20:04:00

5 spektakularnych upadków Starej Kobiety


UPADKI

Upadki różnego rodzaju w sytuacjach zwyczajnych, nie jakiś tam wyjątkowych... zdarzają mi się. I nie tak wcale od święta... zdarzają się przynajmniej raz do roku.
W większości niosą za sobą dużo śmiechu i?  ...  i radości dla obserwującego ;-)
Gdy sięgam do nich pamięcią, dzisiaj sama jestem rozbawiona :-)))


MIŁOŚĆ ZWIERZĘCA

Zwierzęta mnie lubią i czują, że ja też bliskie do nich uczucia mam. Jednego to razu było, zeszłego jeszcze roku, gdy w innej dzielnicy mieszkałam. Pomyślałam, że zrobię większe zakupy, bo zakupy (zwłaszcza te spożywcze) generalnie brzydzą mnie. Chciałam mieć raz to zrobione i parę dni z głowy.  Jak pomyślałam, tak uczyniłam i pełne siatki wypełniłam. To było lato w końcówce czerwca. Zeszłego roku lato było gorące i słoneczne, wróciłam dopiero co znad morza. Opalona i zadowolona, w białej sukience sobie szłam. Ta biała sukienka istotną odgrywa tu rolę ;-)))

Wyszłam zdyszana cała, z marketu wielkiego i powolutku z górki się staczałam. Za moment jakiś niedługi słyszę sapanie za sobą i głos kobiecy... "Arni powoli, Arni daj spokój."
Głos zaczął się oddalać, za to sapanie przybliżać...  i do tego doszło jeszcze jakby mlaskanie (?)
Nie miałam zbyt wiele czasu na zastanawianie się. Odwróciłam się lekko przez lewe ramię.. W tym momencie leżałam z głową na trawniku, a resztą ciała na chodniku, po nocnej ulewie nieco zabłoconym. Leżałam na plecach, więc w miarę wygodnie ;-))

Ręce na boki rozłożone, pietruszka zielona z torby wyskoczyła mi na ramiona, mąka tortowa, buraczki w słoiczku i plasterki szynki, odskoczyły tuż koło ucha.

To była sekunda. Pomyśleć nie zdążyłam, ledwo spojrzałam jednym okiem , z którego zsunęły mi się okulary, a drugie dodatkowo przykrywały włosy.... jak nade mną ujrzałam, w odległości kilkudziesięciu centymetrów od  mojego nosa... inny nos, poniżej z paszczą otwartą, sapiącą, zdyszaną z kłami przeraźliwie białymi, a nad czarnym nosem oczy wielkie z iskierkami pełnymi ognia. Poczułam się bezwolna.

Trwało to momencik, nie zdążyłam krzyknąć... gdy zdyszany pysk przysłonił zęby, a wysunął  się jęzor... był różowy ... i?... za chwilę przekonałam się, że ostry ;-))) Tareczka taka sobie;-)  Jeden policzek wzdłuż i wszerz, drugi tak samo... odczuł co znaczy prawdziwy peeling ciała. Jęzor wylizał dokładnie podkład L'oreala ;-))
Było mi wszystko jedno, nawet nie drgnęłam. Spocona, wystraszona jak mysz co zobaczyła kota, biernie poddałam się tym kosmetycznym zabiegom i nie myślałam czy będzie jakaś po tym maseczka utrwalająca zabieg. Drżałam.
- Arni, Arni co ty robisz? - Przepraszam panią. - Jak tylko Arni panią zobaczył, nie mogłam już dłużej go przytrzymać. - Przepraszam Panią, wyrwał mi się. - Widać polubił panią:-) Tu u pani uśmiech od ucha do ucha, nieco zakłopotany.
Potok przyjaznych słów... i odciągnięty już ode mnie wilczur niemiecki, który już nie leżał na mnie, tylko kręcił się radośnie koło swej niskiej, pulchnej, blond pani.
A ja? Oszołomiona wstawałam... nie byłam już w białej sukience tylko w melanżu biało, szaro czarnym plus akcenty zielone :-))
Najpierw chciałam się zezłościć i powiedzieć parę dosadnych słów... ale gdy spojrzałam na radosnego wilczura... to choć policzki mnie piekły, to moje wnętrze się uśmiechało.
- Przepraszam panią, on jeszcze taki młody dopiero co, bawić się chce... Na koniec usłyszałam.
Nie jeden raz Arniego z jego panią jeszcze widziałam, ale przezornie przyśpieszałam, albo na drugą stronę ulicy się przemieszczałam :-))
Polubiłam Arniego i Arni też na mnie spozierał tęsknym wzrokiem... jednak niech to pozostanie miłość platoniczna ;)

MAJONEZ

Siatka... w niej sam cholesterol... jaja, szynka, litrowy majonez PEGAZA... i warzywa do sałatki z tymże majonezem ulubionym. Idę sobie pewnym krokiem, bo dzień letni i nic złego się nie dzieje.  To po drodze wstąpię do Poradni Pod Lipami, gdzie wyniki odebrać miałam. I to był błąd.  Powtórne  mam robić badania... się dowiedziałam... ktoś tam coś pomieszał, nie dopilnował, źle zrobił i znowu na oddział szpitalny trafić miałam... najlepiej za tydzień... Tylko ja za ten tydzień coś innego zaplanowałam.
Wkurzenie mnie ogarnęło. Ale dalej energicznie dalej stąpałam. Po lewej stronie kościółek, a obok pomnik wielkiego papieża tylko w jakimś karykaturalnie małym, śmiesznym wykonaniu... żenada... pomyślałam... i na bruku w tym momencie wylądowałam i leżałam. To znaczy ja leżałam, przede mną siatka z jajami i innymi różnościami...  i najważniejszym majonezem.
- Co się pani stało, w czym pomóc ?  - od strony mojej głowy nadbiegał facet.
- Czy wołać pogotowie? To groźnie wyglądało! - to inny głos, mężczyzny od strony mojej wystającej pupy, gdy już zbierałam się do podniesienia z obolałego brzucha.
Panowie bardzo zatroskani, nie musieli mnie zbierać, bo sama powstałam, więc oni zbierali zakupy.
W tamtej chwili tylko o jedno się troskałam... -  Czy pomóc jakoś pani? Powtórne zapytanie.

- Nie, dziękuję... niech pan sprawdzi czy majonez, majonez jest cały? Cały litr najlepszego majonezu, zamiast 14 złotych, 9,90 :-))
- Majonez??? - po sobie spojrzeli panowie.
Dostałam siatkę do ręki... majonez był cały, nie stłukł się. Że kolano zjechane, krwawiące to nic... majonez cały. Najważniejsze :-)))) I poszłam. Kątem oka zauważyłam, że Panowie zdziwione wymienili spojrzenia;-)
Tak na marginesie: przystojni byli;-) Gdyby nie te okoliczności:-)))

PRZYJACIÓŁKI

Alicja i Asia - przyjaciółki od lat i ja Stara Kobieta, ale wtedy trzy lata mniej stara. Na dworze koniec listopada. Idziemy sobie we trzy i dowcipkujemy. Proszę je o przyśpieszenie, bo padać coś zaczyna i ubłocę swoje nowe butki ;-)) Wychodzę bardziej do przodu, energicznie, i? zahaczając czubkiem buta o wychodzącą z równości, płytę chodnikową... co tu dużo opowiadać... leżę. Leżę na prawym boku, pode mną torebka, nade mną Alicja w szerokim uśmiechu, a przy mnie w kuckach Asia skręcająca się, a jakże... ze śmiechu.
To nic, leżę sobie, głowę podparłam na prawej ręce i leżę wygodnie ;-)
- Przepraszam, że tak się śmieję, ale tak zabawnie pani upadła - to Asia :-))))
- Mamuś, przepraszam, że się śmieję, ale to było mega śmieszne - to Ala :- ))))
A ja na łokciu podparta... leżę... pod wysokim, szerokim drzewem.
Nagle... eureka... !  - Czy pomóc wstać pani? Czy chcesz wstać mamuś? - pytania wciąż ze śmiechem do mnie skierowane.
- Nieee... ależ skąd... poleżę tutaj sobie, odpocznę co nieco - odpowiedziałam z sarkastycznym... a jakże... uśmiechem.
Ile razy przechodzę koło tego drzewa, przypominam sobie tamtą sytuację i taka myśl mnie nachodzi... może przyczepię tam tabliczkę? "Tu upadła Stara Kobieta, ale się podniosła" :-)))

EMERYTURA

Spodnie z dziurami, gdzie dziury droższe niż materiał, do tego dizajnerska bluza, buty na koturnie, nastawienie wojownicze... Stara Kobieta idzie z wnioskiem po emeryturę... Mobilizowała się długo. Teraz zebrała dokumenty i idzie... . ZUS... stoi i czeka, nigdzie się nie wybiera. To po co ona się tak śpieszy? Tak się śpieszy, że co tam dla niej roboty drogowe... znaczy bardziej może chodnikowe... sprężystym krokiem, wyprostowana idzie dopisać się do listy emerytowanych.

Jak zwykle z głową w obłokach, z myślami gdzie indziej skierowanymi podąża nie patrząc pod nogi.
I co? I leży. Leży pod ZUS-em. W sumie lepiej, że leży niż klęczeć by miała :-))
Momentalnie otoczyło ją grono empatycznych ludzi... gdzie wstać już zdążyła o własnych siłach... ale wrażenie robiła... z kolan krew płynęła jak dzika, spodnie jeszcze bardziej rozdarte... okulary złamane.  (w chwili upadku się za nie chwyciła... jak głupia ;-))
Ci co mniej na modzie się znający, tacy mniej zorientowani myśleli, że upadek był tak mocny, że aż te spodnie w tylu miejscach  poszarpało. W sumie skutki tego upadku bardziej wyglądały na wyjście z budynku po wybuchu bomby, niż bliskim spotkaniu z trotuarem.
 - Pogotowie, pogotowie - wołać zaczęto...  - Proszę dzwonić - rozległy się głosy.
- Nic z tego, proszę państwa, nic z tego dziękuję... nie mam czasu... ja dzisiaj idę po emeryturę!
To cała ja... krnąbrna i niepokorna;-))
Zwinęłam się szybko i czmychnęłam... weszłam do budynku ZUS- u :)
Co tam się działo jak mnie ujrzano? To temat na inną historię. W każdym razie, zgodnie z planem, papiery załatwione.

KAPELUSZ I PAPIER TOALETOWY

Babcia za mi za młodu prawiła, że dokądkolwiek idę, to elegancka być powinnam. Nigdy nie wiadomo kogo spotkam i gdzie moje szczęście mnie spotka. A, że gwiazdorzyć lubię :-))) To korzystając z okazji, że dziecko najmłodsze w szkole, ja wolne od pracy, mój nowy mąż jeszcze w pracy, to sobie poszłam do Biedronki... bardziej w celach rekreacyjnych ;-) niż z potrzebą istotną.
Odpi....a jak diabli do ośpic... w nowy dopasowany płaszczyk, szpile takie wysokie i kapelusz z szerokim rondem. Początek grudnia to był, przed południem ślisko, za parę godzin roztopisko. Gdy wychodziłam było mroźno, gdy po sklepie się pokręciłam, parę drobnych rzeczy kupiłam i w papier toaletowy zaopatrzyłam, bo promocja była... 24 rolki w cenie 12-stu, wyobraźcie sobie :-))... to minęło trochę czasu. I już nie było mrozu tylko deszcz z nieba spadał, chwilami rzęsiście... To przyśpieszyłam kroku i skrótem poszłam, żeby łatwiej było. Nie było! :-) W jednej ręce torebka i siatka ekologiczna ;-)) w drugiej wielka paka królewskiego papieru., który swą wielkością przeważał mnie na prawą stronę. Trudno było utrzymać w tej chlapie równowagę. Skoro było trudno, to z tego braku wiary w siebie... poległam w tej mazi błota, lodu, wody i rozdeptanego czegoś tam, bo zwierzęta też mają swoje potrzeby nawet w taką niepogodę ;-))
Był to poślizg dosyć rozwlekły bym powiedziała... najpierw leżał kapelusz... potem zakupy... niedaleko torebka... na samym końcu tego łańcucha... ja rozciągnięta jak długa z rękami wyciągniętymi przed siebie. Czułam jak wilgoć przenika mi przez materiał płaszczyka i dochodzi do mojej skóry. Do tego moje nadszarpnięte ego ;-))) z tym kapeluszem ode mnie oddalonym, zamiast na mojej głowie umiejscowionym ;-))
Ja taka rozłożona, a tu podchodzi do mnie pan, elegancki na pierwszy rzut oka ;-) i szarmancko (niby) mi się pyta: pomóc pani?
- Nieee - ironicznie się uśmiechnęłam. (Chciałam zniknąć i wtopić w tę bryję ;-)) - Pan przydepnie co najwyżej:-)) przez zęby zasyczałam.
I sobie poszedł pan... bez słowa żadnego, dodatkowego. Byłam mu wdzięczna za to ;-) 

Pozbierałam co moje... kapelusz, sprawunki, nieszczęsny papier w 24-ch rolkach, zdjęte z nóg szpilki i na bosaka pobiegłam czym szybciej. A że to niedaleko od domu było, tym sromota moja zbyt długa nie była :-)) Więcej tamtym skrótem nie chodziłam :-)) Najgorsze, że koszty dodatkowe... związane z czyszczeniem płaszczyka :-)

Takich przypadków więcej miałam :-)) Nie będę Was zanudzała ;-) Ale jedno wiem na pewno: nieważne jak upadasz, z jakiego powodu... istotne jak się podnosisz :-))





8 komentarzy:

  1. Kobieto, proszę, wydaj książkę, piszesz tak rewelacyjnie! Jeden egzemplarz kupię, no dwa, dobra:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram Basię i już dziś proszę o autograf w moim egzemplarzu.

      Usuń
  2. Nie mam teraz czasu pisać, ale też miałam kilka " ciekawych" upadków!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozbawiłaś mnie swoimi przygodami:)))ja też mam skłonności do upadków:))niestety miesiąc temu upadłam tak niefartownie że złamałam rękę :((Pozdrawiam serdecznie i wszystkiego dobrego życzę:))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ładnie wyglądasz a opisujesz rewelacyjnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Rozbawiły mnie te historie! Najbardziej spodobała mi się z majonezem :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha,ha,ha...rozbawiłaś mnie :) Księżniczko moja widzę, że aforyzm PADŁAŚ ? POWSTAŃ, PODNIEŚ KORONĘ I ZASUWAJ nie jest ci obcy. Buziaki Iwona P.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ha! ha! ha! Nie ważne upadki, ważne aby się po każdym z nich podnieść.
    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń

Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger