17:12:00

O jedzeniu inaczej ;-)

O jedzeniu inaczej ;-)

JEDZENIE 

Jedni jedzą, żeby żyć, inni żyją po to, aby jeść ;-)  Należę do tej grupy, która kocha jeść.  Nie jem tylko po to żeby przeżyć. Dla mnie jedzenie jest niezmiernie ważne. A lubię dokładnie wszystko oprócz czerniny. Gotować, kombinować nowe produkty, eksperymentować, poznawać smaki, to dla mnie super zabawa. Apetyt bez przerwy mam :-) W samym jedzeniu (poza przygotowywaniem go) jest jeszcze coś takiego wspaniałego, że jest to przerwa od zajęć tak miła dla wszystkich zmysłów... smak dla podniebienia oczywiście, ale też zachwyt dla oczu, zapach dla nosa, a nawet dotyk gdy w ręku lśniące, gładkie jabłko się trzyma. A uszy? Uszy też mają podnietę, gdy skwierczy na patelni cebulka i szyneczka i zaraz rozbite zostaną w to jajeczka. Tak fantastyczna jajecznica powstaje. I ranek nadzwyczajny ;-) plus herbata biała.

JAK POWSTAJE DOBRE JEDZENIE?

Żeby dobre, smakowite jedzonko powstało, trzeba mieć w sobie wiele miłości, którą należy przelać w jego przygotowywanie. Nie raz już przekonałam się, że moje nastawienie danego dnia do siebie, do życia, ma wpływ na przygotowywaną potrawę. I ta sama, przyrządzana od lat, ulega ewolucji poprzez energię moją, aurę jaką mam wokół siebie, mój nastrój. Lubię i podobno umiem gotować smakowicie.  Rytuały przygotowania jedzenia, a potem jego konsumowania, to są magiczne chwile, które zbliżają ludzi albo ich od siebie odpychają. Dobre jedzenie oprócz znakomitych produktów, potrzebuje spokoju i cierpliwości. To jest warunek sine qua non!!!

NIESTETY

Proporcje między czasem, który należy poświęcić na przygotowanie jedzenia, a czasem przeznaczonym na jego konsumowanie są delikatnie ujmując, nieco zachwiane ;-)

PRZEZ ŻOŁĄDEK DO SERCA

Ta prawda w moim życiu sprawdziła się wiele razy. Gdy zwykłą sałatkę jarzynową zrobiłam i ujęłam pewien zespół ludzi, z którymi założyłam się, że to moja sałatka zachwyt wzbudzi, a nie ta przyrządzona nie przez byle kogo, bo szefa jednej z uznanych restauracji (w owym czasie, XX wieku). To był jeden z tych razów.  

TAJEMNICA SAŁATKI JARZYNOWEJ

Przepis jest taki:   

Ta sałatka tak smaczna bo, warzywa w niej zawarte...

  • nie są rozgotowane, tylko kruche;
  • wrzucane są na wrzący bulion i wtedy nie dość,  że kruche, to wyjątkowy aromat mają;
  • krojone są w kostki różnej wielkości, co sprawia, że walory jej smakowe rozchodzą się dłużej. 

Ogórki konserwowe z kiszonymi w proporcji według uznania też w sałatce nieocenione. Obydwa nadmiaru soku pozbawione. Pietruszka zielona drobno skrojona i oczywiście kolendra tłuczona w moździerzu i pierz zielony... co oczywiste przy odrobinie soli. To właśnie dodanie kolendry czyni z mej sałatki królową. Zamiast cebulki skrawanej zwykle, to biała część pora drobniutko pocięta, zabiera jej miejsce. Ten myk sprawia, że po paru godzinach sałatka nie jest sfermentowana tylko ciągle smaczna. I oczywiście jabłko w ostatnim momencie, dodawane tuż przed podaniem.

Dodaję też gotowane jajka grubo skrojone i szynkę w w kostkę niewielką. 

PRZYGODA Z GROCHÓWKĄ

W dziesiątym roku małżeństwa, wielokrotnie częstym jej gotowaniu, bo grochówka to męża ulubiona była zupa...,  dowiedziałam się jak ją gotować by smak grochówki jego mamy uzyskać, by uśmiech radości na twarz męża wywołać ;-) Jak zwykle namoczony groch na wędzonce, na wywarze z rosołu, z innymi warzywami gotowałam, majeranku nie żałowałam. Zupka na delikatnym płomyku gazowej kuchenki aromatu nabierała. Dzwonek do drzwi. To przyszła Krysia, przyjaciółka moja, co na tym piętrze mieszkała i często do mnie wpadała. Z różnymi plotkami z pracy, ciuszkami do wymiany... takie czasy były ;-) Do tego jeszcze kaweczka i kawałek ciasteczka, śmiechu było co niemiara... :-)) Nagle z kuchni, dziwny swąd, dymek jeszcze nadlatuje...  O rany... Grochówka się pali! Ile się dało, przelałam do innego garnka, brudny garnek z przysadzoną  do dna zupą schowałam głęboko do szafy. Czasu nie było. Mąż się zbliżał z pracy. Krysia czmychnęła do siebie... uff... 

Jak gdyby nic, wlałam smagniętą zbyt mocno ogniem, pachnącą ogniskowym dymem grochówkę do talerza i podałam mężusiowi. Sama zostałam w kuchni, tłumacząc, że wyjątkowo już jadłam wcześniej... ;-) i jeszcze pod pozorem przygotowania czegoś innego... w kuchni pozostawałam.

Wtem!

- Kochanie, wreszcie się nauczyłaś. Wspaniała ta grochówka. Taką właśnie gotowała moja mama! - wykrzykiwał radośnie mój mąż ;-))))

BIGOS I DOBRE WYCHOWANIE

Cudowna, tradycyjna polska potrawa - z kapusty kiszonej i świeżej, mięsa siedmiu rodzajów, grzybów suszonych, wędzonki, dziczyzny, z dodatkiem suszonej śliwki i czerwonego wina oraz owoców jałowca. Taki to bigos ugotowałam, serce swoje dodatkowo w niego wlałam. I na zaproszenie, na Święta Bożego Narodzenia z całym garnkiem w pewną gościnę wpadłam. A że z pustymi rękami nie wypada iść,  przyniosłam też łazanki (kwadraciki makaronu z kapustą kiszoną ugotowaną i borowikami) i śledzia w śmietanie, co z jabłuszkiem i ogórkiem świetnie się dogadywał. Potrawy przyjęto i? do szafy schowano, czy gdzieś. Na stole wylądowały kanapki, kapusta z grzybem i galareta z rybą i coś tam jeszcze. Potem kawa jeszcze była i makowiec, co zabrakło w nim maku. Zresztą posiadają oni wielką umiejętność, rzekłabym są sztukmistrzami w takim przyprawianiu wszelkich potraw, że wszystkie smakują tak samo...  nie mają smaku w ogóle. Atmosfera drętwa, ale cóż... sytuacja była taka, że trzeba było tam być. Na drugi dzień, też tam być "musiałam" (dla dobra innej, wyższej sprawy)... dalej nie wyłożono na stół moich potraw... słowa o nich nie powiedziano... oddano puste garnki. Zabrakło dobrego wychowania? Było i jest mi przykro nieco ;(

Od tamtego dnia jeszcze bardziej rygorystycznie unikam potraw. które mi nie smakują i ludzi, którzy je przygotowują oraz tych, których widok odbiera apetyt. I nic mnie nie już nie zmusi bym jadła w towarzystwie ludzi, wśród których traci się apetyt na życie. 

GOŁĄBKI I MAKOWIEC ZAWIJANY

W 3 dniu małżeństwa, lipcu 1976 roku, dowiedziałam się, że: kochanie jesteś mężatką, dokonałaś wyboru i chyba nie chcesz obarczać Stefcię (moja mama tak miała na imię) gotowaniem dla zięcia (?) - z wrednym uśmieszkiem wycedził mój świeżo poślubiony mężczyzna.

Ale tym się nie przejęłam wcale. Gotowanie to była dla mnie łatwizną. Nauczona byłam od dziecka. Nawet w szkole na ZPT (taki przedmiot to był w PRL) uczyłam się z przyjemnością tej sztuki. Bo gotowanie to sztuka, już wtedy to wiedziałam.

Poradziłam sobie świetnie... kapusty liście sparzone... w nie zawinięte mięso mielone, przypraw kilka i przesmażona cebulka. Całość upieczona, zasmażką z pomidorami otulona. Pycha. Obiad przepyszny, po nim popołudnie i wieczór, i noc. Egzamin zdany... dobra żona, choć młoda to z talentami, w tym kulinarnymi.

Ale przyszedł grudzień i z tym związane święta. Świąteczny, domowy makowiec i to nie z cukierni oczywiście. Babcia mnie ostrzegała, żebym się nie wkręcała z tym makowczykiem i lepiej sernik upiekła... i z niewinną minką mężowi zakomunikowała, że to pomyłka zwykła :-) Ale uparta byłam i mak mieliłam i wszystko zgodnie z przepisem... tylko ciasto chyba za rzadkie było i w zbytnią symbiozę z makiem weszło i się upiekło... a raczej upiekł, pełen zakalec. Ale nie w ciemię byłam bita. Zebrałam pieniążki i do Merkurego, gdzie w owym czasie najlepsze wypieki były. Ustawiona w najdłuższą z możliwych kolejek, dałam radę i nie jeden, ale dwa makowce kupiłam. W domu szybciutko i dokładnie lukier z nich zeskrobałam i do piernika gorącego wrzuciłam. Gdy wrócił mąż z pracy, to zapach piękny go już w drzwiach powitał. Ja w miseczce lukier kręciłam. Ujmującym spojrzeniem przywitałam męża i zakomunikowałam, że gdy makowce ostygną, to może też do wyrobu ich dołożyć swą rękę i pomazać z lukrem pędzelkiem. 

To było na tyle, a później jak się jadło, delektowało makowcem, było cudownie. Mąż dumny był ze mnie i wychwalał wszędzie. Co prawda w następnych latach, gdy już uczciwie sama piekłam makowca, mąż chwalił i owszem, ale dodawał: ten makowiec, który upiekłaś w pierwszym roku naszego małżeństwa był najwybitniejszy... chyba bardziej się starałaś ;-)

JEDZENIE MOŻE WIELE

Może połączyć w dobrej zabawie, ale też może zaszkodzić relacjom. Podawanie potraw, oprawa do tego, wiele może powiedzieć o nas. Znam ludzi, gdzie panuje zasada, że gdy przyjdziesz do nich z niespodziewaną wizytą.... to czym chata bogata i wszystko z lodówki na stół, piękna serweta, porcelana świecąca  i choćby tylko chleb ze smalcem i do tego kiszony ogórek... ale jest sympatycznie i miło.

Znam też takich, co na proszony obiad podadzą wyliczone pyrki i kotleciki przesuszone na wyszczerbionych talerzach, a do kawy po jednym cieniutkim kawałku arbuza... do tego rozmowa się nie klei, bo oni i tak wszystko najlepiej wiedzą, więc co tu jakiekolwiek tematy poruszać. 

I NIE O PIENIĄDZE CHODZI

Nie o pieniądze chodzi w dobrym jedzeniu i dobrym towarzystwie - tylko o duszę i poczucie humoru :-)))



Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger