21:43:00

Kosmetyczne denko (nie)Starej i Młodej Kobiety #2

Kosmetyczne denko (nie)Starej i Młodej Kobiety #2

W naszych łazienkach pojawiły się kolejne zużyte produkty, więc to dobry moment, żeby Wam co nieco o nich opowiedzieć ;) Dzisiaj tylko sześć, aby nie przytłoczyć Was tą ilością, bo tutaj wyznaję zasadę jak z jedzeniem, że lepiej częściej..., ale mniej ;) 

Rozstrzał cenowy kosmetyków bywa naprawdę ogromny! Jednym z produktów, które możemy kupić w naprawdę różnych cenach jest kultowy już tusz do rzęs Loreal Paris Volume Million Lashes Classic. W Rossmanie (który często stanowi dla mnie swego rodzaju odniesienie, ponieważ jest chyba drogerią, z której większość osób najczęściej korzysta stacjonarnie...) kosztuje w regularnej cenie 65,99 - zresztą tak samo w Hebe. Obecnie jednak w Rossmanie jest za 44,99, a w Hebe za 26,39 i choć to bardzo dobry tusz do rzęs, z którego jestem ogromnie zadowolona... to jednak nie o nim dzisiaj, bo jeszcze go nie zużyłam, ale o produkcie, który jego zakupowi towarzyszył ;) 

Demakijaż Łagodny płyn do oczu i ust Loreal Paris



Moja maskarę Loreal zobaczyłam na wyprzedaży w Hebe wraz z tym płynem do demakijażu za jakieś 23 złote w sumie - to była chyba jakaś przecena świątecznych zestawów prezentowych :) Ucieszyłam się bardzo! Bo maskara nawet w promocji nie należy do najtańszych, zresztą płyn do demakijażu... jest jednym z droższych, ponieważ w regularnej cenie trzeba za niego zapłacić aż 20 złotych za 125 ml (obecnie w Hebe jest za 14 złotych). 

I napiszę Wam tak... gdybym jeszcze raz trafiła na ten zestaw w tak okazyjnej cenie - wzięłabym od razu parę opakowań, tak na zapas ;) Przede mną długie życie:-))

Płyn jest świetny! Bez problemu radzi sobie z demakijażem nawet wodoodpornego makijażu, nie zostawia tłustej warstwy i co dla mnie najważniejsze nie podrażnia oczu ;) Nie trzeba nim "szorować" twarzy, żeby skutecznie pozbyć się malunku (oczywiście jeszcze po tym, jeszcze myję buzię żelem, a świadomość pozbycia się w pełni tuszu z rzęs i nawet najbardziej wytrzymałych pomadek z ust... cieszy ;)) Jest dwufazowy, nie wysusza ust ani skóry twarzy - za co ma u mnie ogromny plus :) Delikatnie odświeża buzię. 

Jego największą wadą jest to, że nie jest wydajny. I przy tej regularnej cenie za produkt... jest to ogromna wada :/ Ale  w okazyjnej kwocie, świetnie nada się np. do zabrania ze sobą w podróż :)

Działanie: 5/5
Moja ogólna ocena: 4/5 (biorę tu pod uwagę także cenę i wydajność)

Natural Line Spray - pielęgnacja do włosów - wzmocnienie 



Ten produkt Ala wyczaiła na promocji w Carrrefourze (ona w ogóle ma nosa do wszelkich promocji;-)), za 6,99 zamiast 15,99 (w internecie można go znaleźć jedynie za 21 złotych). Skusiła ją zawartość oleju z migdałów, brak parabenów i silikonów, a że ma długie włosy, które codziennie myje.. to takie produkty bardzo szybko u niej schodzą. Według producenta spray ma nadawać włosom połysk, witalność, zapobiegać ich wypadaniu, wzmacniać je i chronić. 

W rezultacie wg Ali, nie robi kompletnie nic. Nie ułatwia nawet rozczesywania. Miała problem, żeby wymęczyć do końca ten płyn, ponieważ jak na złość... jest bardzo wydajny i zużyć te 250 ml to było naprawdę wyzwanie:-) Z plusów wymieniła jedynie fakt, że przez ten cały baardzoo długi czas stosowania - dyfuzor się nie zepsuł ;) 

Bardzo rzadko zdarza się, żeby kategorycznie powiedziała, że do jakiegoś produktu nigdy nie wróci... do tego nie wróci nawet jeśli będzie na wyprzedaży za 2 złote ;) 

Ocena Młodej Kobiety: 1/5

Płyn do higieny jamy ustnej i zębów Lacalut Aktiv



Płyn Lacalut to produkt, który został polecony Alicji przez dentystę ze względu na to, że posiada bardzo wrażliwe dziąsła. Nie zawiera alkoholu i ma stanowić codzienną ochronę przed parodontozą, próchnicą i przede wszystkim krwawieniem dziąseł, z którym i u Ali, i u mnie był problem. Kosztuje ok. 14 złotych.  Płyn można stosować, kiedy tylko sobie wymarzycie. Przed, po myciu zębów lub niezależnie od tego.

Nie posiada alkoholu i w przeciwieństwie do np. Listerine nie podrażniał naszych dziąseł i nie powodował takiego skręcania / sztywnienia jamy ustnej. Obie stosowałyśmy do płukania mniejszą dawkę niż 10 ml, jednak zdecydowanie wystarczającą ;)  Jest bardzo wydajny (mimo swoich zaledwie 300 ml), łagodny i świetnia odświeża jamę ustną. 

Problem nadwrażliwości  dziąseł został u nas zminimalizowany, jednak nie wiemy czy była to kwestia płynu - czy też połączonej pielęgnacji - czyli stosowania płynu i pasty do zębów Lacalut, która jest jeszcze jednak na tzw. "wykończeniówce". U mnie to pewnie przeterminowanie:-)))) całości;-))))
Ale nie można się poddawać;-)
Naszym zdaniem: warto go szukać w promocji (regularna cena to ok. 20 złotych) i regularnie stosować :) Nie jest agresywny i to jego ogromny plus! 

Ocena (nie)Starej i Młodej Kobiety: 5/5

Żel pod prysznic Cherry & Almond 



Żel dorwany w Rossmanie na wyprzedaży za jakieś 3 złote, oryginalnie kosztuje ok. 7 złotych. :) Ma wspaniały zapach soczystych wiśni. Uff:-)) Zapach utrzymuje się chwilę na ciele, a w samej łazience dłużej :) 

Przezroczyste opakowanie, stawianie żelu jakby na "wylocie" sprawia, że mamy szansę zużyć go do końca i co najważniejsze dostrzec, że się kończy. :) W miarę ładnie się pieni - jego minusem może być jedynie to, że posiada dosyć rzadką konsystencją i trzeba go wyczuć tak, żeby niepotrzebnie nie wylewać go za dużo - a o to naprawdę łatwo!

Piękny owocowy zapach, myje jak to ma myć żel - ani nie robi krzywdy, ani nie pielęgnuje :) Funduje jednak wspaniałe zapachowe doznania! 

Ocena (nie)Starej i Młodej Kobiety: 5/5 

Maska do stóp w postaci skarpetek Fusswohl z masłem shea, aloesem i olejem makadamia



Po zastosowaniu tych skarpetek - skóra na stopach ma się stać miękka i elastyczna. Skarpetki jak to skarpetki... ogółem mają w porządku formę, ale... ten produkt nic specjalnego stopom nie robi ;) Ala dostała je w prezencie jako wyposażenie przyszłej panny młodej, żeby mogła się przed ślubem zrelaksować ;) I fakt... to był dla niej relaks, ale nie miał w sobie prawie żadnych właściwości pielęgnacyjnych. Stopy faktycznie były odrobinę bardziej nawilżone... ale nie więcej niż byłyby po zastosowaniu kremu do stóp. W dodatku jest to produkt stosunkowo drogi - skarpetki kosztują ok. 10 złotych i zdecydowanie nie są tego warte. Jeśli już jednak pojawiły się w Waszej łazience... uważajcie przy ich stosowaniu, ponieważ każdy bąbel, obtarcie, najmniejsze przerwanie ciągłości skóry... będzie powodowało niesamowite pieczenie!

Ocena Młodej Kobiety: 1.5/5 (ta połówka to za działanie podobne do działania kremu do stóp ;))

Żel pilingujący do ciała z olejkiem arganowym 



Produkt marki Auchan, kupiony w nim na wyprzedaży za 3 złote :) Wydajny, z dosyć sporą ilością drobinek pilingujących. Można go nazwać takim pilingiem o średnim natężeniu pilingującym :) Posiada odrobinę pudrowo - kwiatowy zapach, który świetnie rozpieszcza zmysły podczas kąpieli :) 

Masaż wykonany rękawicą, jakąś gąbeczką z użyciem tego żelu daje świetne efekty oczyszczające, odświeżające, wygładzające, nawilżające. W połączeniu z jego zapachem: czysty relaks!

Stosowałyśmy ten żel obie z Alą w różnych wersjach kolorystyczno - zapachowych i zawsze byłyśmy zadowolone :) Jest to produkt, po który z chęcią sięgamy, gdy chcemy dobrze oczyścić, wymasować nasze ciało, a jednocześnie nie chcemy go katować konkretnymi zdzierakami pokroju tych z Organic Shop. 

Jedyny minus, jaki może mieć ten produkt.. to opakowanie - zdecydowanie podnoszone wieczko, a nie takie śliskie, trudne do odkręcenia pod prysznicem, gdy mamy mokre dłonie... sprawdziłoby się lepiej :) 

Ogólna ocena (nie)Starej i Młodej Kobiety: kategorii żeli z porządnymi drobinkami peelingującymi: 5-/5

___________

Dzisiaj byłoby na tyle, a już niedługo "widzimy się" przy kolejnym poście :) ... będzie się działo:-))

09:35:00

Kombinezon i maska*, czyli osłona w zetknięciu z toksycznością

Kombinezon i maska*, czyli osłona w zetknięciu z toksycznością

Ta strona powinna nazywać się Stara Kobieta i Ja... vel Jak wystrzegać się toksycznych ludzi, z racji tego, że o toksycznych ludziach i tym, że warto ich wykreślić ze swojego życia... tekstów było już pełno.
Jednak były to teksty z dawką idealizacji życia, która zakładała, że to zawsze my decydujemy kogo do naszego życia zapraszamy, że w razie czego możemy odwrócić się na pięcie i trzasnąć drzwiami, milej lub mniej miło odpowiedzieć. Ripostą potrząsnąć.
Jednak... życie niestety nie jest tak czarno - białe i proste. Czasami trafiamy w otoczenie osób, które choć parzą swoją toksycznością, wyżerają nam wnętrzności drzemiącą w nich żółcią, rozpuszczają nasze poczucie humoru i uśmiech równie dobrze i skutecznie jak kwas fluorowodorowy rozpuszcza metal... to jednak nie możemy po prostu pokazać im f*** y** i odsunąć się (lub odepchnąć ich ;)) na bezpieczną odległość), choć bardzo byśmy chcieli ;) Ewakuować, odsunąć się od wypalającego środka chemicznego, tylko jesteśmy zmuszeni chociażby wdychać te trujące opary... 

Aby uniknąć jak najgorszych konsekwencji związanych z kontaktem z trującymi / toksycznymi / silnie żrącymi, osobami... ja Stara Kobieta, polecam (i zalecam) zaopatrzyć się w porządny kombinezon, rękawiczki i maseczki (tak popularne teraz), najlepiej jeszcze dodać do tego porządne gogle; No, ale mówiąc skrótowo: potrzebny będzie solidny kombinezon i maska (tak by nie zaszkodziły nam nawet opary). I bynajmniej nie chodzi o koronawirusa, lecz o mentalne zachowania innych osób, które mogą doprowadzić... nawet do bardzo przykrych sytuacji, wręcz tragicznych jeśli jest ktoś słabej, wrażliwej konstrukcji.

Kombinezon...

K - Konfrontacja. Łatwiej jest dokonać konfrontacji z człowiekiem spotkanym na ulicy czy w komentarzu na tekst napisany w internecie. Trudniej jest w codziennym życiu z ludźmi, z którymi być może jeszcze kilka lub kilkanaście razy Wasze drogi będą musiały się w życiu złączyć. Najczęściej nie decydujemy o składzie rodziny, zespołu w pracy, nie wybieramy szefa ani obsługi w pobliskiej piekarni, która jako jedyna w okolicy sprzedaje nasz ulubiony chleb. Konfrontacja nie zawsze załatwi sprawę, bo choć powinnyśmy być silni i niezależni, to jednak... czy zawsze jesteście gotowi zmienić pracę lub zrezygnować z kupowania ulubionego chleba (i tym samym z jego spożywania ;))? 

O - Ostracyzm nas spotyka. Ale należy to olać. Nie doprowadzasz do konfrontacji? W zależności od sytuacji będzie mniej lub bardziej uzasadniona decyzja, ale jedno pozostaje niezmiennie... Działaj w swym kombinezonie, tak  dbaj o jego konserwację w sposób, który sprawi, że żrące substancje będą po nim spływać... bez szkody dla Ciebie. Najgorsze co możesz zrobić to rozszczelnić kombinezon i pozwolić, żeby substancja się do Ciebie przedarła. Nie musisz być twarda. Masz być uważna, bo toksyczność da się zauważyć... a gdy już ją spostrzeżesz raz - możesz być prawie pewna, że substancja nie przestanie być żrąca wraz z upływem czasu, choć faktycznie może zmienić swe działanie... ale raczej nie na lepsze ;) 

M - Makijaż. Nie pozwól, żeby makijaż spłynął Ci w reakcji na toksyczne opary, słowa. Nie warto tracić podkładu i tuszu do rzęs (szczególnie wystawiać na ciężką próbę takiego wodoodpornego ;)) z powodu ludzi, którzy drażnią swą toksycznością i zadają w ten sposób ból drugiej osobie. Nie pozwól by na Twojej twarzy pojawiły się łzy smutku czy złości. Oni i tak tego nie zauważą. Ucierpi tylko Twój makijaż...., a w dodatku narażasz się na dodatkowe koszty związane ze stosowaniem specjalistycznych kremów i zabiegów wypełniania kwasem hialuronowym. W końcu... trzeba zapobiec jakoś powstawaniu doliny łez ;)

B - Bądź sobą. Wyobraź sobie taką scenę: Ty i spotkanie z toksycznymi ludźmi zionącymi toksycznymi oparami. Wiesz już, że warto mieć kombinezon i maseczkę. Oczywiście jesteś więc odpowiednio w nie ubrana. Kombinezon... może krępować Twoje ruchy, ale nie powinien krępować Twojego charakteru. To Twoja osłona - bariera przed toksycznością, ale nie blokada dla Ciebie. Więc mimo specjalnego stroju - postaraj się być sobą. Uśmiech, urok osobisty i wdzięk nawet, gdy ktoś Ci mówi, że tego wdzięku w sobie nie masz ;) Gdy już zdejmiesz kostium ochronny... będziesz z siebie dumna, że sytuacja zderzenia z toksycznością - nie zmieniła Cię i nie zatruła, nie odmieniła Twojego zachowania :) 

I - Ignoruj grzecznie. Masz być sobą, więc nawet w kwestii ignorowania toksyczności - zachowuj się z gracją i sympatycznie. Druga strona tego nie dostrzeże, ale to Ty jesteś w tym najważniejsza. I jedno jest pewne. Toksyczność zniknie z Twojego pola widzenia, a lustro w Twojej łazience nadal będzie wisieć ;) Będziesz musiała patrzeć w swoje odbicie ;) Pomyślisz sobie wtedy z wyższością o tym jak na chamstwo reagowałaś oschłą gracją i będziesz zadowolona, że nie zniżyłaś się do poziomu drugiej strony. Ignorowanie nie jest złe ale musi mu towarzyszyć odpowiednia ilość klasy. 

N - Nie przenoś. Czasami w życiu dzieje się tak, że musimy zetknąć się z toksycznością ze względu na sprawy zawodowe, bliskie nam osoby, czy ten nieszczęsny chleb, bez którego no nie wyobrażamy sobie choćby jednego śniadania w tygodniu. Konsekwencje zetknięcia z toksycznością, nawet w stroju ochronnym... mogą być bolesne, ale nie warto przenosić tego na rodzinę, która zachęcała nas do wybrania się po chleb, czy na koleżankę pracującą przy pobliskim biurku. Zostaw to co złe w tej piekarni / gabinecie szefa. 

E - Emocje. Mogą buzować i wywoływać w Twojej głowie zamęt. W końcu to najczęściej one są podrażniane przez zetknięcie z toksycznymi (ludźmi / sytuacjami). Ale... nie pozwól im się opanować. Ich swobodne krążenie po Twoim ciele może wywołać dalsze uszkodzenia. Roztrząsanie, analizowanie, wspominanie sprawi, że ostatecznie ilość oparzeń się zwiększy. Będzie bardziej i dłużej bolało. Ty wiesz jak było naprawdę, wiesz, że nie masz sobie nic do zarzucenia. To wystarczy. Jeśli potrzebujesz 15 minut nienawiści względem świata... pozwól sobie na nie. Ale niech to będzie 15 minut, a nie 15 godzin. 

Z -  Zalecz i wylecz. Nie chodzi o to, że masz zapomnieć. Masz wyciągnąć naukę. Może na następne spotkanie z toksycznością trzeba zaopatrzyć się w jeszcze lepszy kombinezon ochronny? ;) Jak już wyżej wspomniane - nie zawsze da się tych spotkań uniknąć, ale odniesione (mam nadzieję, że dzięki kombinezonowi i masce jak najmniejsze) obrażenia możesz wyleczyć, między innymi przez ich nierozdrapywanie. Daj sobie szansę. Toksyczni nie będą się przejmowali tym, że Cię zranili. Ba! Nawet tego nie zauważą. A Ty rozpamiętując... krzywdzisz samą siebie. Odpuść. Zalecz i wylecz ostatecznie. 

O - Optymizm. Niezbędny kompan kombinezonu. Z toksycznością czasami zetknąć się musimy, ale nie musimy z nią żyć. TO BARDZO WAŻNE. Skoro nie musimy z nią żyć... to znaczy, że ona w końcu zniknie z naszego horyzontu ;) Może jednak w piekarni pojawi się inna obsługa? ;)

N - Neutralizacja szkód. Poczynione szkody - także w kombinezonie należy załatać, naprawić. Wrócić do swej niezagrożonej toksycznością strefy, napić się dobrego winka, sięgnąć po ulubioną książkę, zjeść coś dobrego, obejrzeć dobry film (może jakiś o zemście, odwecie za toksyczność? ;) lub po prostu komedię?). Ale raz jeszcze powtórzę: nie rozpamiętuj. To minęło. Wyciągnęłaś naukę, a teraz dobry plaster, żeby rana się szybciej zagoiła i hej ho do przodu :) 

No i jeszcze maska... 

M - Masz prawo do odczuwania toksyczności innych osób i przeżywania przykrości z tym związanych. Masz prawo czuć się z tym źle, ale masz również prawo do własnego wyglądu, poglądów, osobowości, poczucia humoru, sposobu bycia w granicach nieraniących drugich osób. Nie pozwól sobie odebrać tego prawa. A gdy ktoś to skrytykuje... nie zmieniaj się i pamiętaj, że masz prawo być sobą. Zwycięstwem nad toksycznością jest uświadomienie sobie tego i niedostosowywanie się na siłę do upodobań drugiej strony.

A - Akceptuj siebie i to jaka jesteś. Najłatwiej jest zranić osobę niepewną siebie, posiadającą kompleksy, która czuje się nieco niepewnie w otaczającym świecie i jest świadoma swoich niedoskonałości. Świadomość niedoskonałości, zdrowa dawka samokrytycyzmu jest ważna, ale jeszcze ważniejsza jest świadomość i pewność swoich zalet. I w chwilach zderzenia z toksycznością... właśnie pewność siebie i swojej wartości jest najważniejsza - to ona stanowi najlepszy strój ochronny. 

S - Schematy. Ludzie myślą schematami. Każdy jest inny i każdy ma własną gamę zainteresowań, poglądów, cech charakteru... i nie każdy jest urodzonym dyplomatą ;) Nie każdy potrafi się odpowiednio zachować, ugryźć w język czy obgadywać po cichu ;) Ale Ty masz swoje wartości .. i wiesz w głębi serca, że to co ktoś szepcze za Twoimi plecami - nie ma najmniejszego znaczenia. Znasz swoją wartość i wiesz, że najgorsze co możesz zrobić to się ugiąć i poczuć podle przez to, że ktoś opiniuje Cię negatywnie, bo przemawiają przez niego wyuczone wcześniej schematy. 

K - Kontynuuj po starciu z toksycznością swoje życie w sposób przez nią jak najmniej zakłócony. To najlepszy opatrunek i balsam na rany poniesione w walce :) Owocem walki może być uśmiech bliskiej osoby, podwyżka pensji czy pyszne kanapki zrobione z ulubionego chleba :) Toksyczność i spotkanie z nią zazwyczaj nie jest celem i finałem, jest pewnym zakrętem na drodze, efektem ubocznym. 

A - A na koniec dodam jeszcze..., że świat jest niestety pełen toksyczności i ciężkich chwil ;) Jednak jest również pełen uśmiechu, miłości, serdeczności i pięknych chwil. Życie nie jest usłane różami - co tu dużo gadać ;) Ale warto pomiędzy kałużami, cierniami, kamieniami na drodze... dostrzegać właśnie te nieliczne płatki róż - w ostatecznym rozrachunki to one mają największą wartość. 

Kombinezon czerwony* i maska, które ubrałam na ostatnią imprezę uchroniły moją wrażliwą osobowość przed ludźmi, którzy ciernia w swoim oku nie widzieli, a kolbę w moim dostrzegali.

Na kołtuństwo i dulszczyznę najlepszy jest czerwony kombinezon. :-))))))












16:00:00

Trochę się wkurzam... ale?

Trochę się wkurzam... ale?

WKURZENIE  PODSTAWOWE

Jest takie, że wszędzie i wszyscy we wszystkim jesteśmy podzieleni. Od Kartezjusza może źle, może dobrze, ale cała medycyna zachodnia jest podzielona tak, że oddziela ciało od duszy. Duszę leczy czasem oddzielnie, choć zupełnie robi to niepewnie...według mnie. I tak lekarz nie patrzy na Ciebie holistycznie, tylko ogląda Twój narząd - jest taki nie jak trzeba, to widocznie tak być musi, bo i wiek, i środowisko, i czego Pani oczekuje w tym wieku. Mogę zapisać tabletki, ale proszę uważać, bo chyba no co innego też szkodzą i ułatwiają przybieranie na wadze.

A jak wszystko jest ogólnie nieodchodzące od normy, to trzeba się cieszyć i czasu nie zabierać... a że boli... znowu tabletki, przeciwbólowe... no przecież nie zbuduję Pani na nowo. Zresztą w tym wieku nie należy mieć oczekiwań, tylko brać to co życie daje i tak się Pani udaje.
I tyle! Tylko, że ja się nie poddaję i szukam przyczyny, że mnie skręca i boli, i boli i skręca, i nie spocznę dopóty się nie dowiem przyczyny. Gdy ją znajdę, to znając wroga, będę wiedziała co dalej... jak sobie pomóc.
Czytałam, że w medycynie chińskiej funkcje ciała i duszy są nierozerwalne.
Że wszystko mieści się w naszej głowie... myślenie, odczuwanie, emocje, zdolność zapamiętywania i zapominania, trawienia, rodzenia... cała tajemnica zdrowia i życia to nierozerwalny związek duszy i ciała. Chora dusza, bo miłość niespełniona - potrafi żołądek rozjuszyć i jelito do biegunki doprowadzić. Śmierć ukochanej bliskiej osoby spowodować depresję, a ta anoreksję lub bulimię spowodować... i sto innych dolegliwości sprowadzić.

Duszy od ciała nie da się odizolować... zdrowe zmysły od szczęścia codziennego, to tętniące  równo serce, przebaczenie to zdrowa wątroba i nierozlany woreczek żółciowy... brak stresu z powodu innych prozaicznych braków życiowych, to spokojna, nieboląca głowa.

Przyjście rozumu do głowy i zdrowe odżywianie, to kondycja zapewniona, jeśli ruch do tego dodamy. 

Ja akurat sama to wiem, znam swoją głowę, duszę, ciało i rozumiem... choć nie zawsze słusznie postępuję... ale świadoma jestem, że nie mogę oddzielać swej duszy od ciała, że ze sobą to wszystko musi współgrać jak najlepiej. Bo co mi po super wynikach chemicznych krwi i innych tam dobrych badań, gdy lęki i bóle zostają i nigdzie się nie wybierają.

Ja wiem, że muszę ustabilizować swoje emocje, wyluzować, przestać bać się żyć... nie denerwować na to, na co nie mam wpływu, tylko swoje robić. Z teorii jestem dobra. W praktyce, gdy ból zatyka,  kółko się zamyka. I wkurzam siebie i innych dookoła(co gorsze jest) Wkurzam się, bo wiem ile wśród Was cierpi i nie może sobie pomóc, bo nie ma wsparcia znikąd, bo samotność (nie osamotnienie, samotność wśród ludzi) Wam doskwiera, bo lekarz patrzy na pewien wycinek Waszego ciała, a nie zagląda do duszy, nie patrzy w zalęknione oczy czy pustkę w duszy.
To mnie wkurza najbardziej.

CHCIAŁABYM  ZMIENIĆ  WAS

Chciałabym zmienić Wasze nastawianie do lekarzy, abyście nie obawiały się ich, opowiadały dokładnie o swojej chorobie, o powiedzenie jak bardzo mimo wieku, zależy Wam na życiu, jak ono jest niezwykle ważne... I żaden z medyków nie ma prawa podkreślać, że w tym wieku, to już można odpuścić, żyć z czymś nawet złym i brać na to byle co. Bo i tak już nam niewiele zostało i niewiele pomoże. Nie pozwólcie zbywać się i lekceważyć.

Chciałabym zmienić Was i przekonać, że śmierć, to nie takie proste zjawisko. Śmierć, to nie skutek nieuniknionego zgonu komórek, lecz wynik załamania się wewnętrznej organizacji ciała, współpracy wszystkich razem komórek i w tym duszy. A dusza jest najważniejsza, ona chce żyć i musi prowadzić nas jak najdłużej. Współpraca różnych tkanek, organów naszego organizmu w dużej mierze zależy od nas. Wprawdzie śmierć jest nieuniknionym końcem skomplikowanego człowieka i zwierząt, i roślin, to w naszym umyśle powinna rozwijać się nieustannie jak najmocniejsza, trwała chęć przedłużania naszej bytności na tym wspaniałym (mimo trudności) świecie.

Lekarz to też człowiek, ma dużo pracy, wielu pacjentów, lepszy lub gorszy dzień... przychodzicie chore, zmartwione, zdesperowane... powiedzcie szczerze o Waszej chorobie, dolegliwościach, wątpliwościach. Gdy spotkacie się z opryskliwością, niezrozumieniem... ponownie zacznijcie opowiadać to samo. Przyszłyście po pomoc, bez niej nie wychodźcie. Wskażcie, że Wasze życie jest równie ważne jak osoby w białym kitlu... z całym szacunkiem nie możecie pozwolić sobie na lekceważenie.

WKURZAM SIĘ, ALE...

Wszystkim nie pomogę, wszystkimi zamartwiać się nie mogę, ale wdzięczna jestem...
WDZIĘCZNA JESTEM  za to, że jeszcze jestem, mam koło siebie wspaniałych ludzi i lubię tyle drobiazgów, które tworzą moje otoczenie, i wywołują śmiech na mojej twarzy.

ROZEJRZYCIE SIĘ...

Rozejrzycie się, ile rzeczy lubicie...

JA LUBIĘ...

- drzewo... lipę, która rośnie pod oknem i ptaszka spośród liści wyzierającego
- książki, które stoją na półkach
- moje kwiaty w donicach, z których każdy ma swoje imię
- Marysię lubię, na której kręgosłup ćwiczę
- i Stefcię, na której do Was piszę
- śpiew poranny sąsiada za ściany też lubię... jego nocne harce z żoną na skrzypiącej podłodze... też lubię:-)
- poranne przeciąganie się w łóżku i planowanie dnia... który i tak jest potem zupełnie inny
- telefon od Zuzy, która wieczne problemy damsko-męskie ma, też lubię
- wypady za miasto, by chodzić po lesie i wciągać brzuch by zdjęcie ładnie wyszło
- nawet swoje starzenie lubię, pod warunkiem, że nie ubywa mi sił i energii... bo gdy tak jest... to znowu wkurzam się :-))))
- lubię śmiać się i żartować, dowcipy opowiadać, wydurniać się wręcz i mam gdzieś czy to mi wypada czy nie wypada... nikomu z niczego nie muszę się spowiadać i tłumaczyć. I to piękne jest :-))
- lubię czytać kryminały... w każdym jakaś śmierć... i to nie moja :-) I dziękować mogę, że mnie się ona nie zdarzyła. Tak, bez fałszywej skromności przyznaję, że wyszukiwanie czegoś dobrego spośród najgorszego, sprawia mi ogromną przyjemność i umacnia w dobrym nastroju :-))
- tort zbitą śmietaną i truskawkami... uwielbiam tak samo jak chleb ze smalcem i ogórkiem
- śpiewać lubię choć nie umiem;-)
- tyle rzeczy prostych, zwyczajnych lubię, że tyle czasu nie ma, żeby je wszystkie tutaj opisać...  zanudzać Was nie chcę...  ja po prostu lubię życie... byle tylko bez czerniny ;-)

STAROŚĆ

Zależy od uczuć, obaw, lęków i radzenia sobie z nimi. Nasz wzorzec starości musi tak wysoko poprzeczkę stawiać, by nasze wnuki miały problem taki - by zbyt szybko do dogmatycznego, sztywnego myślenia się nie skłaniały. Żeby babcie i dziadka jako sprawnych ludzi traktowały... może schorowanych, ale ludzi, nie istoty, które już żyć nie powinny, bo swoje przeżycia już miały.
Najprzykrzejsze jest odczucie, gdy młody człowiek patrzy na Ciebie z litością pomieszaną z lekceważeniem i ironią. Wtedy budzi się we mnie lew, a raczej lwica...
Bo starość to nie tylko biologia, to zmiana roli społecznej podyktowanej przez obyczaj... każdego (jeśli będzie miał szczęście) dopadnie... i nie ma co cieszyć się, że będzie lepiej... inaczej być może.

DLACZEGO  DZISIAJ TAKIE ROZWAŻANIA?

Piszę do Was od 1 maja 2016 roku... wiele zmian zaszło w Waszym i moim życiu... w wielu Waszych momentach uczestniczyłam... bardzo przeżyłam śmierć córki mojej czytelniczki, problemy zdrowotne innej, osamotnienie drugiej, porzucenie przez męża dla młodszej dziewczyny, brak pieniążków, trudności w znalezieniu pracy, kłopoty z porozumieniem się z rodzicami, dylematy czy w późnym wieku można mieć dzieci, czy kochanek może być w wieku syna, czy rozwód jest straszny, co nas na co dzień zabija.... pisałam, czytałam, czas mijał... Gdy skończyłam 60-tkę, czyli oficjalnie 59, to napisałam taki test "60 drobiazgów z 60 lat życia". Teraz kończę 63 lata, czyli oficjalnie, w dalszym ciągu 59 (49 miałam przez 10 lat, od czasu kiedy 50-tka mi stuknęła ;-))) Teraz na nowo zaczynam ten myk;-))
Teraz przez ten krótki czas, trzech lat, mimo wielu zmian poważnych i drobiazgów niezliczonych, życzę sobie tylko jedno: nie pisać plagiatów z samej siebie, tylko być plagiatem ciała sprzed lat :-))

A tak bez żartów, to dziękuję Wam, że trwacie przy mnie tu na stronie Starej Kobiety, na Facebook'u, Instagramie, mailach, pocztówkach, listach, rozmowach telefonicznych.
Nie będę nikogo wymieniać, bo nie chcę też nikogo pominąć. Wszystkie w mojej głowie jesteście.

NAJWAŻNIEJSZE....Cieszcie się chwilą, walczcie o siebie, zarażajcie uśmiechem, doceniajcie naturę i zwierzęta, kochajcie mocno, myślcie pozytywnie, przebaczajcie, bądźcie czułe i przytulajcie się mocno... choćby do drzewa. Wtedy zdrowe będziecie. Kocham Was.







17:52:00

Bujany fotel.... bujanie Marianny

Bujany fotel.... bujanie Marianny

DZIECIŃSTWO

Marianna lubiła się bujać. Od najmłodszych dziecięcych lat. Najpierw w ramionach mamy... wyczuła, że ledwo się skrzywi, pyszczek w odwrotną stronę obróci, a nie daj boże łezka z jej oczka popłynie... to zaraz, natychmiast w ruch chodzi kołyska, bujanie na rękach lub w wózku...
I tak bujana weszła w dzieciństwo takie bardziej świadomie i dalej bujanie na huśtawce najlepszą zabawą dla niej było.
A gdy smutek ją ogarniał, to siadała po turecku na podłodze i bujała się trochę do przodu, odrobinę do tyłu, rytmicznie w takt ulubionej muzyczki puszczonej z radyjka.

LATA  MŁODZIEŃCZE

Ciężkie czasy powojenne, młodość Marianny nie przebiegała tak jakby chciała. Umarli rodzice. Została sama. Z czasów, kiedy w bujaniu odnajdywała ulgę, został jedynie fotel bujany... drewniany, pościerany z wypłowiała tkaniną w kwiaty. Zanurzała się w nim często, kocykiem okrywała i marzyła jakby to było pięknie, gdyby tak ktoś koło niej był i pobujał jej ten fotel. A może razem z nią pobujał w cudownych obłokach... jakby to pięknie miało być. Tymczasem uczyła się, pracowała... do domu wracała... w bujanym fotelu i odpoczywała, i na nauce się skupiała... . Bujany fotel, to była jej wyspa szczęśliwości. Czuła się w nim bezpiecznie... tak jak wtedy, kiedy żyli jej rodzice, dziadkowie.

PRZYSZŁA DOROSŁOŚĆ

Skończone studia, lepsza praca, nawet mieszkanie po rodzicach udało się Mariannie wyremontować. Tylko wiekowy fotel skrzypiał niebezpiecznie i bujanie się w nim nie dawało już przyjemności. Na szczęście w pracy poznała Witolda (starego kawalera, jak to się dziś mówi... singla, dziesięć lat od niej starszego), który szczycił się tym, że jest wprawdzie ekonomistą i cyfry bardzo go zajmują, to jednak w domu potrafi sam wszystko zrobić... naprawić, ba... wykonać na nowo :-)
Poza tym wszystkim, miał piękne, niebieskie oczy i takie przekonywujące spojrzenie. Gdy patrzył na nią jej dusza bujała się zawstydzona i ciało lekko drżało... takie przyjemne to było. Odważyła się i zaproponowała... czy jest możliwe, że mógł by jej pomóc w takiej prozaicznej sprawie... naprawie fotela, takiego do bujania, bo ona tak lubi się bujać... w tym bujaniu wieczorem z książką na kolanach usypiać.
Witold ucieszył się ogromnie, że może pomóc koleżance, na którą od dawna ukradkiem spozierał... zauroczony jej kruczoczarnymi włosami, upiętymi w węzeł, wysoko na głowie, który swoim własnym ciężarem bujał się to z jednej to z drugiej strony Marianny głowy. Poza tym lubił jej głos, melodyjny, rytmiczny bardziej, gdy chciała wyrazić coś bardziej stanowczo.
I jak tu się nie zgodzić... naprawa fotela, to dla niego pikuś.

FOTEL MARIANNY NAPRAWIONY

Fotel Marianny od czasu wizyty Witolda, a właściwie Witusia kochanego... już buja się płynnie. Ma wymieniony materiał i czasem Wituś na nim siedzi, a na Witusiu Marianna.
Od tego bujania wspólnego mają już czworo dzieci, które o fotel toczą małe wojenki. W końcu każdy z nich bujany chce być. Marianna nie ma na to zbyt wiele czasu... między pracą, dziećmi a ukochanym na nic zbyt wiele nie zostaje jej czasu. Witek pierwszym w jej życiu był mężczyzną i całkowicie poddała się bujaniu w jego silnych ramionach i stanowczości w podejmowaniu ich wspólnych decyzji... i tu już bujania ;-) I tak minęło dwadzieścia lat ich małżeństwa. Wiele zmian, tylko w salonie fotel ten sam.

WITOLD

Witold to dobry człowiek był. Mariannę kochał szaleńczo, o dzieci troszczył się. Jednak z każdym upływający dniem, tygodniem, miesiącem i rokiem ich miłości, która od fotela bujanego się zaczęła... z każdym dniem robił się coraz bardziej o Mariannę zazdrosny... . Każdego dnia podejrzewał, że kogoś poza nim ma... zdradza go, bo w fotelu tak często nie zasiada i nie buja się w nim.
Bardzo te podejrzenia Mariannę męczyły.... nawet do głowy by jej nie przyszło, żeby z kimś innym poza Witoldem bujać się. I wcale go nie bujała, gdy o swej wierności zapewniała. Ale on oskarżał ciągle ją. Ciężko jej było z tym.

PRZEWRÓCONY  FOTEL

Mariana coraz smutniejsza była i coraz większy żal do Witolda miała. Przyszedł dzień, gdy dłużej została w pracy. W biurze nikogo już nie było. Przynajmniej tak jej się wydawało. Skończyła swoją papierologię i znużona przechyliła na krześle do tyłu i zaczęła kołysać... dłonie założyła na kark, przymknęła oczy i relaksowała w ciszy.
Z tej ciszy wyrwał ją męski głos... co tu jeszcze robisz? Myślałem, że wszyscy już poszli?
To Paweł, jej kolega, z którym pracuje już od kilku lat. Są rówieśnikami, nawet dzieci mają w podobnym wieku, tyle, że ona dwa razy więcej ;-)))
Zawsze się lubili, nadawali na tych samych falach... czasem dla zabawy z nim flirtowała... tak dla uprzyjemnienia czasu w pracy. Nic ponad to, Marianna wesołą osobą była i żarty trzymały się jej. Ale nic, nic ponad to :-)

Tego dnia oboje w tak zwanym dole emocjonalnym tkwili... zaczęli rozmawiać o swoich domowych kłopotach.... o tym, że żona Pawła traktuje go instrumentalnie, jak narzędzie do zarabiania pieniędzy, chociaż na pozór wszystko wygląda normalnie... Marianna mimochodem poskarżyła się, że Witold psychicznie ją dręczy i męczy podejrzeniami....
Długa to była rozmowa... bardzo ich do siebie zbliżyła....

............................................................


Marianna wróciła do domu, była bardzo podekscytowana, jednocześnie zawstydzona tym co się stało. Niezamierzone to było.
Witold czekał na nią... już od progu rzucił się na nią... najpierw z potokiem słów... gdzie byłaś, co robiłaś, zdradziłaś znowu mnie??? A potem rzucił ją na fotel, ten bujany, obrócił kilka razy nim i przewrócił... złamała się jedna poręcz. Tak silne to było uderzenie.
Mariannna czuła się upokorzona... ale teraz przynajmniej czuła, że zasłużenie jest zwyzywana, że zdrada, której dokonała prawdziwa była... teraz wiedziała za co ponosi karę... karę za to co faktycznie uczyniła... zdradziła... choć nigdy wcześniej na myśl by to jej nie przyszło. Choć Witoldowi do głowy chętnie to przychodziło. Co ją bardzo raniło.

Ten fotel, ukochany fotel leżał przewrócony. Patrzyła na niego... widziała w nim obraz przewróconego swojego życia.
Wsunęła go do kąta pokoju. Długo tam tkwił. Witold dalej ją podejrzewał, robił przytyki, że go zdradza, sprawdzał na każdym kroku... tylko jej już wszystko jedno było i przytakiwała... owszem, tak... byłam!
... dzisiaj z panem z kiosku Ruchu, wczoraj z połową wojska z pułku. Szydziła. A bujaj się sam - dodawała kpiąco.

NOWY  FOTEL

25 rocznica ślubu Witolda Marianny odbyła się bez specjalnych fajerwerków. Tradycyjnie Marianna  dostała nową obrączkę ze świeżym grawerem rocznicowym, czerwone róże i obietnice w oczach Witolda, że się zmieni, że będzie inaczej.... wziął ją w ramiona, uniósł ponad ziemią i bujał pośrodku salonu. A potem kazał zamknąć oczy.
Gdy otworzyła... przed nią stał nowiusieńki, z lakierowanymi płozami, tkaniną w czerwone róże, dokładnie takie jak te w wazonie... fotel bujany. Złotą kokardą przewiązany.
Robił wrażenie ;-))

Ale jeśli chodzi o bujanie, to nie to co ten stary... jakoś zacinał się i nieco skrzypiał. Tak jak ich wspólne życie, które do końca zacinało się i fałszywą nutką skrzypiało... do momentu gdy Witold umarł... w ich nowym bujanym fotelu, niecały rok po ich rocznicy ślubu.


MARIANNA

Marianna ma dziś 75 lat... od 25 lat buja się sama w swoim fotelu w wyblakłe róże, z poprzecieranymi lakierowanymi poręczami. Nie wspomina minionych lat... buja w obłokach marzeń, bo ciągle je ma. Popołudniami czasem wpadają do niej dzieci, by poopowiadać co tam u nich i wnuki, które najczęściej spierają się, kto pierwszy na fotelu bujać się ma. :-)))
Wychodzą... Marianna zostaje sama... teraz spokojnie może bujnąć się, a to czytając swojego ulubionego Kopalińskiego, a to bezmyślnie gapiąc w sufit... odbierając jedynie dźwięki płynące z radia.


PODOBNE  HISTORIE

Podobne historie dotykają inne Marianny, Anny, Krystyny...  czy XIX, czy XX czy już XXI wiek... w tle różne meble, inny świat za oknem, tylko emocje ciągle tak samo... albo niszczą, albo rozwijają i uskrzydlają. Zazdrość, która się rodzi z pożądania na absolutną własność drugiej osoby... z pewnej nieufności do samego siebie... zazdrość tylko na początku wydaje się, że jest nieszkodliwa... aż do momentu gdy niszczy. Fotel do bujania da się naprawić, odnowić, kupić nowy... ale emocji, które nadwyrężyły umysł i serce... nie da się tak spoić, klejem zlepić... zamienić na nowe. Nie ma co się bujać, że inaczej jest :-)








08:10:00

Będzie pięknie.... "prawdziwej miłości nawet ślub nie zaszkodzi"

Będzie pięknie.... "prawdziwej miłości nawet ślub nie zaszkodzi"

NIE SZTUKĄ JEST UPAŚĆ. SZTUKĄ JEST POWSTAWANIE.


Wiele razy w życiu upadałam, jak dziecko upadałam... na kolana upadałam... dłonie odzierałam. Serce moje umierało i na nowo drżało. I zadawałam sobie pytanie: dlaczego ja, dlaczego znowu i czy jeszcze często upadać będę i jak to się skończy?
Martwiły mnie te upadki, te z górki na tyłku zjeżdżanki i z powrotem pod górę wciągarki.
Często wszystko to też przez to, że mówię co myślę, a czasem nic nie mówię, takie fanaberie mam... niewyparzony język, albo milczenie aż zbyt wymowne ;-)

Teraz z perspektywy upływającego czasu wiem, że nawet wtedy kiedy wydaje się, że nic nie da się zrobić, podnieść bez jak najmniejszych ran, to trzeba dokonywać wielu prób... nie okazywać słabości, żeby dać radę wrócić do pionu.

Bo da się wrócić do miejsca, w którym się zgubiło. Tylko nie można porzucać nadziei i wątpić w siebie, bo tylko od nas zależy, co się wydarzy i jak dalej będzie.

Teraz to wiem, teraz wiem, że gdybym tych wszystkich upadków nie przeżyła, nie była bym dzisiaj tą osobą, którą obecnie jestem. I niewiele bym Ci mogła o życiu powiedzieć Córeczko.

DZISIAJ MIŁOŚĆ GRA PIERWSZE SKRZYPCE

26  czerwiec Anno Domini 2020, szczególny dzień dla Ciebie. Dokonałaś wyboru, pokochałaś i teraz już nie będziesz tylko córeczką swojej mamy, ale żoną, kochanką, kiedyś matką, swego domu gospodynią.
To dobra okazja, bym przekazała Ci swoje życzenia i zapewnienia iż mimo upadania, życie jest piękne. A jak się uda, to może moich błędów popełniać nie będziesz ;-)

KOCHANA CÓRECZKO!

To czego chcesz, o czym marzysz, czego pragniesz jest możliwe. Życzę Ci, byś rodzina, którą zakładasz dziś ze swoim wybrankiem była szczęśliwa. Aby tak było, oboje musicie podjąć w tym kierunku wysiłek i wdrożyć takie zasady, aby życie, które Was czeka spełniło Wasze oczekiwania wspólne dla Was i przez nikogo nieindoktrynowane.

Musicie zaryzykować i postawić wszystko na to, czego pragniecie.
Niezależnie od tego czy pragniecie dużej rodziny, domu, wspaniałego ogrodu, kariery zawodowej olbrzymiej, podróży po całym świecie... wszystko jest przed Wami, wszystko osiągniecie... jeżeli w swoje marzenia uwierzycie i krok po kroku wprowadzicie je w życie.

Wiadomo, że po drodze zdarzą się błędy, parę rzeczy nie wyjdzie, po drodze jeszcze inne kłody, przez innych ludzi rzucone... ale Ty córeczko wiesz, że nie możesz się poddawać i łudzić nadzieją, że ktoś inny, ktoś za Ciebie wyręczy Cię, wesprze w Twoim działaniu. Sama możesz świadomie kreować swoje życie.

Dzisiaj poślubiłaś mężczyznę, którego pokochałaś tak szczerze i gorąco, ale to nie zwalnia Cię z bycia tą dziewczyną, którą ma pasje, chciała zawojować świat... zrzuć z siebie porażki, zwątpienia w samą siebie... rozpocznij nowe życie.

W tym życiu nie zapominaj kim byłaś, skąd się wywodzisz, kim jesteś, nie odpuszczaj sobie.
Małżeństwo to nie więzienie.... ono ma dodać Ci skrzydeł, a nie zamykać w klatce obaw, bezsilności, zwątpienia. Ciągle masz własną wolę i zdolność do oceny, dysponujesz dostępem do własnej wiedzy i intelektu. Doceniaj je i korzystaj i nich.

Gdy przyjdzie moment, że będziesz musiała wybaczyć... uczyń to. Pielęgnacja bólu, krzywdy... dręczy i wypala... doprowadza do bezsilności. Wybaczenie, to zagojona rana. Czy będziesz mogła z nią żyć, czy na inne wejdziesz ścieżki, to już wyłącznie zależeć będzie od Ciebie. Bo to Twoje życie.
Czasami coś musi się skończyć, by coś innego mogło znaleźć swój początek.

Jesteś silna, pomyśl ile razy pokonywałaś przeciwności, ile razy byłaś twarda wbrew wszystkiemu dookoła. Teraz musisz być silna za Was dwoje, za swojego męża gdy przyjdzie chwila, że będzie miał doła... i za siebie w rozterce. On będzie musiał myśleć też za Was dwoje. I tutaj zaufanie... podstawa każdej relacji, zwłaszcza w związku małżeńskim musi być ogromnie twarda i mocna. Każdy z Was z osobna musi mieć wiarę w siebie i umiejętnie wspólnie ją łączyć z wiarą swojego współmałżonka. Bo tylko na takich podwalinach można zbudować coś bezpiecznego i radosnego równocześnie. W domu, gdzie czujemy się bezpiecznie i radośnie nie ma frustracji, która rujnuje najlepsze pomysły i odpycha marzenia.

CÓRKO I SYNU!

Dzisiaj Oboje wychodzicie naprzeciw zmianom. Małżeństwo to nie tylko zmiana zamieszkania, nazwiska, codziennych zajęć... to zmiana emocji, intymności, to wejście w kałuże podczas burzy, albo w zieloną wiosenną trawę, albo na piaszczysty wzgórek lub na ostrą, śliską i twardą górę, może morze głębokie i słone bez łyka słodkiej wody. Wszystko się zdarzyć może. I wzloty, tęcze kolorami nasycone i smutek przysypany czarną ziemią... takie jest życie... utkane koronkami, koralikami, z jedwabiu i szarego płótna... pachnące storczykami, niezapominajkami, Diorem i szambem. Tu trzeba mieć umiejętności sztukmistrzowskie, żeby to wszystko pogodzić. Nazywają to kompromisem. Osobiście nie lubię tego słowa, które określa, że nikt tak naprawdę nie jest zadowolony ;-)

A gdy na świat przyjdą dzieci, to pamiętajcie... Wy jesteście najważniejsi... Wy jesteście pilotami tej wycieczki... Wasze szczęście i Waszych dzieci jest w Waszej miłości, mądrości i wzajemnej wyrozumiałości! Nikt nie jest niczyją własnością, każdy z Was jest odrębnością i szkopuł dobrego związku polega na tym, by to pogodzić pogodnie.

To wszystko Was czeka moi Kochani. I z wszystkim dacie sobie radę, bo jesteście młodzi i siłę by się wspinać macie. Tylko pamiętajcie o jednym... życie jest tu i teraz... nie odkładajcie nic na potem. Bądźcie dobrzy dla siebie. Bądźcie dobrymi ludźmi i koniecznie z poczuciem humoru. :-))))

20:28:00

Dzień Ojca... 23 czerwca

Dzień Ojca... 23 czerwca

ROK 1924
  • W Polsce szaleje hiperinflancja. Ale nie jest źle, Sejm uchwala ustawę o naprawie Skarbu Państwa i reformie walutowej, której autorem jest premier i minister skarbu Władysław Grabski. Prezydentem Polski jest wtedy Stanisław Wojciechowski.
  • I tak "Rozporządzeniem tegoż prezydenta Rzeczypospolitej w przedmiocie systemu monetarnego" uznano, że jednostką  monetarną Rzeczypospolitej jest "złoty".
  • W Gorkach pod Moskwą umiera Władimir Iljicz Uljanow... Lenin... założyciel i pierwszy przywódca  totalitarnego państwa sowieckiego. Ale niech tam ziemia lekką mu będzie.
  • W tym samym roku rodzi się w Radomiu, śpiewaczka, przyszła popularyzatorka muzyki Moniuszki, Anna Fołtyn.
  • A w Waszyngtonie odchodzi w zaświaty były prezydent Stanów Zjednoczonych, o tyle ważny dla Polski, że to on z ramienia Partii Demokratycznej wygłosił orędzie w kongresie przedstawiając postulat utworzenia niepodległego państwa polskiego.
  • W Polsce po raz pierwszy zorganizowano obchody Dnia Kobiet.
  • Władysław Grabski reformował ustrój pieniężny państwa, a w Warszawie otwarto Bank Polski S.A, który rozpoczął emisję  nowej waluty - złotego polskiego.
  • W Moskwie urodził się Bułat Okudżawa, a Paryżu rozpoczęły VIII. Letnie Igrzyska Olimpijskie.
  • Na świat przyszedł aktor i reżyser przyszły, Karol Dejmek, a Władysław Reymont przyjął Nagrodę Nobla.
  • Niestety zmarł niemieckojęzyczny pisarz Franz Kafka, ten od "Procesu". Ale urodziła się Xymena Zaniewska, znana architekt, scenograf i projektantka mody.
  • Tak to życie się plecie, ktoś przychodzi w Bielsku... Maria Koterbska , która przez lata kręciła się na karuzeli i o parasolkach śpiewała. A ktoś inny, w takim Oswalds pod Canerbury w Anglii, umiera... Joseph Conrad, ten od "Smugi cienia", ''Lorda Jima".
  • Jakiś nieudany zamach na prezydenta Wojciechowskiego, we Lwowie podczas otwarcia Targów Wschodnich... a gdzie indziej w tym czasie Stefan Żeromski kończy swą pracę nad "Przedwiośniem".
  • Marcello Mastroianni przychodzi na świat by w przyszłości zagrać w "Osiem i pół", a w Nowym Orleanie autor "Harfy traw" Truman Capote zaszczyca ten świat.
  • Jimii Carter też w 1924 roku się urodził, a szczątki Henryka Sienkiewicza zostały sprowadzone z Vevey w Szwajcarii do Polski.
  • We Lwowie ucieszył swoimi narodzinami rodziców, Jan Herbert, dzięki, któremu powstał cykl poetycki "Pan Cogito".
  • Zmarł Puccini, urodziła poetka Mieczysława Buczkówna, przyszła żona Mieczysława Jastruna.
  • Ciekawy to rok, kiedy przedterminowo został zwolniony z więzienia w Landsbergu przywódca NSDAP Adolf Hitler. Odsiadywał pięcioletni wyrok za zorganizowanie puczu w 1923 roku, którego celem miało być obalenie Republiki Wejmarskiej.
  • I taki to rok, gdy na świat też przychodzi Adam Hanuszkiewicz i przecudowny Andrzej Łapicki.

Tyle się wydarzyło, w Polsce, na całym świecie... umierali, rodzili się ludzie, kochali i spierali, polityka z kulturą i sztuką się mieszały. Czyli jak zwykle. Wiele tych zdarzeń nie przytoczyłam, nie sprawdziłam, nie pamiętam. Chciałam jedynie nakreślić ten czas, który wtedy był... mnie nie dotyczył jeszcze, bo w planach nawet nie byłam ;-)

Ale to dla mnie znamienny rok... w sierpniu tegoż roku, w Rawie Ruskiej pod Lwowem, przyszedł na świat mój tato... Ryszard Krzyżanowski... żołnierz Armii AK, więzień obozu rosyjskiego nad Peczorą, technik-mechanik, inżynier...
Nie postawił domu, nie posadził drzewa, nie spłodził syna... lecz po 33 latach od swojego urodzenia sprawił, że ja na ten świat przybyłam.
I za to mu dziękuję, że zakochał się w mojej mamie, że namówił ją na te bara bara i tak się na świat dostałam :-)))

KOCHANY TATO. Taki byłeś do 1988 roku. 
Gdybyś żył miałbyś za chwilę 96 lat. Nie ma Ciebie koło mnie już 32 lata. Fizycznie nie ma, bo tak naprawdę czuję Twoją obecność każdego dnia i wszystko mi Ciebie przypomina... we wszystkim jesteś.
Nie byłeś wylewny i zbyt wiele nie mówiłeś, ale czytałeś mi wiele i tłumaczyłeś, i zawsze czułeś się szczęśliwy. Kochałeś naturę i z niej czerpałeś siłę, zachwyt, energię. Tyle mi pokazywałeś i jeszcze hopla na tle tabliczki mnożenia i ortografii miałeś. Tak, pamiętam jak mnie budziłeś i zaspaną dopytywałeś 4x4 ile to jest i do tego podzielić przez dwa i dodać sześć. Ufff... szczerze Cię wtedy nienawidziłam ;-) A to pisanie dyktand ze słowami, których nie znałam i to jeszcze zasady i ważkie poglądy piękną czcionką, lekko w prawo ułożoną i oczywiście piórem wiecznym wykreśloną:-) Pamiętam i jestem dziś wdzięczna, że ładny charakter pisma dzisiaj mam i  nie  boję się nieznanych słów :-)), które do dziś pamiętam.

Nauczyłeś mnie, że powinnam mieć zasady, poglądy i trzymać się ich bezwzględnie... dawałeś mi przykłady ze swojego życia, gdy jadłeś miesiącami solone śledzie bez łyka wody, a chleba też miesiącami nie widziałeś, a jednak się nie sprzedałeś za łyk soku z brukwi. Bo charakter trzeba mieć twardy, nawet wtedy kiedy nie jest się chłopcem tylko blondyneczką delikatną.
- Nie oczekuj zbyt wiele, ciesz się śpiewem ptaków, doceniaj świeże powietrze i zielone liście. I wiedz, który liść należny jest, któremu drzewu.
- Jeśli nie chcesz cierpieć, nie miej zbyt wielkich marzeń... ciesz się małym.
- Każdy problem da się rozwiązać, tylko musi Ci się chcieć, nie poddawać na samym początku.
- Rzeczy, to są tylko rzeczy... ważni są ludzie, którzy nie są idealni. Ale nie pozwól sobie im dmuchać w Twoją kaszę, wchodzić sobie na głowę, tracić przez nich swoje poczucie wartości i bezpieczeństwa.
- Co dobre czerp ze swojej przeszłości, co złe to wymaż i nie wracaj do niej. Żyj tym, co dzisiaj i nie psuj teraźniejszości starą, niedobrą przeszłością. Odgoń ją gdy była dla Ciebie niemiła i drażliwa, nie katuj się nią i ludźmi z niej.
- Otaczaj się dobrymi ludźmi i taka sama bądź.
- Gdy nieopacznie kogoś skrzywdzisz... napraw tę krzywdę, przeproś i dalej uważniej żyj.
Mówiłeś, prawiłeś, bym szczęśliwa była, bym lepsze życie, bez przemocy, wojny... miała.

KOCHANY TATO. Taka ja jestem, dzisiaj jest 2020 rok. 
Tato, nie doczekałeś swojego czwartego wnuka... wnuczki Alicji. Urodziła się 11 lat po Twoim odejściu, rok po odejściu mamy. Pokazuję jej tak świat jak Ty mi go przekazywałeś. Opowiadałam jej o tym jak lubiłeś łowić ryby i nauczyłam rozróżniać okonka od płotki.
Nie krzyczałam i nie krzyczę na nią, bo wiem jak nienawidziłeś krzyku... jak z domu wychodziłeś, gdy mama nie wytrzymywała i się o coś ostro gardłowała.

Staram się nie oceniać, a krytykować tylko czyny, nie człowieka... widzieć swoje wady i robić wszystko by je w kozi róg zapędzić. Ale doceniam też zalety i jeśli się da to je rozwijam. Nie jestem idealna, ale trzymam się wzorców, które od Ciebie otrzymałam... Twój najstarszy wnuk lubił pasjami czytać i najmłodsza wnuczka też tej pasji uległa. Dumna jestem z tego.

Umarł Zbyszek, ale to już wiesz, bo pewnie spotkaliście się już na podniebnych wędrówkach... Trochę brakowało mi kogoś... Ala jeszcze była taka malutka, więc wyszłam drugi raz za mąż... z miłości obłędnej, wskutek decyzji błędnej. Ale to już załatwione, już nikt na mnie nie krzyczy, nie rani, bólu nie czyni.

Tato, jestem teraz prawie w tym wieku, kiedy Ty zbierałeś się już do nieba... ale ja nie mam takich planów... choć załamki różne miewam.
Jestem szczęśliwa, Alicja wychodzi za mąż... chyba wybrała dobrze... zyskuję syna... kolejną osobę do kochania.... . Ja dosyć dobrze się trzymam, gdyby nie brak zdrowia konkretnego... no cóż, nie można mieć wszystkiego.
Mam parę osób wokół siebie, które mnie lubią, może nawet szanują i nie opuszcza mnie poczucie humoru... ono jedyną moją bronią jest na te dziwne czasy. Czasy, o których Ci się nawet nie śniło. Nie będę Ci pisać, bo nie chcę Cię denerwować. Chociaż nie wiem, czy anioły się denerwują? 

KOCHANY TATO. Taka jestem, dzisiaj jest 2057 rok.
Mam sto lat. Zapalenie Zesztywniające Stawów Kręgosłupa, które dokuczało mi od paru lat, skręciło mnie zupełnie... nogi gdzieś mam splecione z dłońmi, między nimi utapirowana głowa z pomalowanymi na czerwono ustami... tylko zęby nienaprawione... dr Paweł od lat już nie praktykuje jako stomatolog. Jego syn, też lekarz, ale taki od dzieci. Ja raczej do geriatrii się kwalifikuję. 
Na złość jeszcze żyję, tylko Alicja ma kłopot ze mną, a najmłodsza już nie jest... 58 jej stuknęło lat. A mnie coś tu w wózku, w kółkach puka. W tych czerwonych... w piątki mam zakładane zielone, a w czwartki lubię się ubrać w zielone :-))
To się porobiło, wszyscy albo bardzo zestarzeli, albo poumierali... nawet prezydent ten, co go wybierali w tym 2020 roku jest już bardzo stary... i nie jest już prezydentem... nawet na nartach nie hula. Jakoś upływ czasu wszystkich zrównuje.
KOCHANY TATO, wprawdzie nie lubiłeś Kory, nie doceniałeś muzyki Niemena, ale pięknie grałeś na harmonijce i mandolinie, i głos wspaniały miałeś. 
Dzisiaj ja nie tylko nazywam się STARA KOBIETA , ale jestem starą osobą, bo z kobiety już u mnie niewiele, biust wyschnięty, pupa przyrośnięta do kręgosłupa... Ale diabli z tym... wartości, które mi wpoiłeś są ponadczasowe, ciągle młode, ciągle jest ich czas i we mnie, w tym strzępku wysuszonym są.

Dziękuję Ci Kochany Tato, że moim Tatą byłeś. Może gdybyś nie palił jak smok i nie pił tyle kawy, to dłużej ze mną byś był ;-) Może(?)
To nieważne już. Jeśli też trafię do nieba, co tak pewne nie jest, bo niezły ze mnie czort ;-) ... ale zakładając wersję optymistyczną... jeśli spotkamy się tam w górze, to ja wszystko, wszystko Ci opowiem. 







20:55:00

**Obiecanki cacanki... ale mądry sytuację kontroluje :-))

**Obiecanki cacanki... ale mądry  sytuację kontroluje :-))


ZAŁATWIĘ. POMOGĘ.


 Obiecanki... czyli ja Ci to załatwię, bo mam koneksje, układy i znajomości wiele.
* Załatwię Ci wizytę u lekarza, który wszystko może... ma złote serce i możliwości zbadania w takim terminie, że uleczy Ci chorobę, na którą jeszcze obecnie nie zapadasz :-)
* Jeszcze lek sprowadzę spoza naszych granic, bo Ty warta jesteś wszystkiego najlepszego... i nie ma nic łatwiejszego, jak załatwić Tobie coś uzdrawiającego :-)
* Jeśli nie lek, to receptę... daj tylko wykaz, bo przecież tak trudno w dzisiejszych czasach trafić do lekarza.

To nie wszystko... to o wiele za mało. Jak się rozkręci, to jeszcze...

BRNIEMY DALEJ...

* Pracy poszuka dla Twojego dziecka i znajdzie ją w szybkim terminie... choć zamartwiać się będzie, że wynagrodzenie nie takie odpowiednie :-)
* Zapewni, że zawsze, w dowolnej chwili i każdy temat Ci rozkmini :-), bo ma męża lub żonę, który, która wszystko może.
Cały czas będzie Cię zapewniać o swoich szczerych, kryształowych intencjach i o tym ile to może, pragnie i chce dla Twojego szczęścia. Ale wiadomo czym piekło jest wybrukowane ;-)

JESZCZE  GŁĘBIEJ...

Poopowiada o wszystkich swoich możliwościach obejmujących każdy aspekt życiowy, bo oprócz znajomych będących na każde skinienie, ma jeszcze pełen portfel pieniędzy... a wiadomo, pieniądze wiele mogą... więc Ty choć biedna jesteś, to możesz liczyć na nią czy niego, bez proszenia zbytniego.

* Na imprezę urodzinową Cię zaprosi, żebyś była jednym ze 150 honorowych gości :-)
* Potrzebujesz zmienić mieszkanie? Mówisz i masz … ma trzy mieszkania... możesz mieć jedno z nich i to tanio.
* Wszak dojeżdżać musisz, targać zakupy, a nie to zdrowie, więc pożyczy Ci samochód... na czas nieograniczony... wszak i tak stoi w garażu i nikt nim jeździ... tylko przegląd zrobi... ;-)
* Wczasy w Grecji na bezludnej plaży... w uroczym zakątku... rekreacyjnym domku... też Ci się należą, bo trzeba się wszystkim dobrem dzielić, a zwłaszcza z kimś tak wyjątkowym :-)
UFF... zrobiło się męcząco ;-)

WIARA POCZĄTKIEM DOBREGO

Na początku wierzysz, jesteś ufna... w końcu znasz swoją wartość i dlaczego miałabyś nie wierzyć. Wiara to podstawa szczęścia... nie każdy chce Cię zbajerować, wykorzystać oszukać, omamić... są ludzie gotowi na poświęcenie, dobra czynienie... ot tak bez powodu.
Nie zawsze musisz odczuwać z powodu ludzi zawód.
Wydaje się Tobie, że zaczęłaś żyć w nowym wymiarze... ot tak, ktoś zatroszczyć się pragnie o Twoją wygodę, pochyla nad Twoim życiem.
Tak więc kupujesz prezent w internecie, zmieniasz plany piątkowe, na spotkanie urodzinowe.
Pełna nadziei na lepsze jutro... wprawdzie nic nie chcesz, nie potrzebujesz, ale wszystkie te pomoce wyrażone... bardzo poważnie traktujesz.
Aż do momentu, gdy się przekonujesz... że to obiecanki, pobożne życzenia, obietnice bez spełnienia. Owszem przyjemnie pieściły ucho, miło działały na ego.
Tyle, że nic z tego.
Nic. Absolutnie nic się nie sprawdziło.
Żebym była malkontentką i fałszywiej radości potrzebowała. Ale nie! Oprócz zdrowia mam nadmiar wszystkiego... bo ja zadowolona jestem nawet z byle małego :-))

A PRZECIEŻ

Te umizgi, pespektyw cudownych snucie... nie wiadomo po co... Przecież można kogoś lubić bez oczekiwania żadnego na coś małego czy wielkiego.
Po co ta mowa trawa, te gruszki na wierzbie, słowa bez pokrycia? W jakim celu te rozmowy, te podchody, ustalane terminy... ta ściema?
Można miło prowadzić konwersację, spotykać się nawet i spędzać czas... niż zabierać go komuś dając nadzieje złudne... w sumie na nie wiadomo po co.
Nie skarżysz się na swój los, ale ktoś sam z siebie uważa, że gorszy jest Twój los od jego losu (przeciwnie niż w piosence Kazika;-) ) i wyciąga do Ciebie dłoń... to jak nie otworzyć swojego ucha dla mile łechtających słów, które sączą sam miód.
Tyle, że to dłoń pusta i trzyma ją postać smutna.
Chciałaby wiele, choć może niedużo... . Może jest samotna, może zbyt dużo sobie wyobraża, może chce się pokazać, może tkwi ciągle w latach świetności, które są już historią i nie chce ze snu tego się obudzić... to może postać tragiczna, albo tragikomiczna.... . Nie oceniam. Nie osądzam.
Ale kierując się jak najlepszymi intencjami, obiecując … w głowie sobie tego nie układając... można kogoś zranić, zniechęcić do ludzi... swoje zaufanie stracić... i twarz, którą przyjdzie po pandemii - odsłonić :-)

ZE  SPOKOJEM

Nie ma się co denerwować... nic nie dzieje się bez powodu... wszystko po coś jest. Spotkanie z ludźmi, którzy obiecują, a się ze słów nie wywiązują, bo?... i tu powodów cała masa... realnych, bardziej czy mniej wymyślonych... W sumie nic złego się nie dzieje, tak powinniśmy do sprawy podejść. Spotkanie takich ludzi nas tylko uczy... uczy byśmy sami tak nie postępowali. Byśmy przez to dla jednych śmieszni, a dla drugich tragiczni nie byli... . Po co nam taki obciach i wylądowanie w spamie.
Poza tym szkoda tracić dobre relacje, z tymi, na których nam zależy... przez wypowiadanie słów na wiatr... .
Można zwyczajnie... nie mogę Ci dać nic więcej oprócz siebie, ale jeśli będziesz czegoś potrzebować, to nie obiecuję, że nawet spróbuję... zobaczymy jakie staną się fakty :-))

DZIECIĘCE OBIECANKI

**Obiecanki, cacanki... malowanki, udawanki…
Od małego uczmy dzieci... nie obiecuj! Nie koloryzuj! Nie przeinaczaj faktów! Nie zaklinaj rzeczywistości! że... poprawisz się z matmy, że przestaniesz rozsiewać plotki, że umyjesz zęby, zaczniesz być miły dla babci, wyniesiesz śmieci, przestaniesz wagarować, obmawiać ciotkę Zuzę, podbierać tacie papierosy, a mamonę z portfela mamy... nie obiecuj!... Nie czyń fałszywej nadziei, jeśli nie zamierzasz wywiązać się z obietnicy! :)

ZASKOCZ MNIE! Bez gadania zrób coś ważnego lub fajnego, albo jedno i drugie :-))

Na gadanie, szkoda czasu... czas to najwyższa wartość... próżnym gadaniem zabierasz sobie i mnie życie.

DRUGA STRONA MEDALU

Lecz Ty rodzicu pamiętaj, że aby wymagać samemu trzeba przykład dawać. Żadnego przekupywania... lodami czy innymi większymi prezentami. Nawet się nie obejrzymy, jak z rodziców w dzieci, rolami się zamienimy ;-)) I co? Na własnej skórze się przekonamy, jak to jest z obiecankami... Jak wiarygodność stracić można... jak ciężko się z tym uporać... gdy z pięknej, słonecznej wizji... ………………………………….. NIC. Bo? Rodzice zapominają. Dzieci - nigdy!
Dlatego bezrefleksyjne obiecanki na odczepnego, na zyskanie czasu dla nas w danej chwili niezbędnego... powoduje, że uczymy dzieci, iż za słowa nie trzeba brać odpowiedzialności.
A dziecko? Mając 40 lat Ci to przypomni i wypomni. Jeśli nawet na głośno słowem nie wspomni, to w jego głowie do pozostanie... nie mógł liczyć na Ciebie w mniej czy bardziej ważnej sprawie.
A jeśli już popełni się ten błąd, że coś obiecamy i nie dotrzymamy, to istnieje magiczne słowo "przepraszam" i wytłumaczenie dlaczego tak się stało.

NIE OBIECUJ...

Z takim przesłaniem... o ile potraktuje dzieciak je poważnie (w tym rola naszego przykładu)... łatwiej mu będzie wspinać się po linie życia i nie spaść z niej w przyśpieszonym trybie.

JESZCZE...

A jeszcze Wy, A... Adamie... Beniu, poprzez C i Damiana... Krzysia, Rysia aż do Zenia, przedtem Włodka, którzy obiecują... posłuchajcie! ;-)))



A WAM DRODZY, CZYTELNICZKI I CZYTELNICYI OBIECUJĘ, ŻE  JESZCZE  WAM  NIEJEDEN RAZ POGRYMASZĘ :-)))))


Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger