17:42:00

2021 ROK - ROK NADZIEI

2021 ROK - ROK NADZIEI

SYLWESTER 

Sylwester to facet. Wieczór jest z nim miły, a ranek paskudny. Z elegancji została zmierzwiona fryzura, a wszystkie zapewnienia zmian, absolutnie zapomniane. Nigdy nie lubiłam Sylwestra i z tym się nigdy nie kryłam. Poza tym nie jestem desperatką, żeby się cieszyć, że bliżej do mety.  Bo nie ma co się cieszyć z tego powodu, że starszym się będzie, że zabójcza śmierć się zbliża i zatrzyma dla nas czas. Nie cierpię Sylwestra i już. Nie cierpię porażek. A Sylwester, to porażka... znowu triumfy święci czas. Nigdy nie lubiłam tego pełnego hipokryzji Święta, będącego symbolem przemijania i przybliżania się do końca. A wszyscy cieszą się ogłupieni jakby przekazu nie rozumieli.  Zmiana w kalendarzu zmieni cyfry tylko, a my i tak ze swoimi problemami zostaniemy. Nie ma co świętować. Ufff... co roku to samo piszę i już nudne dla mnie samej to jest ;-)

Choć w tym roku jest inaczej... stary rok podły był i należy mu się pożegnanie bez przykrości żadnej. Tym razem chętnie się z nim pożegnam i powitam z radością nowy. Choć ten nowy też nie zapowiada się cudownie ;-) Ale nadzieję warto mieć i swych pozytywnych wytycznych, na przyszłość trzymać się. I ta NADZIEJA  w dniu 31 grudnia 2020, kiedy grzebiemy stary rok i cieszymy z narodzin nowego 2021... u mnie będzie początkiem NOWEGO, na które oczekuję ze wzruszeniem. 

NIECH TO BĘDZIE ROK NADZIEI I NIECH ONA SIĘ SPEŁNI

Dzięki temu, że mocno uchwycimy się tej myśli, że  chcemy iż ma być lepiej musimy mieć nadzieję. Przekonajmy swoich bliskich, że nie mają się załamywać, że czynić muszą jak najwięcej... nie odkładać mimo pandemii, życia na później. Bo zawsze warto wierzyć, że wydarzy się coś pięknego, mimo otaczającej rzeczywistości szaroburej i ponurej. Nie ma większej siły od nadziei i optymizmu. A wszystko co nas dotyka, te wszystkie burze, porażki, upadki, właśnie dzięki nadziei na zmianę... możemy je spokojnie przeżyć i iść dalej. Bo nadzieja uwalnia od strachu, a optymizm ją wpiera i pomaga podejmować próby różnego rodzaju, by lepiej było. Dopóki żyjemy i mamy nadzieję, to mamy szansę, by być szczęśliwymi.

Miejmy tę nadzieję w sobie. Bądźmy jak dzieci, które z jednej strony boją się smoków czytając o nich w bajkach... ale mają nadzieję, że na końcu tej bajki, zginą te potwory i znowu będzie wszystko dobrze.

ŻYJEMY TERAZ

Innego życia mieć nie będziemy, więc nie spieprzmy tego swoją niewiarą i złym nastawieniem. Kiedy człowiek zostaje sam, wtedy dopiero zaczyna rozumieć ile naprawdę może znieść i wtedy powinien podjąć najważniejszą dla siebie decyzję: będę miał nadzieję i wszystko zrobię by się spełniła w całym zakresie, nie poddam się. Bo nadzieja, to jedyne co może utrzymać mnie w dobrej formie. Nawet jeżeli na chwilę strach nas zniewoli, szybko musimy go strzepnąć z siebie, bo tylko ryzyko podjęcia działań może przybliżyć nam nadzieję, na realizację naszych zamierzeń. Strach zatrzyma nas w miejscu i usidli w depresji. Po roku trudnym, gdzie przyszłość nie jawi się kolorowo... trzeba jednak mieć nadzieję, bo ona może tylko dać siłę, która teraz będzie nam tak bardzo potrzebna. Jeśli wielu ludzi uwierzy w nią, wtedy możemy wspólnie stworzyć odpowiedni kierunek takich działań, że pokonamy wirusa, że wrócimy do życia sprzed momentu, kiedy to wirus stał się najważniejszy. Przewrócił nasze życie do góry nogami.

WKRACZAJĄC W NOWY ROK 

Miejmy nadzieję, że krok po kroczku, dzień po dniu... zmienimy wszystko tak, że wrócimy do naszych poprzednich dni, gdzie nie było tyle strachu, złości, gdzie smutek nie był tak rozlany wszędzie, a relacje ludzkie wrócą do normalności. Dzięki naszej uporczywej nadziei i pozytywnej pracy nad nią, tęsknota odejdzie od nas. Tak samo jak czarne myśli. Przyjdą znowu szczęśliwe chwile, z ludźmi pełnymi nadziei. Ci ludzie zapalą światła, które inni zgasili i będą trzymać kciuki za dziś, jutro, pojutrze, za wszystko co zdarzyć się może. Załóżmy sobie takie postanowienie: zamiast poddawać się rozpaczy, będziemy motywować się nadzieją do pracy nad sobą, nad swoimi bliskimi, by wszyscy zjednoczeni w tej nadziei, doprowadzili do tego, że koniec roku 2021, będziemy mogli ogłosić:  Zwycięskim Rokiem. Bo mieliśmy tyle siły by nie poddawać się byle czemu. Ogłoszenie przeze mnie Roku 2021, Rokiem Nadziei, jest bardzo głęboko przemyślane. Niczego bardziej nam nie potrzeba. Tylko nadziei i silnej determinacji.

MOJA PRZEPOWIEDNIA

Uwolnimy się od większości naszych problemów, zniknie zła passa, wszystko za co się weźmiemy będzie się udawało. Może nawet uda nam się naprawić pewne błędy z przeszłości i zamknąć pozytywnie rozpoczęte sprawy. Przez to będziemy czuli się lekko i radośnie. I choć to rok ciężki będzie i wymagający wyrzeczeń wielu, to dzięki determinacji oparciu się wszystkim trudom, dzięki temu pozytywnemu nastawieniu i tej nadziei założonej na końcu 2020 roku... wszystko na dobre się obróci :-))

Warunkiem wszakże, dobrego obrotu spraw wszelakich, musi być mocna wiara niepodważona przez nikogo... i Ty, i ja mocne do niej przyczepieni :-)))

ŻYCZENIA

Niech Nadzieja Was nie opuszcza. W najgorszym momencie odnajdujcie choć okruch dobrego, a wszystko skończy się dobrze. Całuję Was serdecznie :-)))







19:12:00

Świąteczna piątka

Świąteczna piątka

IDĄ ŚWIĘTA

Jak co roku, o tej porze, niezmiennie, odkąd pamiętam, to znowu zbliżają się Święta. Czas wyjątkowy, czas dla rodziny, dla bliskich, dla przyjaciół... czas dla wszystkich bez względu na wszystko. W tym roku przeklętym, o którym, gdy następował, już wcześniej mówiłam... oj, nie będzie dobry. Ogłosiłam go samowolnie "Rokiem dobroci dla siebie będzie, że w tym roku akurat, "dobroć" szczególnie będzie nam potrzebna. I była. Nie jestem jakaś tam nawiedzona, ale 2002 rok, który też dwie dwójki w sobie posiadał, tyle że w innym ustawieniu - był okropny dla mnie, dlatego tego też się tak obawiałam 2020 - nieco do tamtego w cyfrach, podobnego. Niestety, miałam rację. Nienawidzę mieć racji. Ale mam nadzieję, że jak po burzy jest słońce, jak rano po nocy słonko wstaje, tak po tej pandemii, która tyle zła wyrządza każdego dnia - wróci do nas spokój. Zapomnijmy o chorobach, lękach naszych z nimi związanymi i poprzez te Święta, zbliżmy się do siebie :-))) 

TRADYCJE

Święta Bożego Narodzenia, to wiele tradycji i związanych też z nimi przesądów. Z mojego domu, z dzieciństwa, przejęłam mnóstwo tradycji. Dzisiaj opowiem o pięciu. Wszystkie łączy to, że te Święta, przygotowania do nich, łączą wszystkich członków rodziny. Nie spadają, tylko na mamę czy tatę, czy dziadków. Nawet dzieci biorą w nich aktywny udział.

I. Porządki, przygotowania i choinka

Porządki świąteczne, dekorowanie świątecznymi drobiazgami, tzw. durnostojkami ;-) całego domu, to cała operacja. Długo przed Świętami siedziałam przy stole z tatą i robiłam kolorowe łańcuchy. Takie z papieru kolorowego, w formie pierścieni zahaczanych jeden w drugi. Następny rodzaj, to małe harmonijki czynione z barwnej bibuły. W nich przetykana żyłka cieniutka, a potem, kawałek słomki takiej prawdziwej z maty ściennej wyrwanej ;-) i tak w kółko. Jeszcze z gwiazdeczek łańcuch. A te gwiazdeczki wycinane z tektury i oblepiane sreberkiem z czekolady. To wszystko na choinkę... jeszcze włosy anielskie, bombki przechowywane troskliwie przez rok cały. Cukierki, pierniczki wypiekane przez mamę i kwiaty - gwiazdy betlejemskie, produkowane przez babcię. Pod tą choinką, gdy po kolacji wigilijnej tatuś stawał przy oknie i krzyczał... "Ooo... kolejna gwiazdka lśni na niebie...", wtedy pod tą choinką jakiś czarodziej zostawiał prezenty. I zaczynał się gorący wieczór uciech, zwłaszcza dla mnie :-) Potem jeszcze szło się za dom, gdzie w poprzedni dzień był już ulepiony bałwan* i dodawało mu się oczy z węgielków, nos z marchewki, buźkę z gałązki i i miotłę ze świerku. Na głowę czarny cylinder z kartonu i szalik zielony z włóczki, wydziergany przez mamę. Taka to była frajda.

Bałwan* - figura zrobiona ze śniegu, a śnieg, to opad atmosferyczny w postaci kryształków lodu ;-)) To wyjaśnienie, dla tych z nizin, którzy śniegu jeszcze nie widzieli, bo w górach nie byli ;-)))

II. Stół wigilijny

Na stole wigilijnym pod obrysem śnieżnobiałym, w jednym jego miejscu leżało pod nim sianko, symbolizujące ubóstwo w jakim urodził się Jezus. To sianko miało też sprowadzić dobrobyt na uczestników kolacji. Na stole, na lśniącej zastawie ze złoconą lamówką, obowiązkowych 12 potraw, opłatek. A przy stole, jedno puste miejsce  - dla gotowości przyjęcia dodatkowego, niespodziewanego gościa. Babcia wierzyła, że to miejsce dla kogoś niedawno zmarłego, którego dusza też chce brać czynny udział w świątecznym spotkaniu.

III. Śpiewanie kolęd, łamanie się opłatkiem,  chowanie do portfela łuski z karpia.

Nim wszyscy zasiedli do stołu, tato jako głowa domu brał opłatek do ręki i dzielił się nim po kolei ze wszystkimi, według hierarchii rodzinnej. A potem, każdy z każdym, wzajemnie. Wszyscy składali sobie najlepsze życzenia. Te życzenia obowiązkowo pod zawieszoną przy lampie jemiołą, która miała zapewnić pomyślność i odpędzać zło. Tato rozdawał też łuski, by każdy mógł schować sobie do portmonetki, aby przyciągały pieniądze. I wreszcie kolędy... każdy musiał choć fragment zaśpiewać swojej ulubionej. Ja się zazwyczaj migałam, ale nadaremno :-)

IV. Obowiązkowe 12 potraw

  1. Karp smażony w panierce niewielkiej, błyszczący masełkiem. Nie jadłam, bo przedtem widziałam go pływającego cały tydzień w wannie i byłam z nim zżyta. ;) 
  2. Sałatka śledziowa - ziemniaczki, jabłuszko, ogórek kiszony, cebulka drobno skrojona i to wszystko w śmietance (dzisiaj w greckim jogurcie). Tato nie jadł śledzi, bo miał do nich uraz. Będąc w obozie jenieckim , przez 4 lata jadł tylko śledzie ;-(
  3. Kluski z makiem i miodem tzw. makiełki - tylko babcia się nimi zajadała, uwielbiała słodycze. W nocy nawet cukier z cukierniczki wyjadała ;) 
  4. Karp w galarecie. Mama nie mogła jeść smażonego, bo chorowała na trzustkę, więc dla niej najlepsza była ryba gotowana. 
  5. Barszcz czerwony, na burakach wcześniej ukiszonych w wielkim glinianym garnku. Pokrojone buraczki, liście laurowe, ziele angielskie, skórki chleba i jabłko - i barszcz gotowy :-) Oczywiście jeszcze zioła, czosnek i grzybki suszone. Pycha bez grama octu. Mnie lekko, mama śmietanką zabielała.
  6. Uszka do barszczu, z farszem z leśnych grzybów, uzbieranych jesienią. I barszcz, i uszka, to moja ulubiona potrawa świąteczna.
  7. Kapusta kiszona, przyniesiona z piwnicy, bo wcześniej mama z babcią ją ukisiły, do tego grzyby. Tato lubił też kapustę z grochem. A groch, to szczęście w dom. 
  8. Kompot z suszonych owoców. Specyficzny w smaku i zapachu... doprawiany cynamonem, imbirem, goździkami, skórką z cytryny, gałką muszkatołową. Nikt specjalnie za nim nie przepadał, ale tradycji musiało stać się zadość.
  9. Pierogi z kapustą i grzybami. Podawane jako przysmażane na masełku. Lepiłam je jako dziecko... i być może teraz tak nie lubię robić tego ;) Za dużo tych ulepionych pierogów było ;) 
  10. Łazanki - kwadraciki makaronu, robionego ręcznie plus kapusta kiszona, gotowana i suszone borowiki. Kolejny przysmak w gębie. Do dzisiaj za nimi przepadam i robię nawet w ciągu roku. Nie czekając na święta.
  11. Makowiec, to była specjalność babci. Piekła, ale nie jadła, bo nie lubiła, jak jej mak wchodził w zęby (choć przy makiełkach jej to nie przeszkadzało ;)) ;-)
  12. Sernik. Tutaj specjalizowała się mama. Na spodzie półkruche cienkie ciasto, a na nim puszyste, serowe "niebo" o smaku migdałów. Z rodzynkami w środku. 

V. PREZENTY

Dla każdego co innego jest szczęściem, radością, najlepszym prezentem. Gdy byłam małą dziewczynką cieszyłam się i oczekiwałam prezentów. Bardzo byłam podekscytowana myślą, co tym razem przyniesie mi Święty Mikołaj, do którego listy pisałam. Pamiętam, że on nigdy mnie nie zawiódł w moich marzeniach. To byli moi rodzice. Teraz? Nie ma ich tu na ziemi. Teraz nie mam oczekiwań, choć są koło mnie inni Święci Mikołajowie, którzy bez pisania listów spełniają  moje życzenia. Cały rok, codziennie są dla mnie Święta,. Dzięki nim. A te według kalendarza Święta Bożego Narodzenia, to wyjątkowa możliwość wyjątkowego spędzenia wspólnego. Bo nic tak nie daje radości jak bliskie obcowanie z ludźmi, życzliwymi ludźmi. To dobrze wykorzystany czas. Przy tegorocznej kolacji powspominam w anegdotach, moją mamę, tatę. babcię, ciocię Martę... na wesoło... żeby byli z nami. Magia Świąt Bożego Narodzenia mi w tym pomoże.

ŻYCZENIA

W tym czasie przygotowań, potem wreszcie utęsknionych Świąt, gdy wszyscy przepełnieni jesteśmy miłością... zwłaszcza w tym roku, pamiętajmy, że " jest wiele rzeczy, na świecie, które możemy możemy zrobić nie licząc na zysk... do nich też należy życzliwość i dawanie sobie wzajemnie radości" Tak mniej więcej mówiła moja babcia, choć bardziej prosto. Uważam, że w życiu, to najważniejsze jest. Wszyscy możemy być Świętymi Mikołajami. I to nie od święta. Choć tęsknię za Świętami, takimi oprószonymi śniegiem, za twarzami z tamtych, minionych Świąt, to świadoma jestem zmian, wymian i pogodzona, że czas nie stoi w miejscu i cieszę się tym, co mam. Wdzięczna jestem! Najsmutniejsze jest to, że obudzę się w pierwszy dzień Świąt i stwierdzę zdziwiona: oo? nie jestem już dzieckiem - niestety;-). Na szczęście dziecko jest we mnie, bez względu na ten bieg wskazówek zegara. I życzę Wam, żebyście też tak mieli, żebyście szczęśliwi byli według własnego uznania:-)))






20:20:00

Adam i Ada... CZUŁOŚĆ*

Adam i Ada...  CZUŁOŚĆ*

ADAM i  ADA 

Ada siedzi oparta rękami o blat stołu. W dłoniach trzyma spuszczoną głowę. Jest wieczór sobotni. Nagle słyszy delikatny szmer przesuwanego krzesła. Podnosi głowę. Z niedowierzaniem, lekko przestraszona patrzy bez słowa - przed nią siedzi Adam.

- Skąd tu się wziąłeś, czy to sen? - cicho zapytała

- To nie sen, jestem tu, przyszedłem, bo smutna coś ostatnio jesteś - odpowiedział Adam

- Ale Ciebie nie ma, nie ma od przeszło 18 lat - Ada patrzyła zdezorientowana

- Zawsze byłem, jestem przy Tobie, ale teraz odczuwam, że Ci jestem bardzo potrzebny - cicho stwierdził Adam

- Pewnie już mi się coś w głowie kręci - smutno skinęła głową Ada

- Powiedz kochana czego Ci brakuje? Tak się tutaj rozglądam... wszystko masz, jak zwykle pięknie zagospodarowane, kwiaty i książki, ładna porcelana i Ty wyglądasz niezwykle pięknie, gdybym nie znał dokładnie Twojej daty urodzenia, nie dałbym Ci tych lat - Adam uśmiechnął się szczerze, nawet rozbawiony.

- Masz koło siebie wiele życzliwych ludzi, trafiają Ci się bardzo przyjemne rzeczy, a te złe, to przecież umiesz sobie z nimi radzić. To czemu taki smutek od Ciebie bije?

- ............................

- Nie milcz, powiedz... tęsknisz za przeszłością? Jakieś wyrzuty sobie czynisz? Nie umiesz pogodzić się z upływającym czasem? Odezwij się wreszcie. - Adam był lekko zniecierpliwiony, lecz cały czas wyjątkowo spokojny.

- Nie. Niczego mi nie brakuje. Wszystkiego aż nadto mam. W miarę upływu czasu nie ma się już oczekiwań wielkich. Spokoju bez bólu tylko by się chciało i nic więcej.

- Spokoju nie masz, kto Ci przysparza trosk i zmartwień? To przez te bóle taka zmęczona i smutna jesteś? 

- Nie. Sama nie wiem.

- Spróbuj odpowiedzieć - nalegał Adam

- Dzieci mają swoje rodziny i życia. Przecież wiesz. Nie obarczają mnie swoimi problemami ani ja ich swoimi. Mam co robić, mam swoje pasje, mam Agatkę... wiesz, że Agatka jest już mężatką i będzie miała córeczkę? - na moment rozjaśniło się lico Ady i rozbłysły jej oczy.

- Tak, obserwowałem ich, wyglądają na szczęśliwą parę. Ostatni raz widziałem Agusię (tak blisko), gdy miała 2 latka. Tak ten czas mija.

- Wiesz wszystko, więc o co pytasz i po co nagle się pojawiłeś? Boję się.

- Przestań. Czy kiedykolwiek Cię skrzywdziłem?

- Nie. Nie, tylko niepotrzebnie zazdrosny głupio byłeś? I przede wszystkim odszedłeś sobie... wygodnicki jeden ;)

- Może potrzebnie, może nie, jakie to teraz ma znaczenie? Jak Ci mam pomóc? Czego oczekujesz ode mnie?

- Ja od Ciebie? Nic. Nie zaprosiłam Cię tu. Sam przyszedłeś, choć pewnie śni mi się to teraz. Zaraz obudzę się.

- Przyszedłem. Jestem by Cię pocieszyć. Zbliżają się Święta, wybierz prezent jaki chciałabyś otrzymać.

- Kpisz sobie, co Ty możesz mi ofiarować? Przecież Ciebie nie ma. Leżysz na cmentarzu. O rany, ja chyba wariuję... rozmawiam z duchem? Muszę się obudzić!

- Uspokój się Aduś kochana, to nie sen, ja tu jestem z troski o Ciebie, bo dawno nie widziałem Ciebie radosnej, spokojnej... chcę Ci pomóc. Daj sobie pomóc. Uwierz mi, że sprawić mogę byś wróciła do  siebie sprzed lat, bez smutku w twarzy i łez w oczach.

- Obiecywałeś mi jak dziecku, że wszystko będzie pięknie i trwało długo, a to długo, to już zrobiło się krótko bardzo. Długie to ja mam boleści, krótkie chwile bez nich i w lutym będzie... 19 lat bez Ciebie. Bez osoby, która wierzyła we mnie, kochała mnie.

- Nie planowałem tego - zwiesił głowę Adam

- Przepraszam. Jestem ostatnio rozdrażniona. Wszystko tak się zmienia. Mimo tych zmian dawałam radę i szczęśliwa jestem, tylko...? Tylko brakuje...

- Mnie? - Adam uśmiechnął się pod nosem.

- Nie. - poważnie odpowiedziała Ada patrząc w jego dziwnie zamglone oczy. - Twoje ego ciągle takie samo - mruknęła pod nosem Ada. Zaraz szybko dodając - przyzwyczaiłam się już do tego, że Ciebie nie ma. Nawet tej nieobecności. Tak naprawdę nie ma dnia, żebym nie przypominała sobie naszych wspólnych chwil, zdarzeń, do dziś używam Twoich powiedzonek i Twój czarny humor z niezbędną ironią, też przy mnie pozostał. Właściwie w moich myślach jesteś ciągle żywy... - Ada spojrzała niedowierzająco na Adama... tzn. już sama nie wiem jak to powiedzieć. Po prostu nie myślę o Twojej nieobecności, takiej końcowej... raczej w ten sposób, jakbyś był w podróży. O rany, odwala mi, co ja tu klepię!!! 

- Gdy Cię poznałem miałaś 17 lat. - niezrażony wybuchem Ady, przypomniał Adzie ich początki.

- A Ty 32... byłeś moim nauczycielem. Magister towaroznawstwa ;-) Dobrze się na mnie poznałeś :-))

- W pewnym momencie uczeń przerósł mistrza. Byłem dumny z Ciebie.

- Tak wiem, mówiłeś mi o tym :) Wiele życzliwości od Ciebie otrzymałam i czułam, że jestem najważniejsza, mimo wszystkiemu i wszystkim. 

- Muszę już wracać, powiesz czego Ci potrzeba?

- Nigdy nie pytałeś jaki prezent mi sprawić, by ucieszył mnie, trafiałeś w sedno :))

- Teraz jest inaczej, nie zauważyłaś zmiany sytuacji :) ? Adam zaśmiał się, lecz z jego oczu, tych zamglonych... wyraźnie bił smutek.

- Potrzebuję Twojego ciepłego policzka, zimnego ucha i kpiącego uśmiechu. Potrzebuję CZUŁOŚCI. Codziennej, niezmiennej, aż nudnej w swej obecności. - spontanicznie, jednym ciągiem wypowiedziała się Ada. -  Dasz mi ją, zostawisz pod świątecznym drzewkiem? Adam? - głośno zawołała

- ................................................................

- Już się ulotniłeś? Tak, to na pewno Ty byłeś. Nic się nie zmieniłeś. Zawsze uciekałeś, gdy najpotrzebniejszy byłeś ;-))

CZUŁOŚĆ - delikatna serdeczność, troskliwe głaskanie, prawdziwe zainteresowanie. Podstawowa potrzeba człowieka wywodząca się już z relacji matki z dzieckiem. Potem przekazywana dalej.

Taka skromna odmiana miłości, wrażliwość na drugiego człowieka, któremu się nic nie przysięga, tylko dla niego jest odczuwaniem głębokim, tego co w jego sercu, głowie. Czułość to umiejętność przekazywania poczucia bezpieczeństwa. Tkliwość, rozrzewnienie, zmiażdży każdą obojętność i pocieszy samotność.

To czułość zrozumie zlekceważenie, krzywdę naprawi, niechęć odtrąci. Obojętność, brak empatii są ogromne i tylko czułość niewymuszona jest tym, co człowiekowi od początku do końca jego istnienia jest potrzebne. Młodzi ludzie, gdy się zaczynają spotykać i poznawać, ze sobą oswajać, gdy jeszcze młodzi i piękni są. I później gdy fascynacja największa mija, ale mają w sobie tyle czułości, że wzajemnie przed sobą otwierają swoje strefy komfortu i wtedy nic, absolutnie nic ich od siebie nie oderwie. Czuły dotyk, słowo, spojrzenie - to dowód przywiązania, więzi, uczucia, emocji serdecznych.

ADAMIE! Byłeś tu? Pod świątecznym drzewkiem zastanę CZUŁOŚĆ? 

Potrzebuję jej! 

CZUŁOŚĆ* autorka tego tekstu doświadcza czułości ;-)) i może obdarzać nią innych bez ograniczeń :-))



13:08:00

Pięć moich największych wad i jak z nimi walczę

Pięć moich największych wad i jak z nimi walczę

WADY NA KAŻDYM ETAPIE ŻYCIA

Na każdym etapie życia mamy inne wady. Te wady są najczęściej największą przeszkodą w naszym życiu. W miarę upływu lat zaczynamy zdawać sobie sprawę z tych wad i wyciągamy z nich wnioski. Uczymy się z nimi walczyć. Czasem sami sobie nie dowierzamy jak mogliśmy się wplątać w tę spiralę własnych słabości. Czasem śmiejemy się z nich, a czasem po prostu nam wstyd. Tyle w życiu popełniłam błędów, że wystarczyłoby na cały pułk wojska. Ale szczęścia też miałam tyle, że wykaraskałam się z części tych błędów, które popełniałam. Sama się w nie wplątywałam, bo wady miałam. Te wady, nie kto inny, ani nic innego, to one mnie na nieprzyjemne sytuacje skazywały. Co tu dużo mówić... najczęściej jest tak, że sami dla siebie jesteśmy przeszkodą, bo zatwardziali jesteśmy w swoich przekonaniach na przykład i nieugięcie trzymamy się ich. Nie pozwolimy sobie niczego przetłumaczyć. Najmądrzejsi jesteśmy. Tak na ogół człowiek młody ma, że wszystko wie najlepiej. I co? Skutki z czasem są takie, że nie pomoże już nawet przysięganie poprawy, naprawy... mleko się rozlało i trzeba poprosić krówkę, żeby dała nowe.

Łatwo tak poniewczasie wysnuwać takie tezy. Na bieżąco. świadomie zdałoby się przyjąć do siebie jakie wady się ma i zamiast nauczyć z nimi żyć, to powalczyć. Powalczyć, by łatwiej samemu z sobą nam się żyło. Choć to trudne jest. Jako właścicielka byłych, niebyłych i teraźniejszych wad, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. 

TO TERAZ PRZYZNAJĘ

obecnie najbardziej wkurzam się, że:

1. Wszystkim przejmuję się nad wyraz, niepotrzebnie. Tak samo przeżywam śmierć wróbelka znalezionego na chodniku, jak kogoś kogo znałam przed laty, jak osoby z pierwszych stron gazet, jak pisarza, aktora, bezdomnego, o którym teraz trąbią media, publicysty, nawet polityka ;) Ale też tym co na świecie się teraz wyrabia. Staję się neurotyczna, przewrażliwiona, boli mnie głowa i nie mogę spać. A przecież wiem, że walka z czymś co nieuchronne, jak np. śmierć...  jest idiotyczna. Jak i to, że przejmowanie się tym, na co wpływu nie mam żadnego. Walczę z tym. Zawsze staram się znaleźć dobre strony w najgorszej nawet sytuacji. Bo jak mi prawiła babcia, wszystko po coś jest. Tylko trzeba się na zimno temu przyjrzeć. Ze wszystkiego można naukę wyciągnąć, Ale to takie gadanie. Osobiście trudno przychodzi mi to tłumaczenie. To jest porażką człowieka, gdy za bardzo przykleja się do rzeczywistości i nie potrafi odpłynąć od niej, rozluźnić się. Tacy politycy mają wprost odwrotnie, w ogóle nie czają teraźniejszości i tego, że nie sami na tym świecie się poruszają ;-)

2. Ostry, niewyparzony język mam i często używam go. Nie mogę się wprost opanować, gdy krzywda mi się dzieje, lub komuś obok i ja to zawsze muszę ostro ripostować, tak że tej drugiej osobie w pięty leci, jak moja riposta do niego doleci. Nie potrafię trzymać języka za zębami, nie potrafię być obojętna. A jak ktoś z tej przyczyny wejdzie ze mną w spór, to już lecę równo. Gdy głowa walczy z niemocą, to moje usta przychodzą z pomocą. Czasem taki niewyparzony język przysparza kłopotów. Ale trudno, nie pozwolę sobie wejść na głowę. U mnie to łączy się z godnością, której nie mogę sobie pozwolić na zszarganie i dlatego staję w jej obronie. A skoro ludzie prostego języka nie rozumieją, zachować się nie potrafią, to trzeba ostrzejszego użyć sformułowania. Czasem też duszę się wśród jałowych, nic nie kumających głów, więc aby nuda mnie nie przydusiła, albo co gorsze w rozwoju mym nie cofnęła...wtedy tylko terapia szokowa skutkuje. I albo zyskuje się się przyjaciela, albo nie ma martwić się czym :-)

3. Wady nie określają człowieka, tylko to jak z nimi człowiek walczy. Z moim lenistwem, które czasem mnie dotyka, wtedy gdy ból nie tyle mnie dotyka, co na podłogę spycha i ryczę z bezsilności w te panele... że tak nie może być... nie będzie rządził mną ten gość. I wstaję z wszystkich sił i wytyczam sobie małe plany, małe kroczki, by dojść do dużego kroku, by zapomnieć o wszystkim co złe. Tłumaczę sobie, że za Stara już jestem, żeby tracić czas, więc muszę wykorzystać go na 100% i jeszcze więcej, bo kiedyś żałować, że w tak nierozsądny sposób go straciłam. A przecież mniej go mam niż dwadzieścia lat temu. Stało się, trudno, to co było minęło i teraz w tym innym czasie trzeba znaleźć inne możliwości na realizowanie swoich założeń w zmienionej rzeczywistości. Czasem łatwiej, czasem z większym trudem mi to przychodzi, ale dzielnie próbuję ;-)) gdy leń przydusi mnie, to mówię: nie jesteś seksownym facetem byś mnie obłapiał, więc spadaj :-))

4. Skłonność do oszukiwania. I oszustów nie muszę daleko szukać. Sama siebie oszukuję i to w tylu sprawach, że trudno tu wszystkie je wymienić. Zaklinam rzeczywistość, pocieszam się, udaję kogoś innego nie chcąc przyznać się do swoich błędów. Nie chcę widzieć, słyszeć prawdy, choć mam jej świadomość., w różowych okularach, staram się zobaczyć ją inaczej. Uciekam przed nią, tą prawdziwą. Z różnych powodów... bo jest zbyt bolesna, bo nie chcę jej do siebie dopuścić, bo jej nie znoszę, boję się. I tak okłamując siebie, dochodzę do momentu, że inni też mnie oszukują. A przecież tego nie chcę. Czas spojrzeć w lustro nie przez pryzmat dokonań i pragnień, ale szczerze, bez przypudrowywania wizerunku, bez perfum...i nazywać wszystko po imieniu... prawda jest taka... fałsz taki. I z taką rzeczywistością świadomie żyć. Złudzenia są wygodne. Dają poczucie bezpieczeństwa. Jesteśmy z siebie zadowoleni i w tym samym momencie przestajemy o siebie walczyć, bo z samozachwytu, stoimy w miejscu. Muszę z tym sobie poradzić, przecież nie chcę przez swoje wygodnictwo sama siebie do siebie zrazić.

5. W rezultacie nie wiem czy to do końca jest wada ;-) Jestem zarozumiała. Ale nie w tym aspekcie, że wszystko wiem lepiej, że się wywyższam, że uważam za kogoś lepszego... odczuwam to raczej jako pewność siebie, która jednak może być jako zarozumialstwo postrzegana. Ani pyszałkowata, ani arogancka, nieprzystępna, przemądrzała nie jestem. Ale przyznaję, że mimo pogiętego kręgosłupa, to wysoko noszę głowę. Uśmiecham się, zagadam do każdego bez względu na wiek i piastowany stołek... staram się być miła, nie sprawia mi kłopotu uśmiechnięcie się do każdego. A jednak, coś we mnie jest, coś takiego, że starsza córka Baronową mnie nazywa ;))) Wytworzę w sobie więcej pokory, ale głowy i tak nie spuszczę. Nie będę patrzyć na czubki swoich butów, tylko każdemu prosto w oczy. 

ALE TO JUŻ BYŁO i nie wróci więcej :-))

Byłam kiedyś bardzo ciekawska, a to przekleństwem stało się mym. Złośliwość też przerabiałam, wybaczać nie umiałam, tolerancji mi brakowało, zrozumienia nie dawałam, brak pokory itd. to destrukcyjnie na mnie wszystko działało i życie utrudniało. Nim sobie to uświadomiłam, nim w sobie swoje wady zobaczyłam, nim innych przestałam oceniać, a siebie jak najbardziej przesadnie dobrze doceniać - to upłynęło sporo czasu. Czasu, który, gdy niekoniecznie dobrze postępowałam, nie musiałabym teraz uważać za stracony...  już nie do odrobienia czas.

NIE NASZE WADY, POWINNY KIEROWAĆ NASZYM ŻYCIEM

Wady potrafią udaremniać plany, cele najbardziej szlachetne i dlatego w porę należy zastanowić się, co w sobie zmienić... dla własnego dobra. Po latach doświadczeń bardzo wielu, nieraz dziwnych nawet... wiem, najważniejsze jest to, by patrzeć sobie bez wstydu w lustro. I nie chodzi mi tu o wygląd twarzy, lecz o oczy... co w tych oczach zauważymy. I w porę się nad sobą zastanowimy:-)

W swoich widzę ostatnio lęk.... bliżej niesprecyzowany... muszę wybyć się go. Przecież nie jestem tchórzem :))





22:54:00

O dresach raz jeszcze ;)

O dresach raz jeszcze ;)

Dresy, dresy i jeszcze raz dresy… Niedawno pokazywałam Wam dresy z Femme Luxe. Spodobały mi się tak bardzo, że zdecydowałam się zamówić w ramach współpracy kolejne trzy zestawy. W kolorze nazwijmy to camelowym, śmietankowym i czarnym. Idealne po domu, gdy pewnego dnia przestaje nas zadowalać wyciągnięta koszulka oraz sprane legginsy, świetne na spacer po lesie czy na szybkie wyskoczenie po zakupy / do sklepu. Osobiście bym w nich np. nie myła kabiny prysznicowej, czy nie przeprowadzała gruntownych porządków… trochę szkoda marnowania i ryzykowania zniszczeniem ubrań tak dobrej jakości 😉

A jakość jest naprawdę super! 65% bawełny, niezwykle mięciutkie i wygodne zestawy składające się z bluzy z kapturem oraz spodni z kieszeniami. Bluza jest odrobinę krótsza, jednak u mnie przy wzroście 170 cm założona ze spodniami nie odsłania brzuszka, który lepiej, żeby pozostał w ukryciu 😉 Posiada z boku ściągacz, więc jeśli macie tylko ochotę odsłaniać brzuch…. Możecie ją ściągnąć na maksa i tym samym chwalić się większymi lub mniejszymi mięśniami brzucha 😉 Spodnie mają sznureczek, dzięki któremu możemy delikatnie regulować, to jak układają się na ciele. Nogawki zwężają się na dole, pięknie opinając kostki. Jedynie co… to może nie do końca podobają mi się te wystające prążkowania na spodniach 😉

Najuniwersalniejszym kolorem tych dresów jest oczywiście kolor czarny, choć przyznam… że kolorystycznie – tak zupełnie poza mną, moją karnacją i nie patrząc na to jak w nim wyglądam najbardziej podoba mi się kolor camelowy. Zestaw w kolorze śmietankowym – szczerze mówiąc spodziewałam się, że będzie bliższy białemu – patrząc na zdjęcia widniejące na stronie. Tym bardziej kolor tego zestawu był dla mnie zaskoczeniem – choć niekoniecznie złym 😉 Taki śmietankowy dres zdecydowanie wynoszę bardziej niż biały, na którego ubieranie zdecydowałabym się głównie wiosną, jeśli chodzi o wyjścia poza dom 😊

Czarny zestaw -  Black Boxy Cropped Hoodie Cuffied Joggers Loungewear Set - Calleigh 




















To co Wam już kiedyś pisałam, to kwestia, że zamawiając ubrania z Femme Luxe warto sprawdzać tabelę rozmiarów i profilaktycznie wybierać odzież z pozoru większą. U mnie taki system zamawiania się sprawdza 😉 Tylko raz miałam taką sytuację, że jedna rzecz przyszła dużo mniejsza niż miała być. Przypuszczam, że był to jednak jakiś błąd na linii produkcyjnej – tak samo z ciekawostek… jeden z tych zestawów dresowych nie ma metki Femme Luxe na bluzie, z kolei drugi ma tylko połowę matki informującej o składzie oraz praniu.

Widziałam na stronie, że te konkretne dresy występują także w kolorze szarym… oj nosiłabym takie! 😊 Może kiedyś wpadną w moje łapki 😊

Takiej odzieży domowej / loungewear na stronie Femme Lux jest naprawdę mnóstwo! W bardzo bogatej gamie kolorystycznej – więc nie tylko fani klasyki i koloru czarnego znajdą coś dla siebie 😊 Buszując po tych zestawach / loungewear set zachwycają np. zestawy w kratę, czerwone dresy z lampasami czy nawet dresy, w niedawno jeszcze tak modnym kolorze lilakowym 😊

Wszystkie te zestawy dresowe / lounge set otrzymałam w ramach współpracy, jednak opinia, którą się z Wami dzielę jest bardzo szczera 😊 Czarny dres mam już od dawna i stał się zdecydowanie moim ulubionym strojem po domu i gdy chcę szybko wylecieć do piekarni - w odpowiednich godzinach 😉Co więcej… nic nie stało się z nim także po praniu, co było dla mnie dużą ulgą. Zaskakujące jest także dla mnie, jak szybko paczki z Femme Luxe do mnie dochodzą – mija tydzień od złożenia zamówienia, a ja już mogę się cieszyć nowymi ubraniami, które nie reprezentują sobą tzw. chińskiej jakości.

Nigdy nie myślałam, że stanę się wielką fanką dresów i tym podobnych rzeczy… ale gdy patrzę na to jakie cuda można wśród nich znaleźć – jak np. zestawy dresów z falbanką – zachwycam się 😉 Te pokazane dzisiaj przeze mnie można kupić na stronie oryginalnie za niecałe 50 funtów, obecnie są jednak w promocji za niecałe 30 funtów… ceną więc nie odstają od ubrań dostępnych w sieciówkach znanych nam z polskich galerii handlowych. Ich jakość sprawia jednak, że zdecydowanie patrzę na nie przychylniejszym okiem… niż na te widziane na sklepowych półkach. Oczywiście tu nie mamy możliwości przymierzenia rzeczy przed zakupem. Gdybym mieszkała w UK – wtedy z pewnością zaopatrywałabym się samodzielnie w odzież z Femme Luxe – tym bardziej, że widziałam, że wtedy zwroty odbywają się nawet w przypadku po prostu źle dobranego rozmiaru – bezproblemowo.

A Wy? Nosicie dresy? Czy też nawet po domu, w grę wchodzą jedynie dżinsy lub sukienka? 😉

15:06:00

Pomysł na jajka z pomidorami

Pomysł na jajka z pomidorami

Dzisiaj kulinarnie ;) W ostatnim tekście o wolnej niedzieli wspomniałam Wam, że na śniadanie przygotowałam wyjątkowe (dla siebie ;)) jedzonko z jajek, cebuli, czosnku, pomidorów i przypraw ;) Dziś chciałabym się z Wami podzielić swoją wersją jajek w pomidorach (czy też szakszuki) ;) Niezwykle aromatycznym i pysznym w moim odczuciu daniu ;) 

Składniki: 

  • 1 mała cebula
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 puszka krojonych pomidorów
  • 3 jajka 
  • 1/4 lub nawet 1/3 pęczka pietruszki (zależy jak lubicie ;)) 
  • 1 porządna łyżeczka przyprawy: suszone pomidory z czosnkiem i bazylią (dostępna np. w Biedronce ;) lub szczypta czosnku granulowanego i 1/2 łyżeczki bazylii
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki mielonej
  • szczypta ostrej papryki mielonej
  • szczypta soli x2
  • szczypta pieprzu x2
  • odrobina oleju do podsmażenia cebuli i czosnku

Przygotowanie: 

Siekamy drobno cebulę i czosnek, przysmażamy na patelni ze słodką i ostrą papryką, pieprzem i solą. Gdy cebula z czosnkiem zostaną już podsmażone, wlewamy na patelnię pomidory. Dodajemy suszone pomidory z czosnkiem i bazylią. Całość mieszamy :-) Czekamy aż sok z pomidorów w większości odparuje. Gdy to nastąpi - robimy trzy wgłębienia w masie i w każde wbijamy po jednym jajku. Jajka doprawiamy odrobinę solą i pieprzem. Siekamy pietruszkę i posypujemy nią całość :) Przykrywamy patelnię pokrywką na ok. 6-10 minut w zależności od naszej kuchenki i tego jak bardzo ścięte jajka lubimy. Dla mnie najlepsze są takie z rozpływającym się żółtkiem i ściętym białkiem. Na to nie ma gotowego przepisu, który sprawdzi się u każdego ;-) Trzeba obserwować ;) 

Uważacie, że jajka ścięły się już dostatecznie? ;) Można więc zabrać się do jedzenia :) Polecam wcinanie prosto z patelni postawionej np. na talerzu lub jakiejś podkładce, tak żeby nie uszkodzić stołu ;) 

Podsumowując... 

To danie z pewnością nie przypadnie do gustu każdemu, ale ja... pokochałam je od pierwszego kęsa ;) Tanie, szybkie i będące świetną alternatywą dla typowych śniadań ;) czy po prostu jajek sadzonych :) Zamiast pietruszki można dodać oczywiście świeżą bazylię lub inne lubiane przez nas zielone co nieco ;) Do mojego podniebienia pietruszka przemawia jednak świetnie ;-) Ach! Aż zgłodniałam :) 

Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger