18:56:00

BABCIA - KTO TO? (tekst z Okazji Święta 21 stycznia)

BABCIA - KTO TO? (tekst z Okazji Święta 21 stycznia)


BABCIA - wyjaśnienie nazwy tytułowej ;-)

- Człowiek płci żeńskiej

- Rasa - każda

- Wiek - między trzydzieści parę a sto lat, a nawet więcej

- Kolor włosów i waga - ... kobiety zmienne są ;-)

- Wykształcenie - różne

- Doświadczenie - od przeżyć własnych zależne

- Zawód - jaki tylko można sobie wyobrazić, bo kobiety żadnej pracy się nie boją

- Zalety i wady - jak u każdej kobiety

- Zainteresowania - indywidualne

- Umiejętności nabyte i wrodzone - jak u każdego człowieka

- Różnica między kobietą Babcią, a kobietą "nie Babcią" jest taka jedynie, że ta pierwsza ma wnuki, a ta druga ich nie posiada ;-) Obie są kobietami, tylko kobieta Babcia ma wokół siebie dodatkowe osoby - dzieci swoich dzieci. I to zagadka cała, kto to jest Babcia... zazwyczaj kochana i bardzo pożądana. 

ROLA  BABCI

Najczęściej Babcia stanowi spoiwo całej wielopokoleniowej rodziny. Taka była moja Babcia Marianna, z którą udało mi się przeżyć 31 swoich lat. Babcia Anna odeszła gdy miałam niespełna 4 latka, ale dobrze ją pamiętam. O obu pisałam już w poprzednich latach, więc teraz nie będę się powtarzać (tutaj i tutaj). Babcia Marianna, zwana Marynią, była moją przyjaciółką. Miałam z nią niesamowitą relację głębokiego porozumienia. I dumna z tego byłam bardzo, bo to osoba wyjątkowa była, której cała rodzina bardzo się słuchała. Wszystkie ciotki dalsze i bliższe oraz ich dzieci, przyjaciele... wszyscy z wielkim szacunkiem do niej się odnosili i po porady przychodzili. W kwestiach przeróżnych. Zazdrosna byłam o moje kuzynki dwie i kuzynów dwóch, co to od synów Babci byli. Ale zupełnie niepotrzebnie, bo ja córka Stefki, córki Babci  - odczuwałam, że byłam wyróżniana, ale zawsze mi jakoś serce drgało, gdy Babcia do nich wyjeżdżała, a mnie na ten czas opuszczała. Dąsałam się wtedy bardzo, bardzo... Jej rola w kształtowaniu mnie była nieoceniona. Pokazywała mi tyle rzeczy, na tyle spraw zwracała uwagę, w tylu problemach pomagała i zawsze, zawsze była wyrozumiała. 

A JA? 

Jestem babcią czworga wnucząt... trzy dziewczyny i jeden chłopiec. Gdy najstarsza wnuczka Marysia przyszła na świat, to moja najmłodsza córka miała sześć lat. Byłam wdową, musiałam pracować i małym jeszcze, swoim dzieckiem się zajmować. Nie było specjalnie czasu na wykonywanie babcinej roli... przede wszystkim byłam samotną mamą... Potem jeszcze raz wyszłam za mąż. Układanie nowej rodziny dla mojej wówczas 9-letniej córeczki, też zabrało mi czas. A on mijał, mijał, mija ciągle... wprowadza zmiany. Teraz najmłodsza moja córka też będzie mieć córeczkę. Już ją nazwała. Będzie Dorotka :-)) To bardzo, bardzo wzruszające dla mnie, że moją imienniczką będzie.

Mam nadzieję, że gdy na świat zawita ta mała istotka, to ja, która nie mam już żadnych zobowiązań podobnych do tych z czasów gdy Marysia, Kubuś, Karolina, Liliana byli mali... będę mogła dać jej daleko więcej. Bardzo bym chciała. 

Zależy to jednak od stanu w jakim będę, bo chwilowo najbliższym bez przerwy moim towarzyszem jest Pan Ból, który jest zatwardziały cholernie. I nie pozwala mi na wiele, choć bardzo bym pragnęła, marzyła i sobie gorąco życzyła, by szlak go trafił i ten uwolnił mnie z uwięzi. Jeśli tak się zdarzy w co gorąco wierzę, to ja chętnie, nie wtrącając się zupełnie... w procedury rodzicielskie... pokażę, przekażę małej Dorotce, to co w duszy Starej Dorotce gra jeszcze.

Chciałabym by czuła, że jest kochana.

JAKĄ CHCIAŁABYM BYĆ DLA NIEJ BABCIĄ?

Taką, przy której będzie czuła się bezpiecznie. Pragnęłabym pokazać jej jak być wolnym człowiekiem nie przekraczając pewnych zasad i norm. Nauczyłabym ją śmiechu, poczucia humoru, miłości do natury, do książek czytania, pięknego rysowania... Być dla niej jak Babcia Marynia dla mnie była. Opowiedziałabym jej historie z mojego życia, uczuliła na to, by miała szacunek dla ludzi, wytłumaczyła jaką wartością jest przebaczenie i pogodzenie się z ludźmi... 

WIADOMO

Wiadomo, że najczęściej oczekiwania rodziców, dziecka, babci, różnią się od siebie. Wiem o tym z opowiadań innych rodziców, czy dziadków. Wiem jak było u mnie gdy ja mamą byłam, a moja mama babcią, a Babcia Marynia zdążyła jeszcze prababcią być dla moich dzieci. Niestety najmłodsza córka takiego szczęścia nie miała. Nie znała żadnej swojej babci, ani prababci tym bardziej. Umarły niestety. A tak bardzo jej, której tato zmarł przedwcześnie, tej babci brakowało. 

Tak więc z mianowania, babcią jej została - teściowa mojej starszej córki. Pokochały się bardzo, z wzajemnością zupełną. Babcia Róża jest z Alicją, a Alicja z Babcią w ciągłym kontakcie. I to radość dla obu jest wielka. Nie wtrącam się w ich relacje. Teraz Alicja, już dorosła kobieta dokonuje swoich wyborów i ocen. Wiem, że mogę na niej polegać, tak jak przybrana Babcia może też na niej polegać. Wynika to z tego, że wyniosłam z domu rodzinnego, ze swego doświadczenia, że najlepiej się dzieje wtedy, kiedy Babcia nie ingeruje w osobny byt rodzinny syna czy córki. To powinno być ciało doradcze, ale działające według wytycznych rodziców. Swoje dzieci babcia już miała i wtedy mogła się wykazać, a teraz powinna tylko wspomagać. I to wtedy, gdy jest o to poproszona wyraźnie. To rodzice pełnią kierowniczą rolę i narzucanie im swoich rozwiązań jest wielkim złem.

BABCIA TO CZŁOWIEK 

Kamienny spokój i brak wtrącania się. Cały ciężar opieki nad dziećmi powinien być położony na barkach rodziców. Babcia, to pogotowie w sytuacjach trudnych, a nie praca w pełnym wymiarze czasu pracy, bez urlopu, bez przyjemności. Babcia to człowiek, który ma swoje życie i to do jej życia powinno się towarzystwo dopasować, skoro zdecydowało się na dzieci, a nie odwrotnie. Babcia ma prawo do dysponowania swoim czasem i ma prawo do swojej osobistej aktywności czy to fizycznej czy intelektualnej, towarzyskiej i tak dalej.

Jeśli babcia zechce, a rodzice się zgodzą, to może i to i tamto. I gdy rodzice zechcą, a babcia się zgodzi, to może i to i tamto. Nie inaczej. 

Najlepiej by babcia dbała o siebie, by jak najdłużej mogła przytulać, pocieszać swe wnuki, podziwiać kiedy trzeba... Cały czas powinna się rozwijać by nadążyć, na bieżąco być ze współczesnym światem i swą wiedzą, doświadczeniem obronić przed złymi okolicznościami. Nie chcę być babcią, która indoktrynuje, wszystko wie najlepiej. Chcę być babcią godną zaufania, która jednocześnie jest barwnym motylem i wesołą wróżką, która pięknie maluje i pokazuje co piękne, ostrzega przed tym co ohydne... kocha miłością bezwarunkową, ale nie ograniczającą, nie narzucającą się. 

ŻYCZENIA

Wszystkim Babciom życzę, by będąc babciami nie zapominały o sobie, dbały o swoje zdrowie by dzieci ich dzieci jak najdłużej mogły brać z nich to co dobre, a to co złe wziąć za przykład, aby w swoim życiu błędów Babci nie powtarzać :-)))




17:41:00

W Nowy Rok z sukienkami :)

W Nowy Rok z sukienkami :)
 

Opowiadałam Wam już nieraz o zestawach dresowych / loungewear z Femme Luxe, które świetnie się u mnie sprawdzają - nie tylko jako strój po domu, ale także outfit, w którym mogę szybko wylecieć po zakupy :) Jednak... nie tylko w dresach / lounge set człowiek paraduje, więc postanowiłam zaopatrzyć siebie i córkę w kilka sukienek :) Jedną z nich już widziałyście wcześniej, ale to krój... którym uwielbiam obdarowywać koleżanki :) 

W moim zamówieniu znalazły się jednak również nowości :) Jak wiecie dostaję te ubrania w ramach współpracy blogowej, ale nie wpływa to na moją opinię na ich temat - zresztą o wpadkach jak dużo mniejsza jest sukienka niż głosi rozmiar, wycięta metka itd... także zawsze Wam opowiadam :) 


Beżowa sukienka na jedno ramię / Beige One Shoulder Ruched Slinky Midi Dress - Savannah - marszczona sukienka midi na jedno ramię, w kolorze beżowym... w sumie to taki kolor cappuchino. Naprawdę piękny! Fakt, że sukienka posiada tylko jeden długi rękaw sprawia, że szczególnie korzystnie będą w niej wyglądały kobiety z ładnymi ramionami. Sięga za kolano, jest obcisła, jednak marszczenie na dole sprawia, że nie uwypukla ewentualnych fałdek. Klasyczna, piękna, przewiązywana w talii paskiem... uwielbiam ten kolor :) 


Biała (a raczej śmietankowa) sukienka na jedno ramię / White Belted One Shoulder Jumpsuit - Evelyn - siostra bliźniaczka sukienki powyżej i historia z nią jest podobna :) Z tym, że... mimo, że opis na stronie głosi, że to kolor biały - ja nazwałabym ją sukienką w kolorze śmietankowym lub złamanej bieli :) 


Klasyka już u mnie, czyli opinająca sukienka z bufiastymi rękawami, w kolorze khaki / Khaki Belted Bodycon Midi Dress - Angelica - piękny krój, długość za kolano, bufiaste rękawy, które ukryją niedoskonałości wymiarowe ręce, (tę akurat moim zdaniem warto zamawiać jeden dwa rozmiary większą - szczególnie czynić tak powinny panie z obfitszymi biustami :)) To co bardzo mi się w niej podoba to to, że możemy ją opuścić w celu odsłonięcia ramion... a te nawet panie z największymi w obwodzie rękoma - mogą mieć piękne i zgrabne. Klasyka i seksapil w jednym. Naprawdę fantastyczny krój, z paskiem w talii :) 

Czarna obcisła sukienka na ramiączkach / Black Ruched Midi Bodycon Dress - Taylor - klasyczna czarna sukienka na ramiączkach, z marszczeniami. I tutaj mamy długość za kolano - czyli moim zdaniem najlepszą :) Świetnie sprawdzi się szczególnie u fanek czarnych sukienek - na randkę, czy eleganckie wyjście - jak znalazł!


W tym zamówieniu za serce najbardziej łapie mnie obcisła sukienka na ramiączkach w kolorze wina / Wine Ruched Midi Bodycon Dress - Taylor - jestem zakochana w tym kolorze, takiej barwie,  swego rodzaju eksluzywności. 

Bardzo lubię materiały sukienek Femme Luxe, oczywiście nie należą one do najbardziej przewiewnych - pod tym względem mam wrażenie, że dresy / loungewear set, które mają w składzie w większości bawełnę - wypadają o wiele lepiej :) Nie mniej... są to wygodne, eleganckie sukienki, występujące w krojach, z którymi stacjonarnie niestety nie mamy do czynienia... a jeśli mamy to w niebotycznie wysokich cenach - a ja nie ukrywam - nie należę do osób, które kupią sukienkę z bufiastymi rękawami za 300 lub więcej złotych :) 

Z zamówienia jak widzicie jestem bardzo zadowolona, zauważyłam także, że w ofercie sklepu pojawiły się nowe dresy... oj, czuję, że tzw. półka dresowa w mojej szafie już niebawem się powiększy ;) 

18:46:00

JESTEM WKU.....A

JESTEM  WKU.....A

JESTEM WKU.....A! 

Zaczęłam prowadzić tę stronę internetową 1 maja 2016 roku i założyłam sobie, że jako osoba pełna energii, pozytywnego nastawienia do życia, pełna radości i uśmiechu, opisując nawet najgorsze sytuacje, pokażę, że z każdej można jednak uszczknąć coś dobrego...

Ale dzisiaj JESTEM WKU.....A. Bardzo! Przelała mi się czara goryczy (nie opiszę tu nawet paru sytuacji, które doprowadziły mnie do takiego stanu, bo szkoda czasu i nerwów). 

POWIEM  TYLE:

Dosyć mam! - niekompetencji, braku empatii, irytacji, nienawistnej mowy, wywyższających się ludzi, skostniałych procedur, systemu, biurokracji, pychy, jadu, hipokryzji, pogardy instytucjonalnej, obojętności urzędniczej, chamstwa, brutalności, głupoty, zazdrości, zawiści... wypraszania wszystkiego, niskiego kłaniania, wydrapywania czegoś danego, oczywistego - w większości od Nikodemów Dyzmów...  Może jeszcze powinnam przeprosić, że żyję (a dla mnie to jest istotne)? A ja tu przeszkadzam w pracy ludziom, którzy otrzymują  wynagrodzenie za pracę, którą mają świadczyć między innymi dla mnie? O ja niedobra, zamiast umrzeć przed terminem roszczę sobie jakieś prawa i mam wymagania. Ja, drobny kamyczek jestem przeszkadzającym głazem w pracy ludzi, dla których liczą się tylko formularze. Oni chcą mieć spokój i w papierach poukładane zgodnie. W końcu jest pandemia ;-(  Nawet online, to już za dużo... wyłączony telefon najlepiej... . Nie ja, to przyjdą inni myślą tak sobie - zapominają, co niektórzy, że wszyscy jesteśmy wymienni. Uff... zrobiło się nieprzyjemnie.

I DLATEGO

Poprzestanę dzisiaj na tym, że JESTEM  WKU..... A (i tak za wiele napisałam, goryczy wylałam).

Mimo wszystko, jestem pełna nadziei, że będzie dobrze i pięknie jeszcze. Wszyscy chcemy, żeby to był dobry rok. Żeby tak było, to zacznijmy od siebie i bądźmy dobrymi, życzliwymi ludźmi... . To  działania ludzi układają wszystko wokół. Ze względu na to, że mamy nad kimś przewagę np. z tytułu wykonywanego zawodu, to nie znaczy, że jesteśmy lepsi, że jesteśmy bogami. Nie jesteśmy! Pamiętajmy też  - karma wraca!

CZASEM lepiej mądrze milczeć niż głupio gadać! Dlatego skończę już!

UPRZEDZAM  JEDNAK!

Jestem podmiotem, nie przedmiotem.

Dlatego tak łatwo się nie poddam. A jak bardziej jeszcze się wku...ę, to? Przestanę być miła, delikatna. Z detalami wszystko o "niktach" opiszę. W końcu żyje się raz! Też mam jedno życie i nie pozwolę nikomu* lekceważyć tego daru. Jeszcze pokażę na co mnie stać! 

* nikomu - mam tu pewne dedykacje ;-) Mija oktawa Nowego Roku, więc nie będę temu *"nikomu" personalnie wypominać zaniedbań, prymitywizmu, żeby nie zakłócać dobrej energii Strony Starej Kobiety :-))) i dać szansę rzeszy "niktów". 





17:42:00

2021 ROK - ROK NADZIEI

2021 ROK - ROK NADZIEI

SYLWESTER 

Sylwester to facet. Wieczór jest z nim miły, a ranek paskudny. Z elegancji została zmierzwiona fryzura, a wszystkie zapewnienia zmian, absolutnie zapomniane. Nigdy nie lubiłam Sylwestra i z tym się nigdy nie kryłam. Poza tym nie jestem desperatką, żeby się cieszyć, że bliżej do mety.  Bo nie ma co się cieszyć z tego powodu, że starszym się będzie, że zabójcza śmierć się zbliża i zatrzyma dla nas czas. Nie cierpię Sylwestra i już. Nie cierpię porażek. A Sylwester, to porażka... znowu triumfy święci czas. Nigdy nie lubiłam tego pełnego hipokryzji Święta, będącego symbolem przemijania i przybliżania się do końca. A wszyscy cieszą się ogłupieni jakby przekazu nie rozumieli.  Zmiana w kalendarzu zmieni cyfry tylko, a my i tak ze swoimi problemami zostaniemy. Nie ma co świętować. Ufff... co roku to samo piszę i już nudne dla mnie samej to jest ;-)

Choć w tym roku jest inaczej... stary rok podły był i należy mu się pożegnanie bez przykrości żadnej. Tym razem chętnie się z nim pożegnam i powitam z radością nowy. Choć ten nowy też nie zapowiada się cudownie ;-) Ale nadzieję warto mieć i swych pozytywnych wytycznych, na przyszłość trzymać się. I ta NADZIEJA  w dniu 31 grudnia 2020, kiedy grzebiemy stary rok i cieszymy z narodzin nowego 2021... u mnie będzie początkiem NOWEGO, na które oczekuję ze wzruszeniem. 

NIECH TO BĘDZIE ROK NADZIEI I NIECH ONA SIĘ SPEŁNI

Dzięki temu, że mocno uchwycimy się tej myśli, że  chcemy iż ma być lepiej musimy mieć nadzieję. Przekonajmy swoich bliskich, że nie mają się załamywać, że czynić muszą jak najwięcej... nie odkładać mimo pandemii, życia na później. Bo zawsze warto wierzyć, że wydarzy się coś pięknego, mimo otaczającej rzeczywistości szaroburej i ponurej. Nie ma większej siły od nadziei i optymizmu. A wszystko co nas dotyka, te wszystkie burze, porażki, upadki, właśnie dzięki nadziei na zmianę... możemy je spokojnie przeżyć i iść dalej. Bo nadzieja uwalnia od strachu, a optymizm ją wpiera i pomaga podejmować próby różnego rodzaju, by lepiej było. Dopóki żyjemy i mamy nadzieję, to mamy szansę, by być szczęśliwymi.

Miejmy tę nadzieję w sobie. Bądźmy jak dzieci, które z jednej strony boją się smoków czytając o nich w bajkach... ale mają nadzieję, że na końcu tej bajki, zginą te potwory i znowu będzie wszystko dobrze.

ŻYJEMY TERAZ

Innego życia mieć nie będziemy, więc nie spieprzmy tego swoją niewiarą i złym nastawieniem. Kiedy człowiek zostaje sam, wtedy dopiero zaczyna rozumieć ile naprawdę może znieść i wtedy powinien podjąć najważniejszą dla siebie decyzję: będę miał nadzieję i wszystko zrobię by się spełniła w całym zakresie, nie poddam się. Bo nadzieja, to jedyne co może utrzymać mnie w dobrej formie. Nawet jeżeli na chwilę strach nas zniewoli, szybko musimy go strzepnąć z siebie, bo tylko ryzyko podjęcia działań może przybliżyć nam nadzieję, na realizację naszych zamierzeń. Strach zatrzyma nas w miejscu i usidli w depresji. Po roku trudnym, gdzie przyszłość nie jawi się kolorowo... trzeba jednak mieć nadzieję, bo ona może tylko dać siłę, która teraz będzie nam tak bardzo potrzebna. Jeśli wielu ludzi uwierzy w nią, wtedy możemy wspólnie stworzyć odpowiedni kierunek takich działań, że pokonamy wirusa, że wrócimy do życia sprzed momentu, kiedy to wirus stał się najważniejszy. Przewrócił nasze życie do góry nogami.

WKRACZAJĄC W NOWY ROK 

Miejmy nadzieję, że krok po kroczku, dzień po dniu... zmienimy wszystko tak, że wrócimy do naszych poprzednich dni, gdzie nie było tyle strachu, złości, gdzie smutek nie był tak rozlany wszędzie, a relacje ludzkie wrócą do normalności. Dzięki naszej uporczywej nadziei i pozytywnej pracy nad nią, tęsknota odejdzie od nas. Tak samo jak czarne myśli. Przyjdą znowu szczęśliwe chwile, z ludźmi pełnymi nadziei. Ci ludzie zapalą światła, które inni zgasili i będą trzymać kciuki za dziś, jutro, pojutrze, za wszystko co zdarzyć się może. Załóżmy sobie takie postanowienie: zamiast poddawać się rozpaczy, będziemy motywować się nadzieją do pracy nad sobą, nad swoimi bliskimi, by wszyscy zjednoczeni w tej nadziei, doprowadzili do tego, że koniec roku 2021, będziemy mogli ogłosić:  Zwycięskim Rokiem. Bo mieliśmy tyle siły by nie poddawać się byle czemu. Ogłoszenie przeze mnie Roku 2021, Rokiem Nadziei, jest bardzo głęboko przemyślane. Niczego bardziej nam nie potrzeba. Tylko nadziei i silnej determinacji.

MOJA PRZEPOWIEDNIA

Uwolnimy się od większości naszych problemów, zniknie zła passa, wszystko za co się weźmiemy będzie się udawało. Może nawet uda nam się naprawić pewne błędy z przeszłości i zamknąć pozytywnie rozpoczęte sprawy. Przez to będziemy czuli się lekko i radośnie. I choć to rok ciężki będzie i wymagający wyrzeczeń wielu, to dzięki determinacji oparciu się wszystkim trudom, dzięki temu pozytywnemu nastawieniu i tej nadziei założonej na końcu 2020 roku... wszystko na dobre się obróci :-))

Warunkiem wszakże, dobrego obrotu spraw wszelakich, musi być mocna wiara niepodważona przez nikogo... i Ty, i ja mocne do niej przyczepieni :-)))

ŻYCZENIA

Niech Nadzieja Was nie opuszcza. W najgorszym momencie odnajdujcie choć okruch dobrego, a wszystko skończy się dobrze. Całuję Was serdecznie :-)))







19:12:00

Świąteczna piątka

Świąteczna piątka

IDĄ ŚWIĘTA

Jak co roku, o tej porze, niezmiennie, odkąd pamiętam, to znowu zbliżają się Święta. Czas wyjątkowy, czas dla rodziny, dla bliskich, dla przyjaciół... czas dla wszystkich bez względu na wszystko. W tym roku przeklętym, o którym, gdy następował, już wcześniej mówiłam... oj, nie będzie dobry. Ogłosiłam go samowolnie "Rokiem dobroci dla siebie będzie, że w tym roku akurat, "dobroć" szczególnie będzie nam potrzebna. I była. Nie jestem jakaś tam nawiedzona, ale 2002 rok, który też dwie dwójki w sobie posiadał, tyle że w innym ustawieniu - był okropny dla mnie, dlatego tego też się tak obawiałam 2020 - nieco do tamtego w cyfrach, podobnego. Niestety, miałam rację. Nienawidzę mieć racji. Ale mam nadzieję, że jak po burzy jest słońce, jak rano po nocy słonko wstaje, tak po tej pandemii, która tyle zła wyrządza każdego dnia - wróci do nas spokój. Zapomnijmy o chorobach, lękach naszych z nimi związanymi i poprzez te Święta, zbliżmy się do siebie :-))) 

TRADYCJE

Święta Bożego Narodzenia, to wiele tradycji i związanych też z nimi przesądów. Z mojego domu, z dzieciństwa, przejęłam mnóstwo tradycji. Dzisiaj opowiem o pięciu. Wszystkie łączy to, że te Święta, przygotowania do nich, łączą wszystkich członków rodziny. Nie spadają, tylko na mamę czy tatę, czy dziadków. Nawet dzieci biorą w nich aktywny udział.

I. Porządki, przygotowania i choinka

Porządki świąteczne, dekorowanie świątecznymi drobiazgami, tzw. durnostojkami ;-) całego domu, to cała operacja. Długo przed Świętami siedziałam przy stole z tatą i robiłam kolorowe łańcuchy. Takie z papieru kolorowego, w formie pierścieni zahaczanych jeden w drugi. Następny rodzaj, to małe harmonijki czynione z barwnej bibuły. W nich przetykana żyłka cieniutka, a potem, kawałek słomki takiej prawdziwej z maty ściennej wyrwanej ;-) i tak w kółko. Jeszcze z gwiazdeczek łańcuch. A te gwiazdeczki wycinane z tektury i oblepiane sreberkiem z czekolady. To wszystko na choinkę... jeszcze włosy anielskie, bombki przechowywane troskliwie przez rok cały. Cukierki, pierniczki wypiekane przez mamę i kwiaty - gwiazdy betlejemskie, produkowane przez babcię. Pod tą choinką, gdy po kolacji wigilijnej tatuś stawał przy oknie i krzyczał... "Ooo... kolejna gwiazdka lśni na niebie...", wtedy pod tą choinką jakiś czarodziej zostawiał prezenty. I zaczynał się gorący wieczór uciech, zwłaszcza dla mnie :-) Potem jeszcze szło się za dom, gdzie w poprzedni dzień był już ulepiony bałwan* i dodawało mu się oczy z węgielków, nos z marchewki, buźkę z gałązki i i miotłę ze świerku. Na głowę czarny cylinder z kartonu i szalik zielony z włóczki, wydziergany przez mamę. Taka to była frajda.

Bałwan* - figura zrobiona ze śniegu, a śnieg, to opad atmosferyczny w postaci kryształków lodu ;-)) To wyjaśnienie, dla tych z nizin, którzy śniegu jeszcze nie widzieli, bo w górach nie byli ;-)))

II. Stół wigilijny

Na stole wigilijnym pod obrysem śnieżnobiałym, w jednym jego miejscu leżało pod nim sianko, symbolizujące ubóstwo w jakim urodził się Jezus. To sianko miało też sprowadzić dobrobyt na uczestników kolacji. Na stole, na lśniącej zastawie ze złoconą lamówką, obowiązkowych 12 potraw, opłatek. A przy stole, jedno puste miejsce  - dla gotowości przyjęcia dodatkowego, niespodziewanego gościa. Babcia wierzyła, że to miejsce dla kogoś niedawno zmarłego, którego dusza też chce brać czynny udział w świątecznym spotkaniu.

III. Śpiewanie kolęd, łamanie się opłatkiem,  chowanie do portfela łuski z karpia.

Nim wszyscy zasiedli do stołu, tato jako głowa domu brał opłatek do ręki i dzielił się nim po kolei ze wszystkimi, według hierarchii rodzinnej. A potem, każdy z każdym, wzajemnie. Wszyscy składali sobie najlepsze życzenia. Te życzenia obowiązkowo pod zawieszoną przy lampie jemiołą, która miała zapewnić pomyślność i odpędzać zło. Tato rozdawał też łuski, by każdy mógł schować sobie do portmonetki, aby przyciągały pieniądze. I wreszcie kolędy... każdy musiał choć fragment zaśpiewać swojej ulubionej. Ja się zazwyczaj migałam, ale nadaremno :-)

IV. Obowiązkowe 12 potraw

  1. Karp smażony w panierce niewielkiej, błyszczący masełkiem. Nie jadłam, bo przedtem widziałam go pływającego cały tydzień w wannie i byłam z nim zżyta. ;) 
  2. Sałatka śledziowa - ziemniaczki, jabłuszko, ogórek kiszony, cebulka drobno skrojona i to wszystko w śmietance (dzisiaj w greckim jogurcie). Tato nie jadł śledzi, bo miał do nich uraz. Będąc w obozie jenieckim , przez 4 lata jadł tylko śledzie ;-(
  3. Kluski z makiem i miodem tzw. makiełki - tylko babcia się nimi zajadała, uwielbiała słodycze. W nocy nawet cukier z cukierniczki wyjadała ;) 
  4. Karp w galarecie. Mama nie mogła jeść smażonego, bo chorowała na trzustkę, więc dla niej najlepsza była ryba gotowana. 
  5. Barszcz czerwony, na burakach wcześniej ukiszonych w wielkim glinianym garnku. Pokrojone buraczki, liście laurowe, ziele angielskie, skórki chleba i jabłko - i barszcz gotowy :-) Oczywiście jeszcze zioła, czosnek i grzybki suszone. Pycha bez grama octu. Mnie lekko, mama śmietanką zabielała.
  6. Uszka do barszczu, z farszem z leśnych grzybów, uzbieranych jesienią. I barszcz, i uszka, to moja ulubiona potrawa świąteczna.
  7. Kapusta kiszona, przyniesiona z piwnicy, bo wcześniej mama z babcią ją ukisiły, do tego grzyby. Tato lubił też kapustę z grochem. A groch, to szczęście w dom. 
  8. Kompot z suszonych owoców. Specyficzny w smaku i zapachu... doprawiany cynamonem, imbirem, goździkami, skórką z cytryny, gałką muszkatołową. Nikt specjalnie za nim nie przepadał, ale tradycji musiało stać się zadość.
  9. Pierogi z kapustą i grzybami. Podawane jako przysmażane na masełku. Lepiłam je jako dziecko... i być może teraz tak nie lubię robić tego ;) Za dużo tych ulepionych pierogów było ;) 
  10. Łazanki - kwadraciki makaronu, robionego ręcznie plus kapusta kiszona, gotowana i suszone borowiki. Kolejny przysmak w gębie. Do dzisiaj za nimi przepadam i robię nawet w ciągu roku. Nie czekając na święta.
  11. Makowiec, to była specjalność babci. Piekła, ale nie jadła, bo nie lubiła, jak jej mak wchodził w zęby (choć przy makiełkach jej to nie przeszkadzało ;)) ;-)
  12. Sernik. Tutaj specjalizowała się mama. Na spodzie półkruche cienkie ciasto, a na nim puszyste, serowe "niebo" o smaku migdałów. Z rodzynkami w środku. 

V. PREZENTY

Dla każdego co innego jest szczęściem, radością, najlepszym prezentem. Gdy byłam małą dziewczynką cieszyłam się i oczekiwałam prezentów. Bardzo byłam podekscytowana myślą, co tym razem przyniesie mi Święty Mikołaj, do którego listy pisałam. Pamiętam, że on nigdy mnie nie zawiódł w moich marzeniach. To byli moi rodzice. Teraz? Nie ma ich tu na ziemi. Teraz nie mam oczekiwań, choć są koło mnie inni Święci Mikołajowie, którzy bez pisania listów spełniają  moje życzenia. Cały rok, codziennie są dla mnie Święta,. Dzięki nim. A te według kalendarza Święta Bożego Narodzenia, to wyjątkowa możliwość wyjątkowego spędzenia wspólnego. Bo nic tak nie daje radości jak bliskie obcowanie z ludźmi, życzliwymi ludźmi. To dobrze wykorzystany czas. Przy tegorocznej kolacji powspominam w anegdotach, moją mamę, tatę. babcię, ciocię Martę... na wesoło... żeby byli z nami. Magia Świąt Bożego Narodzenia mi w tym pomoże.

ŻYCZENIA

W tym czasie przygotowań, potem wreszcie utęsknionych Świąt, gdy wszyscy przepełnieni jesteśmy miłością... zwłaszcza w tym roku, pamiętajmy, że " jest wiele rzeczy, na świecie, które możemy możemy zrobić nie licząc na zysk... do nich też należy życzliwość i dawanie sobie wzajemnie radości" Tak mniej więcej mówiła moja babcia, choć bardziej prosto. Uważam, że w życiu, to najważniejsze jest. Wszyscy możemy być Świętymi Mikołajami. I to nie od święta. Choć tęsknię za Świętami, takimi oprószonymi śniegiem, za twarzami z tamtych, minionych Świąt, to świadoma jestem zmian, wymian i pogodzona, że czas nie stoi w miejscu i cieszę się tym, co mam. Wdzięczna jestem! Najsmutniejsze jest to, że obudzę się w pierwszy dzień Świąt i stwierdzę zdziwiona: oo? nie jestem już dzieckiem - niestety;-). Na szczęście dziecko jest we mnie, bez względu na ten bieg wskazówek zegara. I życzę Wam, żebyście też tak mieli, żebyście szczęśliwi byli według własnego uznania:-)))






20:20:00

Adam i Ada... CZUŁOŚĆ*

Adam i Ada...  CZUŁOŚĆ*

ADAM i  ADA 

Ada siedzi oparta rękami o blat stołu. W dłoniach trzyma spuszczoną głowę. Jest wieczór sobotni. Nagle słyszy delikatny szmer przesuwanego krzesła. Podnosi głowę. Z niedowierzaniem, lekko przestraszona patrzy bez słowa - przed nią siedzi Adam.

- Skąd tu się wziąłeś, czy to sen? - cicho zapytała

- To nie sen, jestem tu, przyszedłem, bo smutna coś ostatnio jesteś - odpowiedział Adam

- Ale Ciebie nie ma, nie ma od przeszło 18 lat - Ada patrzyła zdezorientowana

- Zawsze byłem, jestem przy Tobie, ale teraz odczuwam, że Ci jestem bardzo potrzebny - cicho stwierdził Adam

- Pewnie już mi się coś w głowie kręci - smutno skinęła głową Ada

- Powiedz kochana czego Ci brakuje? Tak się tutaj rozglądam... wszystko masz, jak zwykle pięknie zagospodarowane, kwiaty i książki, ładna porcelana i Ty wyglądasz niezwykle pięknie, gdybym nie znał dokładnie Twojej daty urodzenia, nie dałbym Ci tych lat - Adam uśmiechnął się szczerze, nawet rozbawiony.

- Masz koło siebie wiele życzliwych ludzi, trafiają Ci się bardzo przyjemne rzeczy, a te złe, to przecież umiesz sobie z nimi radzić. To czemu taki smutek od Ciebie bije?

- ............................

- Nie milcz, powiedz... tęsknisz za przeszłością? Jakieś wyrzuty sobie czynisz? Nie umiesz pogodzić się z upływającym czasem? Odezwij się wreszcie. - Adam był lekko zniecierpliwiony, lecz cały czas wyjątkowo spokojny.

- Nie. Niczego mi nie brakuje. Wszystkiego aż nadto mam. W miarę upływu czasu nie ma się już oczekiwań wielkich. Spokoju bez bólu tylko by się chciało i nic więcej.

- Spokoju nie masz, kto Ci przysparza trosk i zmartwień? To przez te bóle taka zmęczona i smutna jesteś? 

- Nie. Sama nie wiem.

- Spróbuj odpowiedzieć - nalegał Adam

- Dzieci mają swoje rodziny i życia. Przecież wiesz. Nie obarczają mnie swoimi problemami ani ja ich swoimi. Mam co robić, mam swoje pasje, mam Agatkę... wiesz, że Agatka jest już mężatką i będzie miała córeczkę? - na moment rozjaśniło się lico Ady i rozbłysły jej oczy.

- Tak, obserwowałem ich, wyglądają na szczęśliwą parę. Ostatni raz widziałem Agusię (tak blisko), gdy miała 2 latka. Tak ten czas mija.

- Wiesz wszystko, więc o co pytasz i po co nagle się pojawiłeś? Boję się.

- Przestań. Czy kiedykolwiek Cię skrzywdziłem?

- Nie. Nie, tylko niepotrzebnie zazdrosny głupio byłeś? I przede wszystkim odszedłeś sobie... wygodnicki jeden ;)

- Może potrzebnie, może nie, jakie to teraz ma znaczenie? Jak Ci mam pomóc? Czego oczekujesz ode mnie?

- Ja od Ciebie? Nic. Nie zaprosiłam Cię tu. Sam przyszedłeś, choć pewnie śni mi się to teraz. Zaraz obudzę się.

- Przyszedłem. Jestem by Cię pocieszyć. Zbliżają się Święta, wybierz prezent jaki chciałabyś otrzymać.

- Kpisz sobie, co Ty możesz mi ofiarować? Przecież Ciebie nie ma. Leżysz na cmentarzu. O rany, ja chyba wariuję... rozmawiam z duchem? Muszę się obudzić!

- Uspokój się Aduś kochana, to nie sen, ja tu jestem z troski o Ciebie, bo dawno nie widziałem Ciebie radosnej, spokojnej... chcę Ci pomóc. Daj sobie pomóc. Uwierz mi, że sprawić mogę byś wróciła do  siebie sprzed lat, bez smutku w twarzy i łez w oczach.

- Obiecywałeś mi jak dziecku, że wszystko będzie pięknie i trwało długo, a to długo, to już zrobiło się krótko bardzo. Długie to ja mam boleści, krótkie chwile bez nich i w lutym będzie... 19 lat bez Ciebie. Bez osoby, która wierzyła we mnie, kochała mnie.

- Nie planowałem tego - zwiesił głowę Adam

- Przepraszam. Jestem ostatnio rozdrażniona. Wszystko tak się zmienia. Mimo tych zmian dawałam radę i szczęśliwa jestem, tylko...? Tylko brakuje...

- Mnie? - Adam uśmiechnął się pod nosem.

- Nie. - poważnie odpowiedziała Ada patrząc w jego dziwnie zamglone oczy. - Twoje ego ciągle takie samo - mruknęła pod nosem Ada. Zaraz szybko dodając - przyzwyczaiłam się już do tego, że Ciebie nie ma. Nawet tej nieobecności. Tak naprawdę nie ma dnia, żebym nie przypominała sobie naszych wspólnych chwil, zdarzeń, do dziś używam Twoich powiedzonek i Twój czarny humor z niezbędną ironią, też przy mnie pozostał. Właściwie w moich myślach jesteś ciągle żywy... - Ada spojrzała niedowierzająco na Adama... tzn. już sama nie wiem jak to powiedzieć. Po prostu nie myślę o Twojej nieobecności, takiej końcowej... raczej w ten sposób, jakbyś był w podróży. O rany, odwala mi, co ja tu klepię!!! 

- Gdy Cię poznałem miałaś 17 lat. - niezrażony wybuchem Ady, przypomniał Adzie ich początki.

- A Ty 32... byłeś moim nauczycielem. Magister towaroznawstwa ;-) Dobrze się na mnie poznałeś :-))

- W pewnym momencie uczeń przerósł mistrza. Byłem dumny z Ciebie.

- Tak wiem, mówiłeś mi o tym :) Wiele życzliwości od Ciebie otrzymałam i czułam, że jestem najważniejsza, mimo wszystkiemu i wszystkim. 

- Muszę już wracać, powiesz czego Ci potrzeba?

- Nigdy nie pytałeś jaki prezent mi sprawić, by ucieszył mnie, trafiałeś w sedno :))

- Teraz jest inaczej, nie zauważyłaś zmiany sytuacji :) ? Adam zaśmiał się, lecz z jego oczu, tych zamglonych... wyraźnie bił smutek.

- Potrzebuję Twojego ciepłego policzka, zimnego ucha i kpiącego uśmiechu. Potrzebuję CZUŁOŚCI. Codziennej, niezmiennej, aż nudnej w swej obecności. - spontanicznie, jednym ciągiem wypowiedziała się Ada. -  Dasz mi ją, zostawisz pod świątecznym drzewkiem? Adam? - głośno zawołała

- ................................................................

- Już się ulotniłeś? Tak, to na pewno Ty byłeś. Nic się nie zmieniłeś. Zawsze uciekałeś, gdy najpotrzebniejszy byłeś ;-))

CZUŁOŚĆ - delikatna serdeczność, troskliwe głaskanie, prawdziwe zainteresowanie. Podstawowa potrzeba człowieka wywodząca się już z relacji matki z dzieckiem. Potem przekazywana dalej.

Taka skromna odmiana miłości, wrażliwość na drugiego człowieka, któremu się nic nie przysięga, tylko dla niego jest odczuwaniem głębokim, tego co w jego sercu, głowie. Czułość to umiejętność przekazywania poczucia bezpieczeństwa. Tkliwość, rozrzewnienie, zmiażdży każdą obojętność i pocieszy samotność.

To czułość zrozumie zlekceważenie, krzywdę naprawi, niechęć odtrąci. Obojętność, brak empatii są ogromne i tylko czułość niewymuszona jest tym, co człowiekowi od początku do końca jego istnienia jest potrzebne. Młodzi ludzie, gdy się zaczynają spotykać i poznawać, ze sobą oswajać, gdy jeszcze młodzi i piękni są. I później gdy fascynacja największa mija, ale mają w sobie tyle czułości, że wzajemnie przed sobą otwierają swoje strefy komfortu i wtedy nic, absolutnie nic ich od siebie nie oderwie. Czuły dotyk, słowo, spojrzenie - to dowód przywiązania, więzi, uczucia, emocji serdecznych.

ADAMIE! Byłeś tu? Pod świątecznym drzewkiem zastanę CZUŁOŚĆ? 

Potrzebuję jej! 

CZUŁOŚĆ* autorka tego tekstu doświadcza czułości ;-)) i może obdarzać nią innych bez ograniczeń :-))



13:08:00

Pięć moich największych wad i jak z nimi walczę

Pięć moich największych wad i jak z nimi walczę

WADY NA KAŻDYM ETAPIE ŻYCIA

Na każdym etapie życia mamy inne wady. Te wady są najczęściej największą przeszkodą w naszym życiu. W miarę upływu lat zaczynamy zdawać sobie sprawę z tych wad i wyciągamy z nich wnioski. Uczymy się z nimi walczyć. Czasem sami sobie nie dowierzamy jak mogliśmy się wplątać w tę spiralę własnych słabości. Czasem śmiejemy się z nich, a czasem po prostu nam wstyd. Tyle w życiu popełniłam błędów, że wystarczyłoby na cały pułk wojska. Ale szczęścia też miałam tyle, że wykaraskałam się z części tych błędów, które popełniałam. Sama się w nie wplątywałam, bo wady miałam. Te wady, nie kto inny, ani nic innego, to one mnie na nieprzyjemne sytuacje skazywały. Co tu dużo mówić... najczęściej jest tak, że sami dla siebie jesteśmy przeszkodą, bo zatwardziali jesteśmy w swoich przekonaniach na przykład i nieugięcie trzymamy się ich. Nie pozwolimy sobie niczego przetłumaczyć. Najmądrzejsi jesteśmy. Tak na ogół człowiek młody ma, że wszystko wie najlepiej. I co? Skutki z czasem są takie, że nie pomoże już nawet przysięganie poprawy, naprawy... mleko się rozlało i trzeba poprosić krówkę, żeby dała nowe.

Łatwo tak poniewczasie wysnuwać takie tezy. Na bieżąco. świadomie zdałoby się przyjąć do siebie jakie wady się ma i zamiast nauczyć z nimi żyć, to powalczyć. Powalczyć, by łatwiej samemu z sobą nam się żyło. Choć to trudne jest. Jako właścicielka byłych, niebyłych i teraźniejszych wad, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. 

TO TERAZ PRZYZNAJĘ

obecnie najbardziej wkurzam się, że:

1. Wszystkim przejmuję się nad wyraz, niepotrzebnie. Tak samo przeżywam śmierć wróbelka znalezionego na chodniku, jak kogoś kogo znałam przed laty, jak osoby z pierwszych stron gazet, jak pisarza, aktora, bezdomnego, o którym teraz trąbią media, publicysty, nawet polityka ;) Ale też tym co na świecie się teraz wyrabia. Staję się neurotyczna, przewrażliwiona, boli mnie głowa i nie mogę spać. A przecież wiem, że walka z czymś co nieuchronne, jak np. śmierć...  jest idiotyczna. Jak i to, że przejmowanie się tym, na co wpływu nie mam żadnego. Walczę z tym. Zawsze staram się znaleźć dobre strony w najgorszej nawet sytuacji. Bo jak mi prawiła babcia, wszystko po coś jest. Tylko trzeba się na zimno temu przyjrzeć. Ze wszystkiego można naukę wyciągnąć, Ale to takie gadanie. Osobiście trudno przychodzi mi to tłumaczenie. To jest porażką człowieka, gdy za bardzo przykleja się do rzeczywistości i nie potrafi odpłynąć od niej, rozluźnić się. Tacy politycy mają wprost odwrotnie, w ogóle nie czają teraźniejszości i tego, że nie sami na tym świecie się poruszają ;-)

2. Ostry, niewyparzony język mam i często używam go. Nie mogę się wprost opanować, gdy krzywda mi się dzieje, lub komuś obok i ja to zawsze muszę ostro ripostować, tak że tej drugiej osobie w pięty leci, jak moja riposta do niego doleci. Nie potrafię trzymać języka za zębami, nie potrafię być obojętna. A jak ktoś z tej przyczyny wejdzie ze mną w spór, to już lecę równo. Gdy głowa walczy z niemocą, to moje usta przychodzą z pomocą. Czasem taki niewyparzony język przysparza kłopotów. Ale trudno, nie pozwolę sobie wejść na głowę. U mnie to łączy się z godnością, której nie mogę sobie pozwolić na zszarganie i dlatego staję w jej obronie. A skoro ludzie prostego języka nie rozumieją, zachować się nie potrafią, to trzeba ostrzejszego użyć sformułowania. Czasem też duszę się wśród jałowych, nic nie kumających głów, więc aby nuda mnie nie przydusiła, albo co gorsze w rozwoju mym nie cofnęła...wtedy tylko terapia szokowa skutkuje. I albo zyskuje się się przyjaciela, albo nie ma martwić się czym :-)

3. Wady nie określają człowieka, tylko to jak z nimi człowiek walczy. Z moim lenistwem, które czasem mnie dotyka, wtedy gdy ból nie tyle mnie dotyka, co na podłogę spycha i ryczę z bezsilności w te panele... że tak nie może być... nie będzie rządził mną ten gość. I wstaję z wszystkich sił i wytyczam sobie małe plany, małe kroczki, by dojść do dużego kroku, by zapomnieć o wszystkim co złe. Tłumaczę sobie, że za Stara już jestem, żeby tracić czas, więc muszę wykorzystać go na 100% i jeszcze więcej, bo kiedyś żałować, że w tak nierozsądny sposób go straciłam. A przecież mniej go mam niż dwadzieścia lat temu. Stało się, trudno, to co było minęło i teraz w tym innym czasie trzeba znaleźć inne możliwości na realizowanie swoich założeń w zmienionej rzeczywistości. Czasem łatwiej, czasem z większym trudem mi to przychodzi, ale dzielnie próbuję ;-)) gdy leń przydusi mnie, to mówię: nie jesteś seksownym facetem byś mnie obłapiał, więc spadaj :-))

4. Skłonność do oszukiwania. I oszustów nie muszę daleko szukać. Sama siebie oszukuję i to w tylu sprawach, że trudno tu wszystkie je wymienić. Zaklinam rzeczywistość, pocieszam się, udaję kogoś innego nie chcąc przyznać się do swoich błędów. Nie chcę widzieć, słyszeć prawdy, choć mam jej świadomość., w różowych okularach, staram się zobaczyć ją inaczej. Uciekam przed nią, tą prawdziwą. Z różnych powodów... bo jest zbyt bolesna, bo nie chcę jej do siebie dopuścić, bo jej nie znoszę, boję się. I tak okłamując siebie, dochodzę do momentu, że inni też mnie oszukują. A przecież tego nie chcę. Czas spojrzeć w lustro nie przez pryzmat dokonań i pragnień, ale szczerze, bez przypudrowywania wizerunku, bez perfum...i nazywać wszystko po imieniu... prawda jest taka... fałsz taki. I z taką rzeczywistością świadomie żyć. Złudzenia są wygodne. Dają poczucie bezpieczeństwa. Jesteśmy z siebie zadowoleni i w tym samym momencie przestajemy o siebie walczyć, bo z samozachwytu, stoimy w miejscu. Muszę z tym sobie poradzić, przecież nie chcę przez swoje wygodnictwo sama siebie do siebie zrazić.

5. W rezultacie nie wiem czy to do końca jest wada ;-) Jestem zarozumiała. Ale nie w tym aspekcie, że wszystko wiem lepiej, że się wywyższam, że uważam za kogoś lepszego... odczuwam to raczej jako pewność siebie, która jednak może być jako zarozumialstwo postrzegana. Ani pyszałkowata, ani arogancka, nieprzystępna, przemądrzała nie jestem. Ale przyznaję, że mimo pogiętego kręgosłupa, to wysoko noszę głowę. Uśmiecham się, zagadam do każdego bez względu na wiek i piastowany stołek... staram się być miła, nie sprawia mi kłopotu uśmiechnięcie się do każdego. A jednak, coś we mnie jest, coś takiego, że starsza córka Baronową mnie nazywa ;))) Wytworzę w sobie więcej pokory, ale głowy i tak nie spuszczę. Nie będę patrzyć na czubki swoich butów, tylko każdemu prosto w oczy. 

ALE TO JUŻ BYŁO i nie wróci więcej :-))

Byłam kiedyś bardzo ciekawska, a to przekleństwem stało się mym. Złośliwość też przerabiałam, wybaczać nie umiałam, tolerancji mi brakowało, zrozumienia nie dawałam, brak pokory itd. to destrukcyjnie na mnie wszystko działało i życie utrudniało. Nim sobie to uświadomiłam, nim w sobie swoje wady zobaczyłam, nim innych przestałam oceniać, a siebie jak najbardziej przesadnie dobrze doceniać - to upłynęło sporo czasu. Czasu, który, gdy niekoniecznie dobrze postępowałam, nie musiałabym teraz uważać za stracony...  już nie do odrobienia czas.

NIE NASZE WADY, POWINNY KIEROWAĆ NASZYM ŻYCIEM

Wady potrafią udaremniać plany, cele najbardziej szlachetne i dlatego w porę należy zastanowić się, co w sobie zmienić... dla własnego dobra. Po latach doświadczeń bardzo wielu, nieraz dziwnych nawet... wiem, najważniejsze jest to, by patrzeć sobie bez wstydu w lustro. I nie chodzi mi tu o wygląd twarzy, lecz o oczy... co w tych oczach zauważymy. I w porę się nad sobą zastanowimy:-)

W swoich widzę ostatnio lęk.... bliżej niesprecyzowany... muszę wybyć się go. Przecież nie jestem tchórzem :))





Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger