica Extract, Aqua/Water, Glycerin, 1,2-Hexanediol, Sodium Levulinate, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/VP Copolymer, Sodium Anisate, Glyceryl Caprylate, Disodium EDTA. Sodium Hyaluronate, Allantoin, Betaine, Beta-Glucan, Ethylhexylglycerin, sh-Oligopeptide-1, sh-Polypeptide-1

Jak serum zadziałało na moją skórę? Bardzo dobrze! Zero podrażnień, bardzo dobre nawilżenie. W ostatnim czasie zaczęłam przykładać dużo większą wagę do jakości stosowanych przeze mnie produktów na twarz... jak to powiedzieć... z czasem coraz bardziej zależy mi na zachowaniu jej w jak najlepszym stanie :) Kosmetyk Lambelle jest wygodny w aplikacji, pięknie się wchłania i co najważniejsze... producent nie obiecuje nam cudów ;) Padają liczby, jednak są to liczby na poziomie zmiany na lepsze w aspekcie kilkunastu procent po miesiącu stosowania, a nie historie o tym jak to nasza twarz stanie się niesamowicie gładka jak po wyprasowaniu żelazkiem ;)  W trakcie stosowania tego produktu odczuwam poprawę napięcia skóry, nawilżenie i ogólne poprawienie kondycji twarzy, które jest zauważalne np. w kwestii jej kolorytu i rozświetlenia. Należy także dodać, że jest niezwykle wydajny! Przy miesięcznym codziennym stosowaniu... z buteleczki uciekło niecałe pół opakowania :) 

Ampułka Lanbelle to bardzo dobry jakościowo produkt, który zachęca do zakupu nie tylko swoim składem, estetycznym opakowaniem, ale przede wszystkim działaniem. Ukojenie cery, poprawa jej nawilżenie i uelastycznienie - czyli działanie, które daje wspaniały efekty idzie w parze z czynnikiem demotywującym, w postaci ceny. Jednak... tak jak napisałam już na wstępie - to wspaniały pomysł na chwilę luksusu dla siebie lub w postaci prezentu dla wymagającej kobiety lub mężczyzny (mężczyźni także mogą o siebie dbać!) :) To może być pierwsze spotkanie z koreańskimi kosmetykami, może być to również udana kontynuacja tej znajomości. Jeśli jeszcze nie miałyście do czynienia z kosmetykami koreańskimi - możecie zacząć od tańszych produktów (dużo tańszych ;)) jak np. maski w płachcie. Więcej informacji możecie znaleźć  na stronie: https://4seasonsbeauty.pl/koreanskie-kosmetyki/. Znajdziecie tam także więcej informacji o samej marce Lanbelle :) W tym miejscu muszę jeszcze dodać, że nie byłabym sobą... gdybym jednej rzeczy nie sprawdziła ;) 

W Polsce tę ampułkę możecie dostać jedynie w sklepie powyżej, a jej cena po porównaniu ceny z rynkiem światowym... nie jest wygórowana ;) Za 15 ml należy zapłacić: w Wielkiej Brytanii od 70 do 100 funtów, w Grecji 118 euro, we Włoszech od 90 do 100 euro. Z tym, że przypominam..., że w Polsce mówimy o opakowaniach 20 ml :) Także okazuje się, że chociaż myślimy "drogo" w rzeczywistości w porównaniu do cen kosmetyków tej marki na świecie... polska cena już tak nie szokuje. Patrząc także na ceny dobrych jakościowo kosmetyków - serum Lanbelle nie wyróżnia się negatywnie pod kątem cenowym, a jakościowo nie zawodzi! Jakość idzie w parze z większym zubożeniem portfela, ale myślę, że może stanowić zamiennik kremów Estee Lauder itd., za które musimy zapłacić podobne kwoty. :)




15:14:00

Mirka i Irka... determinacja i desperacja

Mirka i Irka... determinacja i desperacja

MIRKA  i  IRKA

Łączy je wiek... 40 lat i to, że obie zaliczane są do grupy kobiet, ogólnie postrzeganych jako ładne. Poza tym silna wola jest u nich wielka, lecz z innych pobudek wypływająca.
I jednej, i drugiej chodzi o jedno też, o osiągnięcie celu... choć cele te są różne i inaczej realizowane, z innych przyczyn podejmowane.

MIRKA

Mirka to żona, matka i wykształcona kobieta, która oprócz całej miłości do swojej rodziny, nie zapomina o sobie i ciągle się rozwija. Zdeterminowana jest by firma, którą kieruje odnosiła jak największe sukcesy, dlatego bardzo angażuje się w różne nowe projekty. Nie zaniedbując jednocześnie swoich pasji, których ma wiele... czytanie i to nie opowieści: daje jej wiele radości i tą radością potrafi się dzielić. Śpi niewiele, bo maksymalnie stara się wykorzystać czas, by dojść do celu. Teraz tym celem jest rozbudowanie firmy tak, by więcej ludzi znalazło pracę w tych trudnych czasach pandemii.

Wiele prób, mniej lub bardziej udanych podejmowanych przez Mirkę nie pozbawia jej uśmiechu... jest konsekwentna i przekonana, że to co robi prędzej czy później, ale wreszcie... wreszcie spowoduje, że będzie  zadowolona. A przy okazji zadowoli parę innych osób.

Jej determinacja nie wprowadza zamętu w jej codzienność... bo dążąc do celu, znajduje wsparcie u najbliższych. Jej dzielność, niestrudzoność popierają wszyscy przyjaciele i znajomi. Z nich też czerpie siłę i energię by mimo porażek występujących po drodze nie schodzić z obranej ścieżki... ewentualnie przebudować ją, ale drążyć dalej... sprawę, problem, który nie pozwala dalej iść. Jest przekonana, że małe kroczki, gdy zrobi ich wiele doprowadzą ją do zwycięstwa i będzie... sukces będzie.

Bo to co u Mirki zachwyca, to to, że jej zaciętość, upór są bardzo pozytywne. Jej determinacja wypływa z podłoża wiary, że nawet jak się zatrzyma na chwilę, żeby odpocząć... to nic się nie stanie... Mirka ma w sobie entuzjazm, który wypisany jest na jej licach i iskierkami radosnymi świeci w oczach. Rośnie w niej poczucie, że z wiekiem ma coraz mniej czasu na realizację swoich planów. Ale to jej nie dołuje, nie zniechęca, tylko dodaje energii, żeby się tej sprawie poświęcić, a jednocześnie nie tracić dobrych relacji z innymi ludźmi. Nie pozwala sobie na stratę czasu na rozpamiętywanie przeszłości... gna radośnie do przodu... i szuka rozwiązań wielu. W tym próbowaniu znajduje nowe siły... nie pozwala sobie na załamania... a jeśli nawet jej się trafiają gorsze dni... to nie gorzknieje, nie przekazuje ich dalej... nie rozlewa żółci gorzkiej wokół siebie... Jest zdeterminowana, ale nie kosztem szczęścia innych i kosztem swojej radości istnienia.

IRKA

Irka jest singielką. Nie jest tak szeroko wykształcona jak Mirka... skończyła na licencjacie z zarządzania, czy czegoś podobnego, plus parę kursów z czegoś tam. Ale bardzo często podkreśla jaka jest bardzo wykształcona... "x" razy do roku. Podobnie jak Mirka jest szefową firmy, tyle tylko, że zatrudniającej nie ponad setkę, lecz w porywach 5 osób. Tak czy inaczej zarabia spore pieniądze na tyle, że stać ją na spłacanie kredytów... mieszkanie, samochód, żaglówka i wyjazdy zagraniczne pięć razy do roku. Irka ma inny cel niż Mirka. Irka chce bardzo mieć męża... męża i dziecko, przynajmniej jedno. Ale nie takie proste... Irka kandydatów miała już wielu... tyle, że po krótkiej znajomości znacznie szybciej odpływali, niż w życiu Irki pojawiali. Bo? Bo Irka jest zdesperowana. Po kilku dniach znajomości układa się życie z gościem i do ołtarza ciągnie. A z każdym rokiem jest coraz gorzej. W swej desperacji jest smutna, rozżalona i na cały świat obrażona... owszem podejmuje prób wiele, ale jej cała uwaga jest skupiona tylko na niej, jakby ci potencjalni kandydaci, to były rzeczy bez emocji i prawa głosu.

Irka korzysta z wielu możliwości, by znaleźć tego jedynego, a inaczej - właściwego. Portale randkowe, znajomi znajomych, poszukiwania po internecie; podróże dające nadzieję, na spotkanie tego, który miałby jej mężem być. To mimo, że jak babcia prawiła: tego kwiatu, pół światu... to chyba Irka nie po odpowiedniej stronie świata szuka. I stąd ciągła jej smuta.

Z pragnienia miłości uczyniła uporczywy, życiowy cel, w którym dla Irki liczą się tylko jej uczucia i emocje, a nie druga osoba. I wtedy sprawy w złym kierunku się toczą.

Rozpaczliwe dążenie ku miłości za wszelką cenę i wszystkimi możliwymi kosztami, kończy się poczuciem ogromnego osamotnienia. To jednak nie przerywa procesu desperackiego dążenia by być z kimś, już byle kim, tylko, żeby był... tuż obok. Irka miłosną desperatką jest. Kocha bezosobowo... choć ta miłość ma konkretną twarz i osobowość, imię i nazwisko, swoje środowisko. Irka pokocha każdego byle chciałby z nią być.

I tu przegrywa... kochać można tylko szczerze i z wzajemnością... na tym polega mądrość prawdziwej miłości. Irka za  wszelką cenę chce z kimś być, bez względu na ponoszone koszty...
Zdarza jej się mylić przelotne zainteresowanie nią, intymność z nią... z miłością... z chęcią bycia na co najmniej pół życia.

I cierpi wtedy, gdy znowu porażka... i cierpi wokół niej ludzi gromadka, która z każdym rokiem zmniejsza się. Bo Irka staje się nie do wytrzymania. Wszystkim i wszystkiemu za złe też wszystko ma. Zdesperowana brnie dalej w przygodne związki, mając nadzieję, że słowo "kocham" jest wyjątkowe i w każdych ustach prawdziwie wysłowione.
Jest zdesperowana... i czasem czuje, że absurdalnie postępuje, ale ciągle w głowie iskierka nadziei jej się tli, że wszystko nieważne, jeśli sama będzie i dlatego w kolejne pomysły idzie jak w dym... i nieistotne wcale, że zupełnie nieracjonalne są.

Kłopot polega też na tym... a raczej inaczej... Irka nie zauważa, że są koło niej mężczyźni, którzy może i chcieliby z nią być... tylko, kto by chciał słuchać od rana do wieczora jaka to Irka jest wspaniała i wyjątkowa, mądra i kasy ile ma, jak to na wszystkim się zna, i że nie jest byle kim... co podkreśla kilka razy w jednym zdaniu.... a, że nie wie tego czy tamtego?... to ona  zwyczajnie czasu na to nie ma... o polityce nie rozmawia, o chorobach słuchać nie chce, bieda jej nie dotyczy, brzydoty nie znosi, a innych problemy jej nie obchodzą.... jej czas i to co "jej", najważniejsze jest. Poza tym reszta ją nudzi, albo zabiera "jej" ten cenny czas.

I to nie jedyny kłopot Irka ma, kłopot, który jest w niej... a ona nie zauważa go.

Kłopotem jest to, że Irka poszukuje faceta, mężczyzny, kochanka, męża, który księciem by był... przystojny, wysoki, z piękną twarzą, IQ z jak najwyższym, niezauważającym jednako jej mankamentów ;-) i do tego mieszkanie jak pałac, samochody trzy i konta w bankach przynajmniej czterech.... bez debetu oczywiście... Książę bez przeszłości z wyciągniętymi wyłącznie w jej kierunku dłońmi pełnymi złotych precjozów. Uff...
Irce brak już wiary, że nie będzie do końca życia sama... stąd ta desperacja.

DZISIAJ

Dzisiaj zdeterminowana Mirka ciągle prze do przodu, stawia sobie nowe wyzwania, jest zainteresowana światem i o wszystkim możesz z nią pogadać. Bo rozmowa z nią uspokaja, daje nadzieję i przynosi ulgę. Irka pozostała wesoła i uśmiechnięta, i pragnie się przebywania z nią :-))
Dlatego, że przy niej można czuć się docenionym i bezpiecznym.

Dzisiaj zdesperowana Irka ciągle szuka tego wybrańca dla siebie, nic innego ją nie interesuje, skupiona jest na sobie... wszystko ją dołuje... rozmowa z nią to stres, bo nigdy nie wiesz czy ją czymś nie urazisz. Bo rozmowa z nią to ból głowy, czujesz beznadzieję i też przynosi ulgę... jej z nią skończenie ;-))) Irka jest coraz bardziej zgorzkniała i ucieka się od niej. Dlatego, żeby będąc niewinnym, nie odebrać ciosów za kogoś innego ;) 

PODSUMOWANIE

Determinacja i desperacja z jednego pnia wyrastają. Tyle, że jedną entuzjazm kieruje do wybranego celu, a drugą załamanie.
Jedna i druga dążą do celu, tylko inne pobudki nimi kierują. Motywacje też się różnią. Tak jak i ponoszone koszty... rozważnie ocenione i niemądrze przecenione. Przy determinacji życie płynie w słonecznej atmosferze, przy desperacji... po burzy nie ma tęczy... zostaje kałuża... moc do wszystkiego niechęci.
Bo życie to jest coś więcej... niż tylko ucieczka przed złymi wiadomościami, przed bólem i bieg po swoje prywatne szczęście.










Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger