10:07:00

Ważne, żeby człowiek dobrym był.

Ważne, żeby człowiek dobrym był.

Na życie patrzę tak: Nie warto tracić energii na coś, co jest złe i co w życie nasze przynosi złość, niezadowolenie, zwątpienie, czyjeś zmartwienie. Dlatego nie chowam do nikogo urazy, nie pielęgnuję złości. Nie zazdroszczę, że jest ktoś młodszy (no może troszeczkę), zaradniejszy, piękniejszy, bogatszy, mądrzejszy (tu jednak mocno zazdroszczę), ale nie znam zawiści i wcale od kogoś innego poznać bym jej nie chciała. Białoskóry, czerwony, mahoniowy, czarny, czy żółty to nieistotne. Ważne, żeby był to dobry człowiek. Czy wierzy w Chrystusa, czy wyznaje Mahometa – zupełnie mnie to nie rusza. Ważne, żeby był to dobry człowiek. Mało ważne czy adwokat to, profesor, sprzątaczka, lekarz, portier, celebryta, ogrodnik, urzędnik. Ważne, żeby był to dobry człowiek.
Majętny, zamożny, z domem basenem czy ten z wynajętych 20m2, a może bezdomny, bo nie umiał w życiu wytrwale trzymać dobrego steru, a może w przeciwną stronę wiał mu wiatr. Ważne, żeby był to dobry człowiek.
Może być gruby i spocony, chudy, i brzydki. Ważne, żeby to człowiek dobry był.
Kobieta, mężczyzna, dziecko, nastolatek, lesbijka, gej czy transwestyta. Ważne, żeby to człowiek dobry był.
Stary, zmurszały, młody, piękny i atrakcyjny. Ważne, żeby to człowiek dobry był.
Z samochodem, pieszy, czy na rowerze... to bez znaczenia. Ważne, żeby to człowiek dobry był.
Polityk, kretyn, klaun, ten co wykłada na uniwersytecie czy ten co podłogę kafelkami ... to wszystko jedno czy artysta malarz czy malarz pokojowy. Ważne, żeby to człowiek dobry był.

Człowiek to już brzmi dumnie. Ale być dobrym człowiekiem to najważniejsze jest.
I nikt nie przekona mnie, że jest inaczej. Że inne pryncypia ważniejsze są.
Co z tego, że piękna kobieta, a gardzi ubogą sąsiadką i szydzi z wytartego czasem jej płaszczyka.
A ten młody, co naśmiewa się ze staruszka na ławce Jarzębiak popijającego i butelkę z ręki wytrąca mu. Też będzie stary, prędzej niż zdaje mu się i ktoś podłoży mu nogę, gdy do cudownej jakiejś kobiety będzie akurat przystawiał się.
Profesor z wyższej uczelni wraca do domu i leje swą niewykształconą żonę, bo gdy on się uczył, to ona piątką ich wspólnych dzieci zajmowała, a teraz za nic ją ma.
Biznesmen dojrzały w pięknym, czerwonym kabriolecie rzuca w restauracji setkami, a przychodzi do niego z dawnych lat przyjaciel i prosi o pomoc i wsparcie, bo stracił pracę, a żona choruje. A on na to, że sam jest w biedzie, jeździ właśnie na oparach benzyny, od matki rencistki pożycza pieniądze, żeby się jakoś w interesach nie rozłożyć, i że dziadek go wspomaga (co w grobie od 10 lat leży), żeby mógł się z kłopotów wykaraskać. Nie pomoże i basta, chyba, żeby ten w jeden przekręt z nim wszedł, to może z tego dostanie 1%.
Polityk, co cuda obiecuje. Społeczeństwo go wybiera, ale cuda tylko u niego w domu działają. Właśnie kupił sobie już drugi dom, z którego wysiedlił najpierw ustawami mieszkających tam od pięćdziesięciu lub więcej lat mieszkańców... zwyczajnie na bruk.
I inaczej.
Gruby spocony pan chorujący na serce ustąpi ci miejsca w tramwaju, bo widzi, że młodsza co prawda, ale kobieta i siatki ciężkie ma dwie.
Ten co kafelki wykłada na podłodze by studenckie i profesorskie nogi mogły stąpać po nich wygodnie, po pracy idzie pomóc sąsiadowi, bo mu zalali inni sąsiedzi mieszkanie i on teraz musi je odremontować.
Czarny jak smoła chyba z najgłębszej Afryki zna dobrze angielski i postanowił, że syna kobiety, u której wynajmuje pokój nauczy wszystkich zwrotów języcznych, zupełnie za darmo, bez pieniędzy.
Idzie kobieta z czterema siatami pełnych zakupów. Do tego jeszcze wielka torebka. Wiek jej trudno określić, tyle, że widać, że udźwignąć się nie może. Schludnie ubrana i uśmiechnięta. Uśmiecha się do swej myśli , że jak tak będzie często przystawać, żeby sił nabrać i dalej iść, to może zdąży do 15-ej dojść ( a jest 12:33).
Z przeciwnej strony idzie młoda dziewczyna, śliczna blondynka, do pracy śpieszy się. Widzi kobietę. Nie zastanawia się chwili i już za moment targa siatki, i z uśmiechem serdecznym mówi: ja pani pomogę, nie da rady pani sama, śpieszę się do pracy, znam panią z widzenia, niedaleko chyba pani tu mieszka, czasem noszę do domu od mamy przetwory i wiem jak to ciężko jest.
  • Jak pani ma na imię moja wybawicielko? - spytała zdumiona i uszczęśliwiona kobieta.
  • Iza jestem.
Nie wiem kim Iza jest... pracuje... tyle zdążyła mi powiedzieć... czy jeszcze się dalej uczy... nie wiem. Za krótka to była droga by się dowiedzieć. Serdecznie uśmiechnięta młoda blondynka z dużymi niebieskimi oczami i sercem wielkim, choć przecież nie widać go pod ubraniem, a czuć w każdym spojrzeniu, geście.
Wiesz gdzie mieszkam Izo (18k/7) zapraszam Cię na kawę. Jak lubisz to zrobię sernik.
Iza to DOBRY CZŁOWIEK.
Niewiele trzeba, by taką Izą być.

Trochę mniej egoizmu, troszkę więcej zrozumienia, otwartości w spojrzeniu dookoła, a nie tylko na czubek swojego, choćby najśliczniejszego nosa, empatii deczko i już możesz być jak IZA. 




23:02:00

Straszne... zgubił mi się KWAS.

Straszne... zgubił mi się KWAS.

To będzie brzmiało niewiarygodnie. Ale to prawda jest. Przeżyłam to bardzo, gdy patrząc na półkę szklaną, pod lustrem w łazience... patrzę, a jego tam nie ma. Patrzę i nie widzę. Jedna buteleczka, dwunasty flakonik, płaskie, albo pękate pudełeczka... ze szkła, plastiku i cienkiego metalu, z pompkami, z zakraplaczami, i innymi dozownikami. Jego nie ma.
Miał to być piękny dzień, a brązowej szklanej buteleczki brak...
z białym gumowym zakraplaczem i niebiesko-białą naklejką... na półeczce BRAK, co sprawiło, że zaczęło się jej szukanie i to zmieniło mój dobrego humoru stan. Co w niej takiego było?
Zżyłam się z nim od pierwszego dnia stosowania. Stosowanie jest proste... dwa razy dziennie na twarz, potem Twój ulubiony krem i wyglądasz jakby wyprasował Ci ktoś twarz. Jak chcesz zaoszczędzić to wystarczy dodać tylko parę kropli do stosowanego aktualnie kremu i twarz jest nawilżona, wyrównana, i w sobie ściągnięta, i nie wydaje się... jesteś piękna. Zmarszczki wypełnione, przez to wizerunek poprawiony, a w sercu?  W sercu szczęście.
Dodatkowo jeszcze parę kropel preparatu tego wtartego w końcówki włosów uleczy ich rozdwojenie (jeśli taka przypadłość Ci dokucza). Po prostu cudowny środek
I ten mi zaginął. Nauczyłam się go używać i rezultaty, w krótkim czasie odkryłam. Byłam gotowa spóźnić się, gdziekolwiek i z kimkolwiek umówiona byłam, ale najpierw siąść do komputera i zamówić kolejną buteleczkę musiałam, gdy tej pierwszej nijak odnaleźć nie mogłam, choć całą łazienkę do góry z szafeczkami i koszyczkami... dokładnie przewróciłam. 
Jednakże zadzwonił telefon i wyrwał mnie z poszukiwania cennego źródła dobrego wyglądu mojej skóry, a obecnie przedmiotu poirytowania.
I on był ważny (ten telefon), bo go odbierając usiadłam w fotelu, a przedtem usunęłam z niego poduszkę (poduszka i ja w fotelu, to trochę zbyt wiele) i ... i wtedy zobaczyłam  moje serum na twarz i na duszę. Ze szczęścia byłam niezwykle miła (bo zwyczajnie miła jestem zawsze) dla dzwoniącego do mnie znajomego faceta. Choć do tej chwili nie wiem skąd się tam wzięła.  
Jak skończy mi się zawartość tej buteleczki, to na pewno ją ponownie kupię, bo działa cuda.
No i...i umówiłam się na randkę (dzięki niej, w sensie mojego dobrego humoru z racji jej odnalezienia).
To jest hit! (serum oczywiście – nie randka) i wszystko, co przeczytałam o tym żeliku, to po zastosowaniu okazało się, że w moim przypadku to... to właśnie HIT.


;-)

08:06:00

Nie zmusicie mnie do nienawiści

Nie zmusicie mnie do nienawiści
To tytuł książki Antoina Leirisa, który w zamachu terrorystycznym stracił żonę. Stało się to 13 listopada 2015 roku w popularnym klubie w 11 dzielnicy Paryża.
34-letni francuski dziennikarz, komentator kulturalny był szczęśliwym mężem i ojcem siedemnastomiesięcznego Melvila.
Helene, żona Antoina znajdowała się w klubie muzycznym Bataclan w chwili gdy dżihadyści dokonali zamachu na ten klub, zginęło wówczas 89 osób. Dżihadyści użyli broni i ładunków wybuchowych.
Antoin dowiaduje się o ataku na klub z telewizji.
Telefon od brata uprzytomnia mu fakt, że jego ukochana tam właśnie jest.
Czuje się jak w jakimś koszmarze, z którego zaraz się obudzi. Usypia synka.
Sam czeka, kiedy się obudzi, bo to nie może być prawda, to musi być sen.
Telefon dzwoni.
To siostra Helene, ona już wie. Wie, stało się to najgorsze.
"W piątek wieczorem ukradliście życie wyjątkowej istoty, miłości mojego życia, matki mojego syna – ale nie dostaniecie mojej nienawiści. [...] Chcecie bym nieufnym okiem spoglądał się na obywateli, żebym poświęcił swoją wolność dla bezpieczeństwa. Nic z tego. Gra toczy się dalej." napisał do terrorystów odpowiedzialnych za zamach, w którym zginęła jego żona - A. Leiris kilka dni po zamachu na swoim profilu na Facebook'u.
Na kanwie tej wypowiedzi powstała książka, której akcja zaczyna się w dniu zamachu, czyli 13 listopada 2015 roku, a kończy 25 listopada tegoż samego roku, kiedy młody wdowiec, dzień po pogrzebie swojej ukochanej żony idzie na grób jej ze swym małym synkiem i pokazuje, gdzie teraz jest mama. To 13 dni, które były zupełnie inne od tych 13-stu dni wstecz i jeszcze wcześniejszych, które zmieniły świat Antoine'a i jego syna Melvila.
Już nic, nigdy nie będzie takie samo, ale mimo to, że terroryści zmienili życie Antoinea, że poczuł w nim pustkę, przerażenie i smutek, który już nigdy nie zostanie ukojony, to wie, że życie musi toczyć się dalej i on musi żyć dla synka swojego, i pokazywać mu dobro, bo ono tylko zwycięża zło.
Miłość - to ona sprawiła, że pewnego 21 czerwca, kiedy spotkali się na koncercie, to wiedzieli, że chcą ze sobą być... jej niepohamowany radosny śmiech i włosy kasztanowe, oczy przenikliwe jak u sowy. Jemu się wydawało, że przed nią nie miał żadnego, innego życia. Jakby zawsze z nim była. Była jego skarbem. Mieli razem długo żyć. Teraz jest 16 listopada idzie ją zobaczyć jak ona przykryta prześcieradłem białym śpi. W tym dniu on wie, że nie obudzi jej pocałunkiem swym. Ona nie roześmieje się perliście. Nie wstanie już dla nich, nowy, wspólny dzień.
  • Proszę pana, musi pan ją zostawić...
Za sprawą terrorystów on nie zobaczy nigdy jej pięknych oczu, a jej oczy nie zobaczą pierwszych niezachwianych kroków synka. Było ich troje, a teraz zostało dwoje... milczący, zdruzgotany ojciec i jeszcze niczego nie rozumiejący syn.
Nie tak miało być. Nie taki był plan.
Nie tak miało być.
A stało się tak, że... jego ukochana nie żyje. O jej ostatnich chwilach opowiedział mu przyjaciel, który wtedy tam był... jemu się udało, a żona Antoine'a, jego księżyc już nie wzejdzie. Chciał wszystko wiedzieć o ostatnich chwilach Helene, żeby mógł kiedyś o nich powiedzieć synkowi.
Następne dni... myślenie bezmyślne, życie puste, wypełnione czynnościami, które teraz są bezmyślnymi odruchami, ale dokładnie skoordynowanymi, bo przecież żyć trzeba dalej dla niej, choć jej nie może przytulić, to jest w oczach, śmiechu jeszcze nic nie rozumiejącego synka.
I niech ci, co zgotowali jej tę śmierć i jemu zabrali światło do życia, a synowi drogowskaz, i ciepło, niech nie myślą, że będzie się mścił.
24 listopada Helene została pochowana, a z nią ich wspólne marzenia i plany.
25 listopada Antoine wziął synka i zaprowadził na grób mamy, kiedyś gdy dorośnie odczyta list, który w jego imieniu napisał tata, do mamy, gdy zgasło światełko jej.
W dziesiątym sektorze cmentarza Monmartre leży Helene, która nikomu niczego złego nie zrobiła, dała wspólnie z Antoin'em życie Melvilowi. Ręce złe, bez światła dobra w głowach, otumanione złymi wyobrażeniami pozbawiły światła potrzebnego do życia nie tylko Antoine'a i jego syna, ale wielu setkom innych ginących w zamachach ludziom.
Mimo wszystko życie musi toczyć się dalej i nie może poddawać złu.
Tylko dobre emocje, radość, śmiech, zapach kwiatów i wiosennego deszczu mogą być kołem napędowym do tego by żyć. Nienawiść, gwałty, tyrania to śmierć. Nikt nie ma prawa do zabijania. Każdy ma prawo by, skoro jest na tym świecie, to ma prawo żyć.
Swym postępowaniem nie zmusicie mnie do nienawiści.
Nienawiść rujnuje... zabiła żonę Antoine'a i wiele innych żon, matek, ojców, dzieci... każdego dnia to czyni. Tylko miłość jest wiatrem, który w odpowiednią stronę życie każdego z nas może skierować.
Książka, ok. 135 stron, która nie pozwala się poddawać, i przekonuje, że życie musi trwać.

Nasz kraj, Polskę, na szczęście nie dotykają ataki terrorystyczne i oby tak było dalej. Każdy kto dostał życie, ma prawo do niego i nikt nie ma prawa odbierać mu go.
Kochajmy się. Nie dajmy się nienawiści, zawiści niezrozumiałej. Nic nie jest dane nam raz i na zawsze. Pamiętajmy o tym .

Ja pamiętam o tym każdego dnia.

20:13:00

DEPRESJA

DEPRESJA

Alina ma ją od lat mniej więcej pięciu. Ukrywa ją tyleż samo lat. Czasem udaje jej się to bardziej, czasem mniej. Jej bliscy o jej chorobie nie wiedzą, nawet nie podejrzewają. Alina zawsze dobry humor ma, a jak nie ma siły w tym oszukiwaniu to zamyka się po prostu i nie widzi jej nikt. To się nazywa, że grypę ma. A ona w życiu nawet kataru nie miała. Czosnek, cebula, biały ser, czasem wysokoprocentowy trunek i jedzenie jak to się modnie mówi... zbilansowane... to znaczy w jej przypadku, że wszystko jej smakuje i wszystko je oprócz zupy z krwi kaczej zwanej czerniną. Żaden wirus, ani bakteria jej nie zaskoczy, nawet komar nie ukąsi. Jak była mała to tak była przez te bestie pokąsana, że aż spuchła i lekarz wtedy powiedział, że chyba jest zaszczepiona do końca życia i komar nie tknie już jej. I to się sprawdziło, ale na smutki i wynikłe z nich skutki jakoś szczepionki nie dostała. Zresztą Alina, taka żywiołowa, otwarta na ludzi, nie spodziewała się, że ktoś swą postawą może ją struć. I, że to będzie trwało. Nie myślała nigdy przedtem, że cały dzień pracując, uśmiechając się, można tylko marzyć tylko o jednym, żeby zażyć jakiś nasennik i w poduszkę się trzepnąć. Zasnąć by nie czuć bólu fizycznego. Spać i nie wspominać, nie przeżywać, nie wracać myślami, nie lękać następnego dnia, nie oglądać wstecz, nie myśleć o starości, chorobach, śmierci, rozstaniach, o paru draniach, jednej oszustce, wyzyskiwaczach, obłudnikach i kłamcach, hipokrytach w uśmiechach, zawistnikach w pełnymi frazesów ustami, o nieżyczliwych młodych ludziach patrzących na ciebie na wskroś jakbyś niewidzialna była, albo jeszcze z litością, nie wiadomo co gorsze.

SEN
Płyniesz tą łodzią swego życia, niby kierujesz nią sama. Przecież widzisz we śnie, że wiosła są w rękach twoich. Ale co chwila wyrywa ci je ktoś i sam się bierze do wiosłowania. Ty się nie zgadzasz, to łódka jest twoja. Sama chcesz trzymać jej ster. I co z tego, że nie płyniesz w stronę, gdzie inni nie chcieli by płynąć ją.
Bronisz się jak możesz, już dłonie masz zdarte do krwi, już brak ci sił. Wypada z niej babka, ale ona zawsze była po twojej stronie i pomagała ci. Niedługo potem tatko. Och jakże kochała go. Mamy już w łodzi nie ma, zabił ją rak. Strach spowodował, że wypadł z niej syn, potem drugi i córka zmieniła łódź... wolała inny statek. Jakieś maleństwo kwili na dnie przechylającej się łodzi, obok siedzą dwaj mężczyźni w sile wieku... jeden spogląda na drugiego, ale żaden nie chce przytulić dziecka płaczącego. Każdy z nich kieruje się w inną stronę. Jeden wpada w otchłań jeziora, czy rzeki (Alina nie wie, bo to sen) drugi wrócił na statek, którym poprzednio już płynął i los tej łódki nie obchodzi go wcale. Był trzeci mężczyzna co przytuliłby kwilące dziecko, bo odpowiedzialny był... tyle, że wcześniej utonął, bo zwyczajnie chory był i nie miał siły w tej łodzi trzymać steru. Są też inni ludzie w tej łódce... jedni nawet życzliwi, lecz co oni mogą, też mają trudny los; inni obojętni, jeszcze inni ciekawscy, co będzie dalej. Mają twarze sprzedawców z supermarketu, pani doktor co mierzy ciśnienie, dentysty znanego od 14 lat, listonosza, co w zasadzie jest historykiem, pani Grażynka, co sprząta klatki schodowe raz na tydzień, choć przychodzi oglądać je dzień w dzień, pani z warzywniaka co opala się papierosami, bo zimno jej jest, pani z cukierni... o jest teść Aliny i wujek Stefan, co dbał o zasady, ciotka Maryla, co była starą panną, od kiedy Alina ją znała i wyuczony na inżyniera rolnika Ryś, co teraz sprzedaje produkty bankowe, śpiący jak zwykle pan Świergiel od chemii i Topór pan od w-f (tak był nazywany, nazwiska Alina nie pamięta) i jeszcze złośliwy wuj Zdziś, przemiła muzyczka Lidia Popiel i pani Niemiec, co przewrotnie rosyjskiego uczyła. Jest i profesor astronomii Piotr D., co Alina jeszcze w podstawówce siedziała z nim w jednej ławce i obraz piękny trzymany w rękach przez malarza Jana D.
Pełno ludzi, coś krzyczą do Aliny. Niektórzy serdeczni. Inni jacyś oburzeni. Uśmiech i złość. Radość i smutek. Pocałunki, pot, łzy wszystko miesza się. Krzyk, kolorowe baloniki w różnych dziwnych kształtach miotają jej się nad głową. Jeden z nich ma czarne wyłupiaste oczy i ogon czerwony, bardzo zakręcony. Ten zagląda jej w twarz i wydaje się, że śmieje się. Nie to śmieje się wuj Stach, bo wpadł nosem w biust cioci Zosi, a to miłe dla niego było. Za chwilę pełno na czarno ubranych osób, smutnych zgarbionych tłoczą się w jednej, wielkiej jak łódź bez mała cała i w górę wyciągają ręce.
Plącze się wszystko w niby nieodgadniony, straszliwy, przejmujący obraz, lecz skądś znajomy... bardzo znajomy.

PRZEBUDZENIE
Łódź niebezpiecznie przechyla się... Alina puszcza wiosła. Nie chce już w tej łodzi być.
Budzi się zlana potem, poduszka jest mokra, w dłoń, aż do krwi ma wbity swój własny paznokieć.
Zwleka się z łóżka i idzie do drugiego pokoju. Na tapczanie przykryta w pościel, w jasnomalinowe kwiaty leży jakaś osoba. Widać tylko złocistosłoneczny warkocz .
To głowa córki Aliny.
Alina szybko umknęła do łazienki. Obmyła twarz, żeby nie był widać łez. Wklepała krem i uczesała włosy i taka zmieniona wturlała się do łóżka córki, choć ta ma już 17 lat.
  • Trzeba wstawać słoneczko, zaraz zjemy śniadanie. Na co masz ochotę, dzisiaj spełniam wszystkie życzenia.- ciepło zaszeptała Alina do ucha przeciągającej się córki, która od razu zaczęła się jej dyskretnie, ale wnikliwie przypatrywać.
  • Mamuś, co się dzieje, spałaś dobrze, płakałaś, nie martw się. Damy radę, my zawsze dajemy. Zobaczysz, przyjdzie taki czas, że będziesz szczęśliwie zasypiała, a nie udawała, bo ja wiem, że ty trzymasz się mamo ze względu na mnie i udajesz tak ślicznie, że twarda, i silna jesteś. Tylko dobra nie musisz udawać, bo dobra jesteś. Kiedyś pani w szkole zadała pytanie: czy wy naprawdę kochacie rodziców, czy tylko im tak mówicie?
    Ja sobie to głęboko przemyślałam i wiem, że kocham cię nad życie i wiesz...nigdy, nawet jak czasem zła jestem na ciebie, to nigdy nie pomyślałam, że ty, to krowa jesteś – i tu się perliście roześmiała.
Śmiała się też Alina.
ŻYCIE TOCZY SIĘ DALEJ.



14:55:00

Dramat Agaty... zażegnany

Dramat Agaty... zażegnany

Agata wstała rano z łóżka w niedobrym stanie. Całą noc przepłakała przez swojego szefa, młodego, niepokornego drania, który zawsze się jej czepiał, ale wczoraj przeszedł sam siebie w tym podważaniu jej autorytetu przed całym zespołem. Płakała ze wściekłości, nie ze słabości. (To taka informacja dla jasności)
Za dziesięć dni miała mieć prelekcję dla warszawskiej grupy seniorów, o nie poddawaniu się starości, zapobieganiu stresowi, unikaniu nerwowości . I ona właśnie niewiele od nich młodsza miała zabłyszczeć jak to świetnie daje sobie radę z tymi nowościami w życiu, jakie daje okres starzenia się. Nie bójmy się tego słowa ... starzenia. Wszyscy to robimy każdego dnia... starzejemy się. Dlatego stosujemy kosmetyki, żeby ten proces spowolnić i tym samym sobie, i innym trochę oczy zamydlić, że z nami, to jako lepiej obszeddł się czas. Tak rozmyślając Agata spoglądała w lustro i widziała podpuchnięte oczy z siecią wielkiej ilości drobnych zmarszczek, a wokół nosa sieć czerwona popękanych naczynek krwionośnych od wysiłku przy jego wydmuchiwaniu, łącznie ze spływającymi łzami, których zawartość solna wyżłobiła jej na twarzy normalne górskie potoki, takie jak na geograficznej mapie. Obraz to był żałosny. Tylko telefon do Starej Kobiety, ona na pewno coś doradzi, żeby za parę dni jej skóra wokół oczu znów była sprężysta, a nie wiotka i nadmuchana. Z naczynkami będzie trudniej.
  • Hej, Stara Kobieto problem mam.... i Agata w skrócie opowiedziała, jaka to gładka i śliczna musi być, bo za 10 dni ma ważne spotkanie.
  • Nie martw się... na naczynka zastosuj arnikę górską, już moja babcia ją stosowała, a teraz można kupić serum nawilżające z arniki Firmy Fitomed. Na sobie wypróbowałam, jak od nadmiernego opalania naczynka mi popękały, a u mnie krucho z kasą, żeby iść i sobie u dermatologa* je pozamykać.
    Co do oczu, to nic tak pod oczami skóry nie wygładza jak aksamitka wyniosła z kremu pod oczy tej samej Firmy Fitomed. I to wszystko są naturalne produkty bez parabenów. Gwarantuję, że przez ich zastosowanie twój chwilowy dramat zamieni się w radość.
    A na tej prelekcji oczarujesz wszystkich nie tylko świetnym przygotowaniem merytorycznym, ale wyglądem świetlanym.
    Tylko zacznij stosować już od dzisiaj i codziennie o tych kosmetykach pamiętaj. I koniecznie zadzwoń czy pomogła ci ta moja konsultacja.
  • Dziękuję ci Stara, ja Fitomed w domu mam, od ciebie dostałam, tylko jakoś zapomniałam i nie stosowałam. Teraz zaczynam od razu.

Po trzech tygodniach Agata zadzwoniła do Starej Kobiety... sukces, sukces na całej linii... tej merytorycznej i pod oczami i czerwone linie naczynek też jakby się wessały. Taka jestem świeża i wypoczęta. Rzecz najważniejsza - zwolnił inny ważniejszy szef, tego mojego szefa drania, pośrednio to on też miał udział w rozpoczęciu Fitometu stosowania.


PS. Pięknej, młodej i szlachetnej Izie, która bardzo mi pomogła na razie bardzo dziękuję... a więcej będzie w następnym poście.

*A jeśli już zdecydujecie się na wizytę u dermatologa... zachęcam wcześniej do zajrzenia na stronę: https://drogadosiebie.pl/lekarz/dermatolog/ , gdzie uzyskacie wszystkie potrzebne informacje przed wizytą :) 

09:50:00

Ballada o Kretynce, co kretynieć nie chciała sama.

Ballada o Kretynce, co kretynieć nie chciała sama.
Koszt stylizacji - 65 zł (sh)

Kretynka jedna, całkiem niebrzydka i do tego majętna właśnie skończyła 51 lat. I koniec, i basta nie chcę kretynieć sama, muszę sobie poznać jakiegoś Kretyna miłego, co by tak myślał jak ja i wypełnił mi kretyński życia czas.
Dała do prasy ogłoszenie. "Treść mniej więcej była taka: Kretynka blond, wykształcona szalenie, z poczuciem humoru ponad przeciętnym, pozna Kretyna wysokiego w latach dla niej przystępnych, koniecznie wesołego, bo chce być z kimś na dobre i złe, a obecnie jest wdowa, i nie chce tak dalej żyć."
Odpowiedzi na ogłoszenie było wiele i żadna z tych osób Kretynce nie odpowiadała. Zdarzył się wysoki jegomość, co mierzył metr sześćdziesiąt trzy. Wykształcony urzędnik, co "umówmy się" pisał otwarcie przez u otwarte. Był pan co szukał mieszkania i tylko dlatego szukał Kretynki, co by się na ten numer nabrać chciała. Był też poeta, co nie pracował, bo się mamą zajmował, a ona miała wysoką emeryturę i to mu zupełnie wystarczało. Tylko przez tą opiekę czasu miał na to pisanie poematów i bzykanie na gitarze za mało i szukał Kretynki, co by mu w tej opiece pomagała, a przy okazji seksem uraczyła, bo on bardzo wyposzczony, i nie długo by zapomniał jak by to mogło być z jakąś Kretynką. Zdawało mu się, że taka prawa wdowa, nie rozwódka żadna, to będzie idealna Kretynka i do opieki nad starą matką, do łóżka, i zapełnienia pustego portfela.
Kretynka choć nad losem jego bardzo bolała, piosenek na jej cześć wyśpiewanych pod jej balkonem wysłuchiwała, to do tego mezaliansu się nie wpisała.
Aż nagle, 2 lipca to było 2008 roku Pańskiego zadzwonił telefon Kretynki, a w nim miły i uprzejmy głos poinformował, że jest jeszcze jedna odpowiedź na ogłoszenie nr 402 łamane na 8, czy to pani jest beneficjentką tego ogłoszenie... nawijał nadal kobiecy głosik.
  • Tak, to ja... będę w niespełna godzinę i odbiorę odpowiedź na ten mój anonsik.
  • Proszę przyjechać na pewno, bo to ostatnia koperta, kończy się czas przechowywania dla pani listownych odpowiedzi.
Kretynka przywdziała białą, na ramiączkach sukienkę, a że słońce świeciło, ale i deszcz jednocześnie padał, narzuciła jeszcze różową w niebieskie kwiatki (z zielonymi listkami, żeby nie było) pelerynę. Nogi obuła w gustowne , na słupeczku białe klapeczki, w wielką białą torbę wrzuciła portfelik, gdzie był skryty jej przyznany numerek 402 łamane na 8.
Właśnie z przed nosa Kretynki uciekł autobus, ten, który dowieźć miał ją na ulicę Skrytą, do Biura Ogłoszeń, gdzie Kretynka złożyła swoje zawiadomienie, które ukazało się w prasie, że bardzo jest chętna na poznanie Kretyna.
Ech, tam... 20 minut czekania na następny autobus... szkoda czasu gdy tam być może w liście do niej pisze jakiś wybitny Kretyn, którego ona tym razem będzie chciała.
Ruszyła więc pieszo sprężystym krokiem (taki wówczas miała) i w niecałe piętnaście minut już w rękach najpierw kopertę, a później pocztówkę z obrazkiem nomen omen z jej peleryny wziętej, czytała: Wysoki, łagodny, czuły, opiekuńczy i zadbany R. lat 47.
Czekam, zadzwoń prędko, chcę być tylko kochany. Dzwoń o każdej porze 5..- 6..- 7..
Kartka zaiście identyczna jak deseń jej peleryny, pismo ładne, równe okrągłe i te słowa krótkie, ale wiele mówiące.
Co tam, zadzwonię... czuję coś, że to Kretyn może być mój.
  • Hallo, Dzień Dobry mówi... - nie zdążyła dokończyć zdania Kretynka, gdy ten w słuchawce głos przerwał jej w pół i już umówić się chce na randkę, koniecznie dziś, bo dziś ma wolne, samochód właśnie rejestruje i na ten czas w pracy urlop wziął, a mieszka w innym mieście, choć niedaleko stąd, ale do jutra doczekać się nie może więc prosi o dziś. To słowa wypowiedziane przez Kretyna były.
To po prostu nie strumień, to rzeka wylanych była słów, więc mu odmówić nie umiała i ustaliła, że za trzy godziny u niej, w ten sam dzień.
Kretynka nie bała się do domu wpuszczać obcego Kretyna, bo w jednym z wielu pokoi w swoim obszernym mieszkaniu interesantów, w związku z wykonywaną pracą przyjmowała. Więc lęku w niej nie było żadnego, tylko ciekawość i podekscytowanie.
Wpadła do domu jak burza zmieniła sukienkę na lilaróż, luźno spięła klamrą włosy, włożyła granatowe, wysokie szpilki, na szyi złoty łańcuszek z iskrzącym się serduszkiem, na ręce gruba, złota bransoletka i zegarek wyższej marki z prawdziwymi diamencikami, które oznaczały godziny. Takie same diamenciki malutkie w płatkach uszu skrzyły.
Tak przygotowana, usiadła wygodnie w fotelu i czekała aż wskazówki zegara wskażą godzinę 17-stą. Wszystkie inne spotkania poodwoływała.
Siedziała Kretynka i wzrokiem omiatała, to wielkie drewniane (nie żadne tam sklejkowe) biurko, za nim skórzany, beżowy fotel. Na ścianie witryny szklane z książkami, na drugiej, tuż przy wejściu komoda z szafkami i szufladami. Po środku, do kompletu owalny stolik kawowy i jeszcze jeden fotel i sofa w tym samym beżowym kolorze. Na oknach francuskie firany z haftem przepięknym na dole. I kwiaty, kwiaty oczywiście wszędzie, gdzie tylko możliwe. Świeżo odnowione jasne panele częściowo okryte były pomarańczowo-beżowym dywanem, w narożnikach, którego wyrastały swą grubością mięsiste tulipany. Trzeba przyznać miała gust Kretynka. Każdy kto do niej przyszedł, dobrze się u niej czuł i ona też to czuła bardzo wyraźnie. Satysfakcję miała , że jej otoczenie aprobuje jej gust i to jaka jest dla ludzi.
W takim to entouragu oczekiwała Kretynka na swojego nieznanego bliżej Kretyna.
Dzyń, dzzzyyń... dzwonek u drzwi i spojrzenie na zegar... 17-sta, uświadomił jej, że za chwilę pozna czy okrągłe zdanie z ładnej kartki, pisanej zgrabnym pismem znajdzie odzwierciedlenie w tym, co za chwilę zobaczy gdy otworzy drzwi.
Otworzyła.
Mimo, że Kretynka nie z tej partii nieśmiałych, to twarz jej na moment przybrała kolor sukienki (lilaróż).
Przed nią stał wysoki facet, nieco pochylony, z ramionami wciągniętymi jakoś do środka. Czarne niegęste specjalnie włosy, z przyklepaną w przedziałku równą grzyweczką, a pod długim, prostym nosem... wąs. Czarny wąs, czyli nieogolone włosy pod nosem. Na szczęście ów wąs nie wykręcał się na końcach tylko był prosto przycięty.
Żeby to wszystko zauważyć Kretynka musiała popatrzeć do góry, choć sama w sobie nie jest mała ma metr i siedemdziesiąt wzrostu, a do tego była na 12-centymetrowych szpilkach.
Z tej swojej wysokości zobaczyła czarne jak smoła oczy, tęczówka zlewała się ze źrenicą, a przecież jak się później dowiedziała, to oczy te były piwne (ale to chyba z tych piw ciemnych raczej).
Ubrany schludnie... koszulka w granatowy paseczek, spodnie koloru wielbłądziego (camel to chyba się nazywa) na nogach nowiutkie, granatowe szturmówki i ręce kształtne, i paznokcie przy nich zadbane.
Ledwo wszedł, po mieszkaniu się porozglądał. Był miły, taktowny i bajki (jak się później okazało) opowiadał. Niektórych nie chciał poruszać, bo jak twierdził nie wolno mu się denerwować. Zauroczył się Kretyn Kretynką. A ona też była nim urzeczona, choć on niewiele ponadto, że zakochał się od pierwszego wejrzenia w Kretynce – mówił. A to Kretynce widocznie na tą chwilę wystarczyło. Spijali swą słodycz z kretyńskich dziubków. Zwłaszcza Kretynka nim nacieszyć się nie mogła i wychwalała, go wszędzie i wszystkim, a Kretyn robił swoje i korzystał u niej, z niej i wszystkiego jej jak najbardziej mógł.
80 dni od tego pierwszego spotkania Kretynka D. Wesoła wzięła ślub z Kretynem R. Niepojętym. Bardzo cichutko na sali przysięgał, że będzie ją kochać i chronić, i nie opuści w złym. Za to Kretynka donośnie i wyraźnie to samo przyrzekła mu.
Wszyscy najbliżsi, przyjaciele mówili do Kretynki, by zaczekała, zastanowiła jeszcze się, bo on nie jest taki Kretyn jak się wydaje, to jest po prostu człowiek zły. Nie z nim i przy nim powinnaś swe kretyńskie życie wieść.
  • To burak jest, nie zna się na żartach.
  • Nie widzisz, że cię nie szanuje
  • Nie widzisz, że cię wykorzystuje
  • Nie widzisz, że kłamie i okrada ciebie również też
  • Nie widzisz, że on do ciebie nie pasuje
  • Nie widzisz, że przestałaś się śmiać odkąd go poznałaś
  • Przyjaciele nie chcą patrzeć na twoją zbolałą twarz
  • itd. Itp.
Kretynka nie słuchała, poślubiła Kretyna. Goście musieli się z tą kretyńską decyzją Kretynki pogodzić, choć wiedzieli, że skończą się już u niej szampańskie zabawy i rozmowy do nocy, bo Kretyn taki odludkowaty raczej był. Potem wiele się działo, a w reporterskim skrócie ... to było tak, on tylko wygody, seksu, pieniędzy chciał... czułość, opiekuńczość dla innych miał. Do tego skrywał potworną tajemnicę z nożem, krwią i patrzeniem przez metalowe kraty. Od Kretynki tylko brał.
Kretynka już w pewnej chwili nic nie miała, a to co miała posprzedawała, bo jej to były rzeczy i o te rzeczy, i o Kretyna (bo jego wyrzuciła) zmniejszyła swój świat.
Zmieniła miejsce i rzeczy, nie wymieniła Kretyna na innego. Kretyn nie był Kretynem, za którego się podawał, to był oszust, kłamca, hipokryta i obłudnik, damski bokser, niewierny ludziom i zasadom cham, który jeszcze do tego wszystkiego nie umiał się śmiać.

Teraz udawany Kretyn jest sam. Mówi, że wie iż popełnił błąd i chce wrócić (nie naprawić) i już będzie wymarzonym Kretynem.
Nie – powiedziała stanowczo Kretynka – nie uwierzę ci już, a poza tym ja już nie jestem Kretynką. Wszystko dzięki tobie Oszukańczy Kretynie.





11:50:00

Brak biletu i co z tego wynikło?

Brak biletu i co z tego wynikło?

Aneta wsiadła do tramwaju i przysiadła na pierwszym wolnym miejscu, przy wejściu, bliżej okna.
  • Ma pani może bilet? - usłyszała nad głową. Głos należał do wysokiego mężczyzny, na oko lat pięćdziesięciu... znacznie poirytowanego.
  • Nie, nie mam niestety, nie jeżdżę na bilet – odpowiedziała zgodnie z prawdą Aneta.
  • Aaa... seniorka? - zapytał z lekkim zdziwieniem (może niedowierzaniem,  ale takie to piszącej pocieszenie)
  • Nie, nie seniorka... czy ja wyglądam na 75 lat, żeby jeździć bez biletu – zapytała nabzdyczona, ale szeroko się uśmiechając (choć ten uśmiech miły nie był)
  • To jak jeździ pani bez biletu? - kontynuował pytanie
  • Mam bilet elektroniczny, imienny, nie mam papierowego, który mogłabym panu odsprzedać. Pan zapyta kogo innego - jednym ciągiem odpowiedziała Aneta jednocześnie bacznie przyglądając się skonfundowanemu brakiem biletu facetowi.
    Miał dość ładne rysy, kiedyś ciemne włosy, teraz równo zmieszane z siwiejącymi, ale złociście bardziej niż srebrzyście. W dużych wypielęgnowanych dłoniach trzymał pęk kluczy (rozpoznała, że to samochodowe) i drobne pieniądze, które ciągle mu się z dłoni wysuwały, a on je umiejętnie chwytał. Teraz zauważyła, że jest w samej marynarce, w koszuli i pod krawatem, gdzie wszyscy już w kurtkach i płaszczach chodzą. Nie wspominając o szalach i rękawicach.
    A on taki wyrwany jak nie z tego świata pogodowego. Zwłaszcza, że na dworze jeszcze mżawka.
  • Wszystkich już przepytałem, nikt nie ma – zrezygnowanym tonem, przerwał jej obserwację pan z kłopotem biletowym i przysiadł przy niej, na wolnym siedzeniu.
  • Daleko pan jedzie, może się uda i kontroli nie będzie – pocieszała go Aneta. Nie raz była w tej sytuacji, przedtem nim postanowiła, że wykupi na stałe bilet i będzie go według potrzeby doładowywała. Pan siedział podłamany i tylko kiwał głową.
    W skulonej pozie – pogodzony, że nic się nie da już zrobić, a nerwy nic nie pomogą, prowadził monolog o komunikacji, która nie dba o takich jak on i biletomatu w autobusie nie ma.
  • Wezmę pana przejazd na mój bilet, proszę mnie przepuścić, to odbiję w tej pomarańczowej skrzynce i nie będzie się pan musiał stresować... tylko ja przystanek przed pętlą, przy Warzywnej wysiadam i wtedy już będzie musiał radzić sobie pan sam – Aneta wstała i przytknęła niebieski kartonik do elektronicznej puszki.
  • Super... ja też tam właśnie jadę i na tym przystanku wysiadam.
    Pan był oniemiały, ale uszczęśliwiony, bardzo dziękował i wnet się rozpromienił.
  • Ile jestem pani winny? - i zaczął wciskać jej w ręce mokre już od nerwowego trzymania w ręce grosze.
  • Dobrze jest, nie trzeba, to drobiazg – uśmiechnęła się szczerze zadowolona Aneta
  • Nazywam się Marek Itaki. - wyciągnął prawą dłoń w kierunku dłoni Anety, przedtem przełożywszy z niej kluczyki i drobne do drugiej ręki.
  • Aneta Owaka – przedstawiła się również Aneta i odwzajemniła mocnym uściskiem podaną rękę Marka Itakiego.
  • Mam dzisiaj okropny dzień, od kiedy żona mnie dla młodszego, nie, nie ode mnie ... od niej młodszego, a ona ma 35 lat... zostawiła, to wszystko zapominam, jestem pogubiony. W mieszkaniu zatrzasnąłem klucze, a mam tylko jeden komplet. Samochód odmówił mi też posłuszeństwa i teraz jadę po jego odbiór. Telefon został w samochodzie. Zresztą nie mam przy sobie też portfela, bo on też został w schowku. Te drobne to jakoś zostały mi w kieszeni z wydawanych reszt – kontynuował jednym tchem Itaki.
    Do zakończenia były jeszcze 4 przystanki, kiedy głośnik w autobusie zapowiedział drewnianym głosem... kontrola biletów, proszę przygotować się do kontroli biletów.
  • O słyszy pani, jak dobrze, że panią spotkałem, jedno dobre co mi się dziś wydarzyło – podekscytowany Marek Itaka, na ciągle tym samym oddechu odezwał się do stojącego już przy nim kontrolera - ja, ja jestem z tą panią, znaczy ta pani jest ze mną. Strzelił jak z karabinu, nieco zmieszany.
  • Dziękuję bardzo, życzę państwu miłego dnia – oddając kartę Owakiej, pan z MPK odezwał się miło.
    Na te słowa Itaki spojrzał na Owaką zalotnie i powtórzył: życzę państwu miłego dnia. Słyszała pani, pani Aneto, życzył nam miłego dnia.
  • Taki sympatyczny zwrot, życzyć komuś miłego dnia – zareagowała życzliwie Aneta.
  • Ale on nam życzył, nam razem, może myślał, że my razem, no pani wie, że się dobrze znamy i razem itp. - rozgadał się Itaki.
  • O kurczę – wzdrygnęła się Aneta – przejechaliśmy przystanek, teraz pętla i trzeba będzie jechać jeden z powrotem.
  • To super – ucieszył się Marek – weźmie mnie pani na siebie przez jeszcze jeden przystanek, a ja potem odwiozę panią, gdzie będzie trzeba samochodem.
    I może dałaby mi się pani zaprosić na kawę i ciacho. Będzie miło, obiecuję, że obojgu, nie tylko mnie.
  • Z seniorką chce pan spędzić jeszcze czas? - wypomniała mu pierwsze słowa Owaka.
  • Ależ przepraszam, nie tak myślałem, byłem zdenerwowany i pani mnie zdziwiła, że bez biletu...., żeeeee. Niech mi pani wybaczy, nie da się prosić, pani taka piękna i dobra, i wygląda tak naprawdę, najwyżej na 50 lat.
    Owaka zmrużyła oczy złowieszczo i sycząc (niby) przymilnie zapytała – na ile? Na ile wyglądam?
  • Czterdzieściiipięęęęć – ni to twierdząco, ni pytająco wydukał zmieszany Itaki obawiając się, że znowu popełnił nietakt jakiś. Szybko dodał – ja mam 52.
  • A ja tak naprawdę mam 59 lat, myśli pan, że będzie to jeszcze miły dzień dla pana – z rozbrajającym uśmiechem, unosząc brwi do góry – odrzekła Aneta.
  • Nieważne ile lat masz Aneto... mnie się z każdą chwilą podobasz więcej, więc może nie przy kawie, tylko gorącej czekoladzie rozwikłamy wszystkie kwestie, trochę już mi zimno w tej samej marynarce. A jak jeszcze długo mam cię przekonywać, że mam dobre intencje? Mam iść taki długi przystanek pieszo... przecież mogę się przeziębić, a tego na pewno byś nie chciała – do tego wywodu Marek dodał szelmowski uśmieszek.
    Po 40 minutach siedzieli na żółtej kanapie w przyjemnie urządzonej cukierni połączonej z niewielką kawiarenką. Rozmowa na początku dla obu stron była lekko deprymująca, ale z każdym łykiem czekolady, kęsem pierniczka ze śliwką, orzeszkami i, a jakże czekoladą... nabierała tempa.
    Czas mijał szybko, a oni byli ciągle jeszcze nienagadani. Aneta dyskretnie zerkała na zegarek i Marek robił to samo, ale żadne z nich jakoś nie chciało wystąpić pierwsze z pożegnaniem.
    Dźwięk telefonu Anety zmienił tą zabawną w sumie sytuację.
  • O muszę już lecieć, już po mnie dzwonią (mhm...akurat...mąż czy jakieś dzieci...) -  skłamała Aneta wiedząc, że tak naprawdę nie było to nic istotnego. 
  • Ja swój wyciszyłem, mam mnóstwo nieodebranych, ale co tam... być tutaj z tobą, to dla mnie ważniejsze. - łagodnie i wydawało się, że szczerze wyszeptał Marek biorąc za rękę Anetę i ściskając lekko.
    Anecie zrobiło się miło, policzki zaróżowiły jej się wstydliwie jak nastolatce przyłapanej przez matkę, na czytaniu Greya.
  • To będziemy się zbierać... wstała jako pierwsza i w jednej minucie już w płaszczyk była przywdziana.
  • Podasz mi swój numer telefonu, chciałbym móc do ciebie zadzwonić i spotkać, a jak wiesz raczej nie jeżdżę MPK więc szanse marne na takie powtórne spotkanie, a chciałbym tyle ci jeszcze opowiedzieć, i ty ciekawisz mnie bardzo.
    To jak będzie? - zapytał Marek Itaki wyjmując telefon, żeby wpisać numer.
  • 5.. - ... - 6..- wyrecytowała bez zastanowienia Aneta.
    Za chwilę usłyszała melodyjkę w swoim telefonie Aneta, to oddzwaniał Marek
  • To jest mój numer, żebyś też miała, ten telefon zawsze odbieram, będę czekał, albo nie, nie będę czekał, ja pierwszy zadzwonię. A teraz odwiozę cię do domu. - to mówiąc ciągle patrzył na nią życzliwie aczkolwiek przenikliwie.
Aneta Owaka wchodziła jeszcze po schodach do swojego mieszkania gdy zadzwonił jej telefon. Odebrała machinalnie nie spoglądając na numer. - już idę, już jestem na schodach, wszystko dobrze, to był fajny dzień – wypowiedziała radośnie do słuchawki.
  • Już idziesz do mnie, już jesteś na schodach i jesteś radosna. Cieszę się bardzo – to nie był głos córki, to męski był głos. To Marek Itaki dzwonił. Śmiał się serdecznie.
  • Mówiłem, że pierwszy zadzwonię. To na kiedy się umawiamy?
  • ???... nie wiem. Zaskoczyłeś mnie, jeszcze nie weszłam do domu.
  • Jestem jeszcze tutaj na dole, siedzę w samochodzie i myślę. Myślę, że to dobrze, że zatrzasnęły mi się te drzwi i samochód się zepsuł, i najważniejsze to, że jechałem tym tramwajem i nie miałem biletu. I jeszcze, jeszcze jedno... ale to, to powiem ci jutro. Proszę byś jutro znalazła dla mnie czas.








Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger