11:05:00

Jak dziewczynka zmienia się w kobietę?


Nim stanie się kobietą dziewczynka mała, to przez mamę, tatę, babcię czy innych w rodzinie do życia jest przygotowywana.  Z różnymi formami zabaw, nauki zapoznawana. Tak jest od zawsze... najpierw mała słodziara albo grandziara, a potem czas pokazuje jak została wychowana. Jak to pokazywanie świata przez dorosłych i czas, w którym wzrastała odbije się na jej życiu dorosłym.

Takie przemyślenia właśnie mam, jak to się stało, że jestem taką dzisiaj, a nie inną kobietą... jaki wpływ i czy w ogóle miały na mnie moje dziecięce zabawy.
Pamiętam lalki szmaciane... jedna w luksusowym kapelusiku z kręconymi, czarnymi lokami, druga z żółtymi warkoczami. Ale one tak bardzo mnie nie interesowały, jak plastikowa wielka lala z wykręcanymi nóżkami rączkami, i niebieskimi oczami. Tą można było przebierać i wozić w drewnianym wózeczku na małych kołach, które bardziej hamowały niż się poruszały.
Jako mama tej Zosi, bo tak się nazywała owa lala, bardzo o nią dbałam, choć wieczny kłopot z nią miałam, bo co rusz to jej rączka lub nóżka odpadała. Ale mój tato dzielnie mi pomagał i za pomocą drucika i gumeczki na nowo te odpadnięte nóżki czy rączki instalował.

W każdym razie dobrą byłam mamą, wiele z Zosią rozmawiałam, paluszkiem groziłam, czasem pokrzyczałam... zupełnie jak moja mama... czy też książeczki na niby czytałam. Na niby, bo tekst książeczek z głowy brałam. Z tego co z czytania mi przez tatę zapamiętywałam.
Na swoją wymyśloną rodzinę przekładałam emocje, słowa i czyny z mojego prawdziwego życia. Tyle, że moje dzieci miały siostry, a ja jedynaczką byłam, czyli sama.

Nim do zabawy dostałam prawdziwy telefon, gdzie tarczą można było obracać i dzwonić do wymyślonych osób w sprawie skarg i zażaleń, bo to prawdziwe już biuro było z karteczkami, piórami, stalówkami i kałamarzami... to kartonik sklejony z brystolu z tarczą na pinezkę przytwierdzoną spełniał tę rolę. Kopystka (taka drewniana łyżka) przytwierdzana na sznurek udawała słuchawkę telefonu.

Przyszły Święta Bożego Narodzenia i gwiazdor spełnił moje w liście do niego, umieszczone życzenia... zapotrzebowania;-)  I zdobył telefon koloru beżowego z brązowymi cyferkami na tarczy, a do tego kasę niebieską z czerwoną rączką do kręcenia. Jak się nią kręciło, to w okienku na białej taśmie przekręcały się cyferki. To już było prawdziwe biuro.

Z drewnianych kolorowych klocków można było umeblować to całe poważne przedsięwzięcie, a potem uzupełnić plastykowymi, co miały zęby i jedne w drugie wchodziły (takie dzisiejsze klocki lego).
Ale największa zabawa była gdy świecowymi kredkami można było w malarkę się zabawiać. Różne obrazki rysować, potem pinezkami do biblioteczki przypinać i wystawę robić. Co niestety nie spotkało się z uznaniem mamy, bo w szafce dziury powstały... choć obrazkami zachwycona była bardzo.

Rysować, malować farbami, wymyślać różne kombinacje z papierów kolorowych... klejem roślinnym, albo takim z mąki zrobionym przyklejać kwiatki  znoszone z łąki czy powycinane ze szmatki... o! to lubiłam bardzo. Też stroić się przed lustrem, ubierać w mamy szmatki i chodzić w jej butach na wysokim obcasie.
Ale to czyniłam raczej podczas jej nieobecności ;) Nawet przy tacie, bo jego to bawiło.
Korale mamy też budziły moje zainteresowanie. Te się ze sznurka zdejmowało, a raczej sznurek rozrywało, do pudełeczka chowało i na podwórko ruszało.
Tam z koleżankami, nimi  do wykopanych dziurek pstrykało i jak się nie miało szczęścia to...  uf ;-) było po koralach, albo jeszcze więcej ich się zyskiwało.
Największe zdobycze to kolorowe, mieniące się kryształki, albo perełki były. O pospolite koraliki w kształcie pokrojonych rurek, nawet najbardziej kolorowych niechętnie się grało. Z takich kolorowych rurek mama utkaną  przepiękną serwetkę na stół miała.
Miała, to dobre określenie... bo nożyczkami wszystkie sznureczki poprzecinałam i zamiast serwetki spory stosik uzbierałam.

I mimo, że to były zwykłe rurki - ich ilość na koleżankach niezmierne wrażenie wywierała.
Gdy ja, dziewczynka koraliki mamie podbierałam w celu rozgrywania turniejów z innymi dziewczynkami, o jak największe i najpiękniejsze zdobycze koralowe, to chłopcy kapslami pstrykali po wyrysowanych na asfalcie, albo patykiem w ziemi... torami... 

Potem przyszło przeskakiwanie przez gumę od majtek na różnych poziomach, od kostek po uda rozciągniętych między dwoma graczkami, gdy trzecia różne figury z tą gumą wyczyniała, aż zrobiła tzw. skuchę i w graczu następowała zmiana.
Były też fikołki i zwisy na trzepaku, gra w klasy namalowane kredą na chodniku, czy podskakiwanie  na... też kredą narysowanym pajacyku. Zabawa w chowanego po klatkach schodowych, krzakach, śmietniku, to codzienność podwórkowa.

Aż przyszedł inny etap w życiu: szkoła.
Szkoła zmieniła wszystko... książki otworzyły nowe świata postrzeganie. Do tego chłopcy w jednej klasie, z którymi dotąd nie było wspólnych zabaw, nie mówiąc o zainteresowaniach.

Pierwszy dzień szkoły. Tak się zdarzyło, że nie było dla mnie żeńskiej pary i ustawiono mnie w parze z chłopcem. Na imię miał Witold i głowę w kształcie kromki od chleba (zresztą nazwisko też w tym stylu ;-) ) podłużną nieco, przepiękne oczy osadzone blisko, tuż tuż pod brwiami. Wtedy tego nie widziałam... byłam niezadowolona, albo raczej przerażona i się koncertowo rozryczałam. Witek nie! Uśmiechał się tylko zdziwiony. On w domu miał dwie siostry, więc to dla niego normalka stać koło dziewczynki. Ja jedynaczka bez kontaktu z chłopcami... och to trauma była;-) .
Szybko się jednak jej pozbyłam,  przez to, że szkoła dla mnie zjawiskiem cudownym była... światem wspaniałym, gdzie byłam doceniana, a moja kreatywność się rozwijała bez ograniczeń.
Nauka, taka ciekawa, zaskakująca i te książki,  które można było samej czytać... przeróżne... nie tylko te, które czytał, o których tak chętnie mówił tato. Wolność zupełna w rozszerzaniu swej wiedzy o świecie intrygującym... tak innym od codzienności... książki Szklarskiego, Marka Twaina... i przygody Ani z Zielonego Wzgórza.

Tak myślałam wtedy, gdy z dziewczynki stawałam się kobietą. Im bardziej byłam świadoma swej kobiecości, swej siły z niej wynikającej... tym więcej chciałam. Mimo, że wtedy dziewczęta i kobiety mogły o wiele mniej... patriarchat był wszechobecny.
Co myślę teraz o byciu kobietą?

Minęły lata... cieszyłam się i cieszę nadal, że jestem kobietą... nie ominęła mnie żadna z ról przypisanych tradycyjnie do kobiety... ale też jestem spełnionym człowiekiem. Spełnienia nie mają płci :)
Jak teraz bawią się dziewczynki, jak są przygotowywane do życia, do roli kobiety w XXI wieku, gdzie świadomym kobietom nie wystarcza już rola matki i żony... nawet eleganckiej pani domu?
Kobiety chcą więcej... chcą być wolne i niezależne, i nie chcą milczeć na żaden temat!

A 8 marca niech będzie (tak przewrotnie, ale słuszniej:-) ) jedynym dniem z całego roku, gdzie mężczyźni mogą być wolni od kobiet.
A nie odwrotnie ;-))) Nie inaczej! 

PRZECZYTAJ TAKŻE: 

8 komentarzy:

  1. Każda dziewczynka ma chyba od małego coś w sobie z kobiecości. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko w dużej mierze zależy od przekazu matczynego. Moja mama bardzo podkreślała jak piękne i ważne jest bycie kobietą:-) Całusy:-)

      Usuń
  2. Witaj Dorotko...
    Dawno mnie nie było u Ciebie, ale to dlatego, że zawodowo robię więcej i brak mi jakoś później polotu, by dopisać coś mądrego do tych moich obrazków :) Za to tutaj zawsze mam okazję poczytać, zaczerpnąć i pomyśleć :)
    Od zawsze cieszę się, że jestem kobietą i korzystam z tego przywileju spełniając się w różnych aspektach życia. Masz rację... spełnienia nie mają płci :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko rozumiem. Ty pracujesz, ja choruję, ale jakoś daję radę;-) Dzięki, że wróciłaś:-) Ja też uwielbiam by kobietą bez względu na wiek:-) Buziaki serdeczne przesyłam:-)

      Usuń
  3. O jak fajnie powspominać lata dzieciństwa i te wyskoki młodzieńcze, a potem to tylko młodość i pełnia życia ...haha oj tak była guma z majtek ;)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Oby ta guma z majtek ciągnęła się jak najdłużej:-))))Buziaki:-)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger