17:25:00

Damą być... rozważanie subiektywne...

Damą być... rozważanie subiektywne...


Gdy byłam małą dziewczynką i niewiele odrastałam od ziemi, a moim największym marzeniem było, by stopy zwisające z krzesła zaczęły wreszcie dotykać podłogi... to wtedy już miałam wpajane zasady, które zostały we mnie na całe życie. Z biegiem lat, nawet nie zastanawiając się, machinalnie tak, wprowadzałam je w obieg.

Dzisiaj (i przedtem, gdy nie tak stara jak dziś, byłam jeszcze ;-) ) jest tak, że dbam bardzo o swój wizerunek (im człowiek starszy, tym bardziej "musi" ;-) ) i jak cię widzą, tak cię piszą, a wtedy? albo lepiej albo gorzej ci będzie. ;-)
On odzwierciedla prawdziwie, co w duszy mi gra. Na ten odbiór przez innych, nie składa się tylko na to, co mam na sobie, ale też sposób zachowania, wysławiania się, dźwięk głosu, uśmiech, spojrzenie...  zamyślenie (zdarza się, tępawe zupełnie ;-) )
Chodząc do szkoły ubrana w granatowy mundurek byłam jak inni... ale mama bardzo dbała bym czuła się, nie tak za bardzo zunifikowana (bo unifikacja zabija kreatywność... mama tego nie powiedziała ;-) ), pewnie tego słowa nie znała, ale wiedziała :-) w czym rzecz).  A to okrągły biały kołnierzyk przy szyi, a to kwadratowy, a to bardziej wyłożony, a to z koroneczką szerszą, a to węższą... do mundurka przytwierdzony miałam.

Wszystko czyste, wyprasowane, perfekcyjnie dobrane... jeśli granatowa wstążeczka we włosach, to granatowy paseczek... zawsze dwie rzeczy przynajmniej musiały ze sobą korelować.
- Przywdziewamy ubrania, ubierać możemy choinkę, a buty też wkładamy, a nie ubieramy - do znudzenia powtarzała mama, a babcia jej wtórowała.
- Ładnie siedzimy, prosto chodzimy, estetycznie jemy, dużo czytamy... nie obrażamy się, słuchamy... dystans mamy do siebie, tolerancję dla innych i poczucie humoru nie opuszcza nas w najgorszej  nawet chwili (a zwłaszcza w tej najgorszej ;-)… na egzaminie nigdy nie oddajemy pustej kartki ;-) )

A po co? A na co, to było?
Po to, by łatwiej mi  w życiu szło...  By mimo biedy, z wyprostowanymi plecami, podniesioną głową, odważnym spojrzeniem kroczyć przed siebie.
A nic tak nie dodaje pewności siebie, jak eleganckie przyobleczenie i odpowiednie do ludzi nastawienie.
Przede wszystkim kobieta ( uwielbiam nią być :-) ) bez względu na stan... damą być powinna!
Te prawdy, żadne tam objawione, starałam się przekazać moim dzieciom... zwłaszcza córkom (choć niektóre dotyczą obojga płci).
I udało się! Bo nawet, jeśli ich w swoim życiu, do końca nie przestrzegają, to wiedzą, że:

- Dama nie przeklina i wulgaryzmów nie używa. Choć czasem nie sposób nie poprzeklinać, wulgaryzmem nie przeciąć jakiejś gadki. Dobrze wychowana kobieta wie, w którym momencie może sobie pozwolić na wyluzowanie, uwolnienie emocji by podkreślić znaczenie, rangę, dobitność danej wypowiedzi. Tylko po to, żeby być może ta konstatacja wyraźniej doszła do rozmówcy. Nigdy k... , ch.., czy inny tam,  nie ma prawa stosowany być jako przerywnik, przecinek, czy przymiotnik.
Oczywiście niewskazane jest by konwenanse nas ograniczały, powinniśmy być autentyczni w tym co czynimy. Ale co innego, w sposób wysublimowany, nonszalancki wręcz, melodyjny, krwisty z uśmiechem odpowiednio ustawionym...  powiedzieć: no k...a, jesteś nie do podrobienia!... A co innego: k...a zejdź mi z drogi, bo nie wytrzymam!
Inaczej brzmi k...a  przy wyrażaniu podziwu, inaczej przy zniecierpliwieniu, złości, zdenerwowaniu, rozczarowaniu czy jako przerywnik w zdaniu: no k....a przychodzę do sklepu, a tu k...a widzę Anię, a ta k...a? k...a ze Zdzichem siedzi, co to k...a pieniądze mi wisi i k...a mu chyba przyk... wię z tej k...wa okazji itd. itp.
Czasem jest tak, że: soczyste przekleństwo, wulgaryzm pieprzny głośno wyrażony, jest daleko lepszy niż strzelenie kielicha lub innej używki, od której może dama i niedama ;-) zostać uzależniona.
- Można się przecież nap.....lić i tak to niewiele pomoże, bo się przypadkowo można  wyp….lić. Z tego powodu up....lić;- i przez to spie...lić też coś można. Z kimś się pie…ić może być przyjemnie, albo zupełnie niepotrzebnie;-), gdyby z innej strony na sprawę spojrzeć.
 A z czymś nie pie…lić, lepiej by było.  Komuś podp...ić coś, albo jeszcze komuś wpie...lić na dobitkę - to samo zło. Kogoś opie…dolić, bo przelała się czara goryczy czy złości, też zdarzy się.  Wszystko po to, żeby nadać ekspresji, mocy swojej wypowiedzi, by dla drugiej strony ona była bardziej oczywista. Tylko po co? Tyle jest słów, które mogą wyrazić nasze uczucia.
Może lepiej wymownie milczeć niż cokolwiek powiedzieć. Mądrze myśleć niż głupio gadać!
Ja tak uważam.
Choć? Pod...lę teraz sama  siebie...

 … tak na marginesie ;-))) kręgosłup mnie nie boli, tylko nap...dala! I czasem trudno znaleźć mi bardziej adekwatne określenie, a milczeć się nie udaje. ;-) i wtedy nap...dalam o tych mękach tak strywializowanie.
- Elegancko i stosownie do sytuacji przyodziana dama zachowuje się niezwykle kulturalnie, a co za tym idzie... zna język polski (bo o Polkach tu piszę) i sprawnie się nim posługuje. Sprawnie tzn. ładnie, bez błędów językowych, które ranią uszy (mnie osobiście bardzo przeszkadzają) :
*  mówi o czymś w "cudzysłowie" nie w cudzysłowiu.
* i wie, że nie da się czegoś "wymyśleć", lecz wymyślić można całkiem dobrze.
* ogórek zgniły może się zdarzyć, ale zgnity może zaszkodzić.
* i takich bodźców, nie bodźcy, należy unikać.
* a światło włączamy, a nie włanczamy, choć dla poboru energii to nie ma znaczenia. ;-)
* przekonuję, przekonywuję wszystkich do pozytywnego myślenia, a nie przekonywywuję (takiego słowa po prostu nie ma).
* cofanie do tyłu, kontynuowanie dalej, uprzejme proszenie - też jest denerwujące. Zadaję sobie pytanie: jak można prosić nieuprzejmie, albo cofać do przodu? ;-)))
* stwierdzenie: półtorej roku już minęło zamiast półtora roku - to bezwzględnie rani moje uszy.
* fierany w oknach? Nie, lepiej rolety, jeśli nie wie się, że to błędne, bo w oknach firany, nie fierany są.
* szłem w wypowiedzi mężczyzny, zamiast szedłem, to drażni mnie ewidentnie i facet może więcej do mnie nie odzywać się.
* tort muszę kupić, nie torta, zawiązać but, nie buta... ale ogórka jem z apetytem.
* jeśli zgadzam się, że niektóre horrory mogą strasznie męczyć, a sąsiad strasznie denerwować, to zupa nie może być strasznie dobra, a inny sąsiad strasznie fajny. Coś pozytywnego nie może straszyć i jednocześnie cieszyć mnie.
* przynajmniej i bynajmniej, to są zupełnie nierównoważne słowa i nie można ich używać wymiennie, bo znaczą coś innego, i tym samym zmieniają rozumienie wypowiedzi:  - Przynajmniej raz w roku wyjadę nad morze. -  Bynajmniej nie zaskoczyłaś mnie tym wyznaniem.
* mam tę książkę, proszę tę panią, tę dziewczynę lubię itd... nie tą! - Proszę pani, która jest godzina? - zapytam. Nie: Proszę panią, która jest godzina?
* wszystko jest czyjeś: czyjeś buty, czyichś piosenek słuchamy. Czyje to jest, do kogo należy? Ale absolutnie nie: kogo to jest?
* lubiłam! nie lubiałam, czy lubiałem. Brrrrr…
* rozumiesz, no wiesz, powiedzieć ci coś (?),  po prostu, generalnie, wiesz, w ogóle to, prawda, doprawdy... dodatkowe, powtarzane słowa w jednej wypowiedzi. Jeśli  rozmówca upodoba sobie jeden z tych zwrotów i w co drugim zdaniu je używa, to? to idzie oszaleć ;-) Ma się ochotę powiedzieć: na temat, proszę na temat. :-)
* wypatrzyłam super ciuch, a nie wypatrzałam super ciuch i  dodatkowo poza  wypatrywaniem ;-) supercena to poprawne jest zapisanie, a nie super cena, choć tak samo brzmi. ;-) Ortografia wymaga łącznego pisania supercena, choć reklamodawcom wygodniej jest pisać osobno super, bo wtedy łatwiej pokazać, że coś jest wyjątkowe. ( Niewyjątkowo czepiam się. ;-) )
* tymi rękami, nie ręcami przed tym wszystkim osłaniam się i nie piszę, ani nie mówię wziąść tylko wziąć sprawy w swoje ręce.
* śmiać się można ha, ha , ha i cha, cha, cha, też jest dobrze. Chichotać zawsze przez ch i tak, i tak jednakowo brzmi, ale pisze się przez ch.  Teraz przypomina mi się pytanie młodszego syna  (w wieku szkolnym, podstawowym oczywiście):  mamuś, czy żaba przestanie być żabą jak się ją napisze prze rz? Wtedy zatkało mnie … na moment. Warto znać swój język, jego zawiłości, bo jego znajomość należy do ogólnej kultury człowieka, która jest składnikiem życia. Taki banał. Lubię niektóre banały.:-)

Mogłabym tak dłużej wymieniać, ale nie chcę zanudzać. Dbałość o jasność, formę wypowiedzi, też jest miernikiem naszej mądrości, dojrzałości, szacunku dla siebie i  naszych rozmówców, słuchaczy, interlokutorów.
Nie chcę stawiać się tutaj, przed Wami, jako jakiś wielki autorytet i osoba wszystkowiedząca. (Ani ze mnie Kopaliński, ani Miodek, ani Bralczyk, czy w innych dziedzinach mędrcy … nie pretenduję do zacnych ludzi … jedynie w tym zakresie, że m.in. też od nich czerpię wciąż wiedzę :-) )
Nie widzę nic złego w tym, że chcę się podzielić swoimi spostrzeżeniami, tym co ja wiem. Po tych przeżytych latach, mam poczucie, że potrafię upiękniać drobiazgami sobie świat.***
Dlaczego ktoś nie miałby uszczknąć z tego troszeńkę i nie popełniać swoich błędów, jeśli na cudzych poduczyć się może. ;-)

Od dzieciństwa, gdy tato czytał mi zamiast bajek "Lato leśnych ludzi",  uczył na pamięć "Pana Tadeusza", usypiał Orzeszkową, zaśmiewał z Zagłoby …   od tego momentu czułam, jak ważne jest  ładne wysławianie się, jak ciekawe, i piękne rzeczy w książkach wyczytać można.

Doczekać się nie mogłam, kiedy czytać zacznę sama i z tatą rozmawiać jak równy z równą... opowiadać o przeczytanych historiach, np. o powieści kryminalnej "Zły" Leopolda Tyrmanda, którą przeczytałam jednym tchem (i do dzisiaj tak z nią mam. ;-) )

To on, wyczulił mnie na wypowiadanie się z nienaganną dykcją, używanie odpowiedniej tonacji, być grzeczną dla wszystkich, ale też nie dać sobie wejść na głowę... nie podnosić na nikogo głosu, nie krzyczeć (chyba, że w przypadku trwogi) i nie "łykać" końcówek słów... Nauczył używać sarkazmu zamiast pistoletu, riposty w obronie, żonglowania przysłowiami i aforyzmami. Na punkcie ortografii, ładnego stawiania liter, dbałości w pisaniu np. listów... miał pewnego rodzaju fioła. :-)
To premiowało, w każdym czasie życia… procentuje do dzisiaj.
Chciał mnie nauczyć śpiewania... tu byłam oporna... gry na instrumentach... poddaję się... nie wytrwałam, choć bardzo chciałam. Tu poniósł klęskę, ja porażkę. ;-(  Ale ideałów nie ma.

Za to, mama i babcia, dbały o to co na zewnątrz... I były w tym perfekcyjne, obie. ;-)
Bo nie (wy)starczy (jak mawiał tato: starczy może być uwiąd ;-) ), mieć  na sobie idealnie dopasowane ciuchy... czyli tak jak ja lubię. ;-) Płateczek kwiateczka w bluzeczce, w tym samym kolorze - co paseczek w spodeneczkach. Kolczyk w tonacji bucika i torebki. Nie za dużo biżuterii. Jeśli wielkie kolczyki, to nic ponadto, oprócz zegareczka. Okucia srebrne przy torebce? To też srebrny zegarek. Złoto z uszu zwisające, to złota bransoletka, ale wtedy bez żadnego na szyi wisiorka. Jeden, góra dwa pierścionki na ręce, ale wtedy minimalistycznie dopasowana góra. Chyba, że taki dzień przychodzi, że mamy chęć wyglądać jak choinka bożonarodzeniowa.  :-)))) (Takie dni mnie nie dotyczą. :-) )
To co pod płaszczem, powinno korespondować z płaszczem... przynajmniej jednym elementem.
Suknia w zielone wzorki, niedopuszczalna z płaszczykiem w kratę fioletowo - żółtą. 

Bawię się modą, mieszam style, na ile to jednak współgra ze sobą; lubię dobierać poszczególne jej elementy (bawi mnie to)… kolorystyka wyraża mnie, danego dnia. Tak jak jej rozwiązania są spójne z tym, z tym co mam w głowie… czyli zamierzony ład lub perfekcyjnie dobrany miszmasz. Nic nie jest bezmyślne i zawsze czymś uzasadnione.  Dbam o szczegóły, które tworzą całość, zadowalającą mnie.
Na jak długo wystarczy mi inwencji i sił?
Nie wiem. To inny temat. Tak jak moda odrębnym jest zagadnieniem. W dzisiejszym rozważaniu chodzi mi bardziej o estetykę, nienaganność zewnętrzną, która ma się spinać z zewnętrzną jakością człowieka - kobiety - damy.

Przy czym nie zapominam, a nawet doskonale pamiętam, że to "nie ubiór zdobi człowieka", choć wiele o nim mówi, ale przede wszystkim to, co ów człowiek ma pod grzywką, albo pod łysym czołem. ;-)

*** Ten szyk przestawny, w formułowaniu myśli też nie jest nowoczesny i też daleki od okej. ;-) Tato przewraca się w grobie. Ale jeśli zacznę pisać, tak jak według wszelkich reguł powinnam... To czy będę to ja? Czy powinnam to zmieniać? Czy ma to wpływ na to, czy jestem damą czy nie...? Zastanowię się :-))

11:15:00

Sok z buraków... co mogę jeszcze zrobić?

Sok z buraków... co mogę jeszcze zrobić?


Co mogę jeszcze zrobić, gdy stara już jestem?

Takie przemyślenia mnie dopadły, gdy kroiłam buraki... buraki skądinąd zdrowe warzywo, źródło białka, cynku, polifenoli i innych takich, a przede wszystkim błonnika, a błonnik to wiadomo...  a jeszcze miażdżycy można zapobiec, anemii nie mieć, zawału serca nie doczekać ;-) tak szybko, albo wcale. Wszystko za sprawą buraka jednego, spożywanego najlepiej w postaci soku buraczanego.  Wprawdzie z jednym "burakiem" miałam kontakt małżeński i ten wcale nie zadziałał na mnie prozdrowotnie... ale to już przeszłość... teraz burakiem miałam nadzieję poprawić przemianę materii, oczyścić organizm z toksyn oraz zapomnieć o jedzeniu :-)

Tymczasem? Zapomniałam o czym to pisać miałam (?)

Nie, nie pisać... Chwilowo kroję buraczki na małe kawałeczki, żeby je wdusić do sokowiróweczki, patrząc znad deski na wschód słoneczka … i mając?
Mając przemyślenia: co mogę jeszcze zrobić, gdy stara już jestem?
Patrzę jak do szklaneczki soczek spływa wiśniową smużką, a do drugiej buraczane suche wióreczki... Jakie to smutne pomyślałam... soczek błyszczący, żywy, opryskuje w kolorze radosnym i plami... tym daje znać o sobie... i te pozbawione koloru resztki, którym żaden imbir, mięta, pietruszka zielona, tudzież bazylia... nie pomoże... Może sok z cytryny by je ożywił?
Ta teraźniejszość, ten bezpośredni odbiór rzeczywistości wybił mnie całkowicie z myślenia jakiegokolwiek.

Duszkiem wypiłam smakowity soczek, resztę przelałam do pojemniczka, szczątki buraczków  zgarnęłam, sokowiróweczkę (właściwie wyciskarkę ;-)) sprawnymi ruchami rączek rozkręciłam na części... umyłam... wszystko poczyściłam... i nie do kubełka pod zlewem kuchennym (co duże jak się okaże znaczenie miało)… lecz od razu, zaraz na zewnątrz, do wielkiego śmietnika resztki niezjadliwe buraczka wyrzuciłam... co by mieć porządek, bo porządek wokół, to porządek w głowie... jak babcia mówiła. Uff... jak się narobiłam. Ale z rytmu, tego powyżej ;-)… już wybiłam ;-)

Co mogę jeszcze zrobić?
- Zaakceptować teraźniejszość... nie skupiać się na przeszłości i uwolnić od wizji przyszłości i tę pozostawić już młodym pokoleniom.
*Rany, jak to poważnie brzmi...

- Żeby nie schodzić ze swojej drogi…  uwolnić swój umysł od rozpatrywania, co było, co się wydarzyło, dlaczego?.., a może?  itp. itd.  A jeśli pomyśleć o przeszłości, to tylko w takim aspekcie, że był w niej jakiś dobry moment i czerpać z niego satysfakcję.
*Tak, to może być...

- Koncentruję się na tym co mam, nie zadręczam, że czegoś mi brakuje. Opieram swoje życie na ludziach wokół mnie, a nie na dobrobycie.
*Tak, tak warto żyć...

- Nie jestem idealna i nie muszę być. A jak się komuś nie podobam może patrzyć w inną stronę. Moja specyficzność czy wręcz ekscentryczność jest moja... Nie muszę być jak inni... Mam być sobą. Jestem sobą. Wciąż jest we mnie mała dziewczynka, wciąż jestem Dorotką... mój wiek nie pozbawił mnie odczuwania, umiejętności kochania, wzruszania się... W głębi duszy ciągle mam tyle samo lat i potrafię znajdować frajdę we wszystkim co robię.
*Taka jestem, taka prawda...

- Nie pozwolę już nigdy by ktoś obniżył moje poczucie wartości, godności, bo znam słowo "nie" i często używam go. " Nie" to w moim przekonaniu całe zdanie... nie muszę tłumaczyć się.
*Tego się trzymam... godność osobista niezwykle ważna dla mnie jest...

- Nie obawiam się też okazywać swoich uczuć, mówić, że kogoś nadzwyczajnie lubię, kocham czy zejść ma z mojej drogi, bo ona i tak wyboista jest, i nie ma miejsca dla dodatkowych kamieni.
 *I to jest istotne w życiu...

- Jestem tym co myślę, czyli wolnością i odwagą. Odcinam od siebie dołujące myśli i staram się robić to co lubię, co kocham.
* Powtarzam się, ale powtarzanie dobrych emocji upaja mnie...

- Popełniam błędy w dalszym ciągu, ale nie ciągnę już ich za sobą... wyciągam wnioski... dzielę się z nimi. I tak w świat idzie nauka moja.
 *Mam nadzieję, że tak jest...

- Problemy, trudne chwile każdy ma, a stary człowiek jakby jeszcze więcej...  Ale to co się da to rozwiązać trzeba, a co przydarzyło złego przemilczeć po prostu.
 *Ja tak mam...

- Ten czas tak szybko biegnie, nie pozwalam więc by sobie tak umykał bezwzględnie i każdego dnia kombinuję jak zrobić coś małego, jednocześnie wielkiego, by ten dzień wyjątkowy był.
   *Czasem lepiej, czasem gorzej udaje mi się to...
.
- Nic nie jest dane raz i na zawsze. I to nie jest wyznacznikiem niczego. Zawsze może być inaczej. To inaczej może przynieść nieoczekiwanie całkiem znośny stan.
  *U mnie tak jest... nawet bardziej niż przyjemnie...

- Wykluczyłam ze swojego słownictwa słowo "potem". Nigdy nie ma dobrego momentu, odkładanie na "potem" okazuje się w rezultacie całkiem niefajne, nie takie jak było wyobrażane. Dlatego najlepiej biec zaraz, spontanicznie za wymyśloną myślą.
  *Taka prawda... czasem "potem" w ogóle nie ma...

- Wiele razy upadałam. Świat z tej perspektywy wygląda zupełnie inaczej. Te porażki ukształtowały mnie. I teraz nie tak łatwo byle czym w ziemię mnie wgnieść.
*Wręcz trudno...

- Wdzięczna jestem każdego dnia, że zawitało do mnie słonko lub deszczem powitał mnie dzień. I myślę wtedy o tych, którym nie dane było już w tym dniu zobaczyć jak słoneczny promyk jest piękny.
  *Ta wdzięczność trzyma mnie przy życiu i jeszcze pozwala niebywale radosną być...

- Jestem dumna z siebie i nie przepraszam za to, że żyję... mam swoją rolę na tym świecie (każdy jakąś ma). Tak chcieli rodzice i dlatego jestem;-)
  *Nic mnie tak nie cieszy i bawi jednocześnie jak bycie na tej ziemi...

Co mogę jeszcze zrobić?

- Mimo, że nie byłam w życiu wolna od strachu, dzisiaj czuję, że jestem silniejsza niż kiedyś ( to nie do końca określony czas...). Wiem, że nie jestem sama i zawsze mogę liczyć na pomoc.
  *Ta świadomość dodaje pewności, a tej nigdy nie za wiele...

- Choroba to proces... wychodzenie z niej jeszcze dłuższy ciąg, ale jestem przygotowana i zdeterminowana by przejść go...
   *Dla siebie i bliskich dbam o swoje zdrowie, bo z niego wynika mój stan umysłu.... a ten? Wiadomo... wszystko mieści się w naszej głowie :-)

Nie wiem, co było w mojej głowie, gdy wraz z resztkami buraczków, pełnych zdrowych smaczków... wyrzuciłam na śmietnik... najważniejszą część wyciskareczki … nóż obrotowy razem z osłonką … ;-))))
Co mogę jeszcze zrobić? Bo soczków już sobie nie zrobię! :-)))











09:16:00

Zapełnić puste gniazdo....

Zapełnić puste gniazdo....

Puste gniazdo, syndrom pustego gniazda...Ta sytuacja może dotknąć każdą z nas, która ma dzieci. To wtedy, gdy dziecko już dorosłe chce wyprowadzić się z domu i zacząć swój własny życia lot.
I wtedy to smutek, żal, poczucie pustki ogarnia mamę latorośli, która postanowiła na swój sposób, samodzielnie żyć. Bez ułatwień jakie daje rodzinny dom, bez otoczenia codzienną troską, bez kurateli, bez pytań z niej wynikających, bez...

Mnie to spotkało przeszło rok temu, gdy ostatnie z moich dzieci postanowiło usamodzielnić się... nie tylko wyprowadzić się, ale też związać z innym człowiekiem... i z nim zacząć budować nowe, swoje gniazdo.
Młoda jeszcze ta moja córka... ledwo zdała maturę i dostała się na studia... a tu znalazła szczęście w innym miejscu, przy innym człowieku...

W moim życiu to był ten moment, kiedy akurat spadło na mnie wiele innych trudnych spraw, które w tym osamotnieniu i początkowym niepogodzeniu z tą sytuacją... wydawały się jeszcze cięższe. Do tego moje ciało się zbuntowało i zaczęło boleć mnie całe, co ograniczało funkcjonowanie.
To z kolei nakręcało psychikę, która to wznosiła się, to upadała... huśtawka jest dobra dla dzieci, a nie dla starej kobiety, więc czułam, że zaczynam się po prostu sypać.
Poczułam się mało wartościowa, niepotrzebna i odrzucona. Moja wartość w moich oczach spadła do zera, a może jeszcze niżej :-)

Do tego troska, że moja najmłodsza córeczka rzucona w wir nauki, pracy, prowadzenia domu, pielęgnowania tak świeżego związku… będzie miała ciężko w odosobnieniu od rodzinnego domu... to mnie zabijało. Na moją kondycję psychofizyczną bardzo, bardzo źle wpływało.
Więź moja z córką poprzez to, że osiemnaście lat pokazywałam jej życie sama, bo mąż umarł, kiedy ta miała zaledwie przeszło dwa lata... ta więź  była (jest) szczególna.

Wszystko, dosłownie wszystko robiłyśmy wspólnie. O siebie razem walczyłyśmy. A tu nagle taka zmiana... nie jestem już codziennie mamusią... nie mam w domu dziecka... jest na końcu telefonu... a ja jestem stara i samotna, niepotrzebna nikomu.

Zmiany hormonalne już przeszły, ale podatność na różne zewnętrzne czynniki powodujące wręcz depresję... nasiliły się. Tak bardzo, bo dodatkowo byłam samotnym rodzicem  i po opuszczeniu domu przez córkę... on stał się zupełnie pusty.

Połowa energii z niego uciekła, a ta co pozostała to była już słaba.
Ciężkie wydarzenia, które miały w tym czasie miejsce  spotęgowały moje cierpienie.
Dopadł mnie syndrom pustego gniazda. I nie puszczał.
Choć dobrze wiedziałam, że prędzej czy później do tego dojdzie... jakość trudno było mi się z tym faktem pogodzić. A przecież ja sama, ukochana rodziców jedynaczka... skończyłam osiemnaście lat i zakomunikowałam im, że gdzie indziej jest mój świat. Zakochałam się i ciepłe gniazdo opuszczam by budować swoje, na swój i ukochanej osoby sposób.

Mama płakała choć tego nie pokazywała, ale ja widziałam... tato się nastroszył i jeszcze mniej mówił niż zwykle, a babcia? Babcia się cieszyła i mówiła, że skoro to jest moje szczęście, tak je widzę, to ona mnie wspiera i życzy wszystkiego, wszystkiego najlepszego. Ale i tak jakoś smutno się zrobiło. na szczęście rodzice mieli siebie i jeszcze ta babcia w zdrowiu obok nich żyła. A ja sama z moim wybrankiem nowe życie założyłam. Czas pokazał, że dobrze zrobiłam i to kolejne gniazdo całkiem fajne było... pełne dzieci, śmiechu, radości... a smutki i inne przykrości? Jak to w życiu też się zdarzały... wiadomo... życie  najbardziej kolorowe też potrafi boleć.
I teraz z tego gniazda wyfrunęła najmłodsza ukochana córeczka i to ranę zadało.
Tak bardzo, że zwykłe dolegliwości przeradzały się w ból bezlitosny i do tego przewlekły.

Ale minął rok. Mieszkamy osobno, ale słyszymy się kilka razy dziennie i widzimy też wiele razy w tygodniu. Rozmawiamy jak dawniej czy to osobiście, czy przez telefon czy internet, robimy wspólne wypady do miasta, na wycieczki. Uczestniczymy czynnie w swoim życiu. Alicji gniazdo jest jeszcze w budowie. Cieszę się, że mogę pomóc jej słowem, radą, czy jakąś bardziej czynną postawą w realizacji jej marzeń.
Nie troskam się już o nią, ani o jej związek z jej narzeczonym. Widzę, że jest szczęśliwa i to jest moim ukojeniem... widzę, że razem są szczęśliwi (planują w przyszłym roku ślub) i to jest moja radość.
Czuję, że mój uśmiech ma dla nich wielkie znaczenie. To jaka jestem, jak się zachowuję, jak odbieram świat, jak się ustawiam do niego odbija się w ich związku. Ode mnie też zależy czy ci młodzi będą zadowoleni.  A obcowanie ze mną nie będzie dla nich przykrym obowiązkiem tylko niewymuszoną przyjemnością.

Pozornie tylko wydawało mi się, że to już koniec mojego występu, mojej roli na tym świecie, że nie mając dziecka przy sobie staję się w szybszym tempie stara i już nie schodzę z tego świata tylko staczam się z prędkością światła. A to nieprawda!

Dzięki  Alicji zyskałam syna. Jej przyszły mąż jest dla mnie (a jestem specyficzna dość :))))) bardzo dobry, wyrozumiały i świetny kontakt mamy.
Jego troska jest wzruszająca i bardzo ujmująca. Czuję, że nie jest na pokaz tylko jak najbardziej naturalna. My się po prostu lubimy ;-))

 Ja? Ja zrobiłam sobie konfrontację z sobą... przemyślałam i poznajdowałam całe mnóstwo dobrych stron, które zapełniają moje "puste" gniazdo. W "cudzysłowie" puste, bo ono jest przepełnione wręcz.
Czym?

Tym czego już nie muszę, czego nie chcę, czego chcę, co mogę, lecz nie muszę... jestem jeszcze, więc mam prawo nie zgadzać się na coś, chcieć czegoś niezależnie od nikogo i czuć czego chcę nie obracając się wstecz tylko patrząc przed siebie. I nie wiem jaka długa będzie to droga, ale jest moja i nie ma takich przeszkód, których bym nie chciała pokonać by jak najdłużej nią iść.
Dlatego we wszystkich zmianach (teraz wiem) trzeba doszukiwać się jak najmocniej pozytywnych stron i czerpać z nich ile się da.

Myślenie o własnych potrzebach, spełnianie marzeń, wypełnianie własnego życia swoimi sprawami, a nie zamartwianie problemami innego gniazda, odnalezienie sensu życia w sobie, nadanie swojego kształtu nowej rzeczywistości, docenienie zwiększonej ilości wolnego czasu -  to wolność!

Pojawia się czasem deficyt czyjejś obecności, bliskości, ciepła, po prostu fizycznego odczuwania kogoś bliskiego... nawet bez słów, tylko z zapachem, spojrzeniem, wyciągniętą ręką z herbatą...
Ale świat nie znosi próżni, więc wszystko da się wypełnić. Ile się daje, tyle otrzymuje, więc każdy "osierocony" rodzic ma szansę na swoje spełnienie w życiu... niekoniecznie w oparciu o swoje dzieci.
Gdy moja najmłodsza córka wybiła się na samodzielność musiałam nauczyć się być ze sobą sama, dla siebie, polubić tę zmienioną sytuację.

Potrafię już cieszyć się przestrzenią, którą ja tylko zapełniam i moje zainteresowania, zajęcia, dbanie o siebie i pielęgnowanie związków mi przyjaznych oraz korzystanie z życia... bo przecież nic mnie już nie ogranicza... wszystko mogę... nic nie muszę.

Tak ostatnio czułam się gdy byłam małą dziewczynką, a rodzice zapewniali mi wszystko. Teraz też  tak jest... intelektualna beztroska....aaaaaa… słyszę wiatr.... już mój nastrój nie sięga ziemi, lecz dotyka nieba... życie ma sens. Dojrzałam, uświadomiłam sobie, że sensem nadrzędnym nie musi być rodzicielstwo do siedemdziesiątki mojej córki. 

Odkąd  byłam dorosła to wiedziałam, że kontrolowanie i niepozwalanie dzieciom na własny byt,  jest nie tylko nieetyczne, lecz zabójcze dla dobrych relacji między rodzicami, a dziećmi... i obie strony może doprowadzić do frustracji (może ta świadomość ułatwiła mi pogodzenie się z moją pustką po wyprowadzce córki).

Dzieci nie przychodzą na świat dla nas, tylko dla siebie (odkąd przychodzą na świat, warto o tym pamiętać ;-))… Zaborczość rodzicielska wobec nich... powoduje tylko jedno - tracimy je. A my sami zostajemy splątani tą pępowiną, która, już nie łączy nas, tylko dzieli z dziećmi. A nas? Nas dusi...  Tak zgorzkniali możemy doprowadzić do tego, że zagości w naszym pustym gnieździe zupełnie nie chciany gość - depresja.
Dlatego właśnie musimy walczyć z syndromem pustego gniazda - dla dobra siebie i naszych kochanych bliskich.





18:41:00

Mam za złe...

Mam za złe...

Niby taka jestem miła, uśmiechnięta, zadowolona, optymistycznie nastawiona, życie kochająca ponad życie, życzliwa i serdecznie... I na tym dość. Też swoje mam za uszami i też mam czegoś czasami właśnie dość, i żeby lepiej brzmiało ;-) serdecznie dość. Za chwilę już jest mi lepiej, bo w sumie szkoda tracić energię i czas na to co wkurza mnie. Chociaż dzisiaj ;-) jednak coś kusi mnie licho, żeby o tym co mam komu i czemu za złe (?) napisać ;-)

Zacznę od czasu:
Czasowi mam za złe, że jest taki niereformowalny... tylko w przód, w przód... goni. Niech by na chwilę przystanął chwileczkę, momencik w takim momenciku właściwym, kiedy motyle w brzuchu i frr... ta radość... Ech nie... zdaje mi się, że on tylko zatrzymuje się, gdy mnie boli... wtedy ta chwila długa jest... jeszcze dłuższa nich kolejka do ortopedy.

Rozmyślania o czasie są jednak zbyt filozoficzne i właściwie nic nie wnoszą, bo on… znaczy czas... i tak robi swoje. Niezależnie od rozpatrywania go i tak w każdym aspekcie życia daje o sobie znać... i nie zawsze, a raczej częściej niż rzadziej robi to w niezbyt elegancki sposób.
Natomiast warto rozpatrzyć sprawy, na które ma się wpływ. I to co się komuś lub czemuś ma za złe... zmienić w taki sposób, by już nie myśleć o tym źle.

I ja ma za złe rowerzystom...

Rowerzystom (nie wszystkim ;-). Mam za złe, że oni pędząc jak torpedy nie uwzględniają tego, że jednak większość idzie chodnikiem, a nie śmiga jak strzała. Teraz przykład prosto z mojego doświadczenia... z domu, pieszego wychodzenia ;-)  Wysiadam sobie z autobusu, na przystanku... nie z pędzącego... na wyznaczonym, oznaczonym miejscu, gdzie ten się zatrzymuje. Z niego wysiadają ludzie. Ja też wysiadam... człowiek, kobieta, nie w młodzieńczym opakowaniu, skręcona bólem grzbietu, pochylona pod ciężarem siatki z zakupami. Po pokonaniu dwóch stopni zadowolona stąpam na chodniku, już tylko prowadzącym do domu, gdzie prysznic by zmyć upał piekielny, a potem fotel, mineralna z cytryną woda i (?) … i jak mnie nie trzepnie, jak nie okręci w przeciwną od wyznaczonej strony drogę... uff..! Co to było? To szybki, wściekły, bo z bluzgami, które doszły mi do ucha... rowerzysta. Przejechał tak blisko mi przed nosem, że okulary zatrzymały mi się na ustach.
Nim zdołałam zareagować, odskoczyć w bezpieczne miejsce... dzyń, dzyń, dzzyyyńńńńńń… natarczywe świdruje mi ucho. Ale, które? Bo głowę mam nienaturalnie przekręconą.
Nie ma czasu do namysłu, trzeba pryskać... Nie w tę stronę! Nie w tę stronę!
Stoję na jednej nodze, bo druga macha nienaturalnie szukając wsparcia... właśnie znalazła je w torbie z zakupami, które już na chodniku odpoczywały.
To z przeciwnej strony, w kask srebrzysty przystrojony, kolejny rowerzysta przesunął mnie dalej, bez mej woli. Cudem, że nie leżałam, razem z zakupami.

Spokojnie, to nie daleko, zaraz będę w moim domu, spokoju... nikt nie będzie mnie przesuwał i mnie rugał.

Idę chodniczkiem wąziutkim, takim na pięć małych krateczek. Z prawej strony płot metalowy zabezpieczający budowę, spod niego wyrastają sprężyście różnorodne krzaki, a pośród nich wielorakie psie kupy... jedna na drugiej... ściśnięte... fuj... 
Po drugiej słupki, żeby trudniej było wyleźć na drogę. Tę dróżkę pokonują ci co idą z domu i wracają do niego, a także ci wszyscy co mają coś, do tych wcześniej wymienionych. Jezdnia ma tylko jeden chodniczek. Po drugiej stronie też budowa i jezdnia. Tam tylko przemieszczają się ludzie zaopatrzeni w samochody.
Idę tym jedynym chodniczkiem, lekko sparaliżowana, oglądam się za siebie... nikt za mną nie podąża. Więc wyciągam lekko, delikatnie, zupełnie nie na prosto, raczej w zgięciu rączkę lewą, by ją nieco wyprostować, uśmierzyć odrętwiałą...
A tu łup!!! Lewa rączka przetrącona... w prawo odepchnięta... ja w przeciwną stronę przekręcona... To rowerzysta w czerwonej bluzeczce, z łysiejącą koliście głową... jak gdyby nic przejechał dalej... jak gdyby nic! Skąd on się wziął?
Tak obrócona, tyłem do upragnionego celu ustawiona... patrzę przed siebie... sytuacją? już nie wiem czy bardziej przerażona, czy bardziej wkurzona.

Ale nie ma czasu na zastanowienie, bo na wprost biało srebrny mustang pędzi... wcale nie ma zamiaru ze swej drogi zjechać w bok, a już na pewno nie zwolnić… Język zaschnięty w gardle zduszony, teraz dodatkowo mi się skręcił... przymknęłam oczy, obróciłam w odpowiednim, domu kierunku i idę...
Blisko, bardzo blisko przy płocie z wyrastającymi krzakami i psimi kupami... nie bacząc na to, że ten mustang musi jakoś przejechać koło mnie, a nie po mnie...  Ale co tam rower… 
To chyba sen, zaraz się obudzę... Będzie dobrze. To na pewno sen...…………………. To na pewno sen... 

Wprost na mnie wyjechała elektryczna hulajnoga (szybka jak seks w windzie :-)). Nim zdążyłam zauważyć, kto nią kieruje... zobaczyłam niebieski kask... buciory też niebieskie... Iii? Nie dało rady... 
Leżałam już na d...e  w wyżej wymienionej psiej kupie, z nogami obronnie uniesionymi, z torebką na głowie, z której na nos wyleciały mi metalowe klucze. A zakupy?… nieważne. Poczułam i usłyszałam jak trzaskają mi zapinane między nogami zatrzaski, a elastyczne body (uwalnia mą kibić ze swobody ;-)) zwija się prężnie na brzuchu... gdzieś w okolicy pępka. A w głowie rozterka: jak wstać by lepiej nie oberwać, jak wstać by nikt nie zauważył, a może już ktoś zobaczył, że tu leży cała rozdarta stara kobieta i stęka ;-)
To był moment, który wydawał się godziną. Hulajnogi nie było. Ja wprost przeciwnie... zostałam :-))

- Pomóc pani? - usłyszałam nad sobą głos. Należał do sąsiada z przeciwka (charakteryzującego się tym, że ma wąsa, żonę, dwa miłe psy i zawsze nabzdyczony wyraz twarzy ;-)
- Nie! Przydepnąć! - głupie pytanie...  to już miałam w domyśle.
Prysnął jednak szybko, jeszcze szybciej niż pojawił się nagle... 
No i dobrze.
Podniosłam się rozłoszczona, że zastał mnie w takiej niekomfortowej pozie ;-) 
Wstałam, otrzepałam w dół sukienkę, body przeciwnie szło wyżej i zanosiło się, że ta wędrówka na tym nie poprzestanie ;-) Rozejrzałam się. Nikogo. Nikogo nie ma. Podniosłam dumnie głowę, wyprostowałam co dało się i … i co nie. Nie! Znowu! 
Chcę obudzić się. To musi być sen.  Pocieszam się. To prawda nie może być (?) Jedzie na mnie rower. Na rowerze mniemam, że mamusia... z tyłu kuferek, a w nim zadowolona mina dzidziusia. Drugi uśmiechnięty jedzie na rowerku obok. Z lewej pachołki, w środku mamusia z latoroślami, ja po prawej  wtulona w płot z krzakami i kupami... i pozostawioną tam przez kogoś hulajnogą…  całkiem, całkiem zdezorientowana...  Dlaczego to ja ciągle mam uważać, dlaczego to ja mam schodzić ze swej drogi?
………………………………………………………………………………………………………..
Jutro idę kupić sobie zbroję, kilka sztuk w różnych kolorach (modna i trendy jestem ;-) i ze wzorem wytłaczanym kolcami. Na głowę obowiązkowo kask... letni z dziurami, na zimę ocieplany. Na święta i niedzielę sprawię sobie pancerz ze srebrnymi  i złotymi szpilami, zakończonymi kulami wypełnionymi rozśmieszającym gazem. Na zmianę okulary w odblaskowym kolorze, takim samym jak torebka i elektryczne wrotki. Napis na pupie... Uwaga! Wysokie napięcie! w kolorze ognistym. Jedźcie wtedy na mnie wprost, z boku, z szybkością bezwzględną. Zobaczymy, kto prędzej dotrze do upragnionego celu i czyje będzie na wierzchu :-)

Już nikomu, niczemu... niczego nie mam za złe... jestem szczęśliwa, zadowolona i wdzięczna... wszystko  pryszcz... byle w całości znaleźć się w domu :-))







10:44:00

Żabą być...

Żabą być...

Żaba trawna, moczarowa,wodna - ogólnie nic pięknego nie ma w tym zwierzątku należącym do gromady płazów. Jednak wszyscy powinniśmy doceniać jej możliwości w łapaniu owadów, zjadania szkodliwych chrząszczy (w większości wielkich szkodników). Żaba zjada również ślimaki i larwy stonki. W związku z tym, że tak dbale opiekują się naszą przyrodą żabki, to są pod ochroną. Nie wolno ich niepokoić, robić im krzywdy żadnej, a już na pewno nie wolno ich zabijać.

Ale żabki mają swoich naturalnych wrogów... bociany i jeże skądinąd sympatyczne jedno i drugie zwierzę... na śniadanie lubią wtrącić sobie żabkę lub ewentualną ropuszkę.
Taki łańcuch pokarmowy: żaba zjada muchę, żabę wcina bocian, a bociana sęp, wilki i tak dalej.
Wśród ludzi też znajdziemy smakoszy żaby. Gdy mi opowiedziano jak się gotuje żabę i co ona wtedy czuje, szybko zrozumiałam, że niewiele mi do niej brakuje.

Wyobraźmy sobie, że umieszczamy żabę w naczyniu z wodą i zaczynamy ją podgrzewać... co się dzieje? Żabka dzielnie się temu poddaje. Wraz ze wzrostem temperatury wody zaczyna dostosowywać temperaturę swojego ciała. W normalnym jej świecie tym bez gotowania też tak czyni, dostosowuje się do środowiska, w którym żyje. Jeśli temperatura nagle wzrośnie, to jeszcze wyskoczy ze stanu wrzątku i uratuje życie, ale gdy ta sytuacja będzie delikatna i długa... przyjmie ją jako normalny swój stan i z przegrzania umrze. Będzie jeszcze próbowała coś zmienić, ale sił już nie będzie miała, bo całą energię zużyła na niedobre dla niej... przystosowywanie się.
Żaba umarła.

Jednak śmierć żaby ma o wiele głębsze dno do przeanalizowania, niż podsumowanie, że umarła ugotowana żywcem, czy z powodu udaru cieplnego, czy wręcz spalenia na mokro.
Żaba umarła, bo zbyt długo podejmowała decyzję. Kiedy jeszcze miała chwilę, jeszcze nie była zbytnio poraniona, gorącem poparzona... mogła wyskoczyć i uratować życie. A tak? Może została dodatkowo zjedzona (?)

Ja tak jak wyżej wymieniona żaba, mam częstą skłonność do przystosowywania się... nie reagując na to, że jest mi w jakiejś sytuacji niewygodnie, gorzej. Niepostrzeżenie, po cichutku, pod płaszczykiem przyjaźni pojawiła się w moim życiu kobieta. Czułam, że jest wyniosła, skierowana na siebie, że jej pycha, egoizm mnie bardzo dotyka. A jednak brnęłam w tę znajomość.
Całą swoją dobrą energię kierowałam by tę relację w dobrą stronę rozwijać, w kieszeń chowając swoją rację.
Potulnie godziłam się na wszystko, przytakiwałam jak trzeba, głową na "nie" kręciłam, gdy inna była potrzeba.

Mimo całego już zmęczenia emocjonalnego, wypalenia energii życiowej, mimo poczucia, że ja nie chcę dłużej być tak zniewolona, że ja do innego życia jestem stworzona... nie potrafiłam w porę wyskoczyć z tego związku.
Przyzwyczaiłam się, że ja jestem ta gorsza, co może kupować jedzenie na promocji, ale jej: Ewie - nie wypada. Nie mogą jej klientki czy znajomi zobaczyć, że ona miesza w przecenach... ona jest z wyższej półki.

Mogłam godzinami i o dowolnej porze słuchać o jej problemach czy powtarzanych tych samych historiach, gdy ja się chciałam nieśmiało odezwać... otóż kończyła się rozmowa.
- Sorry kochana, ja nie mam czasu... tyle roboty, tyle papierów.
I jeszcze taki zwrot zapadł mi w pamięć: kup to wino, nie jest takie dobre, ale tanie przynajmniej... ja moim gościom podać takiego nie mogę.
- Nie mogę sobie pozwolić na niemarkowe ciuchy... każdy widzi i ocenia. A ta torebka to stąd i stąd
są, i buty też stamtąd (tu wykaz światowych marek).
Kiedyś zaczęłam o czymś mnie dotyczącym opowiadać.
- To mnie nie interesuje  -  nie chcę słyszeć o takich rzeczach (choć tematy były różne; może niezbyt inspirujące dla tej młodej osoby ;-)) - w odpowiedzi usłyszałam.

Pocieszałam, wspierałam w rozterkach. Przyzwyczaiłam się, że Ewa zarozumiała jest, wyniosła i traktuje mnie instrumentalnie... nazwałabym to hedonizmem. Niestety :((
Nie słuchałam już, nie patrzyłam, nic nie mówiłam... nie pamiętałam, przemilczałam... co się dało w żart obracałam.
- Taka już jest... usprawiedliwiałam ją, bo żal mi jej było i przecież lubiłam ją. Bagatelizowałam, to co o mnie mówiła, czasem lekceważyła. Czułam, że jestem jej potrzebna... a najbardziej moja do niej cierpliwość, wyrozumiałość i łagodność. (Chyba myliłam się?)

Współczułam jej samotności... wspierałam w determinacji znalezienia miłości, której jak kania dżdżu pragnęła (pragnie do dziś... i życzę jej tego spełnienia z całego serca mego :-))
Myślę, że ona nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że ważniaczką jest, nie chce, bądź nie widzi swoich błędów...  Jej miłość własna jest większa niż ona sama. Kłóci się to z tym, że lubi zwierzęta.
Nigdy nie wiedziałam, kiedy i z jakiego powodu Ewa bez uprzedzenia strzeli focha lub obrazi się, bo po jej myśli nie pójdzie coś.
- To co ja robię, to co ja myślę i mój czas to wszystko nieistotne, pikuś wobec tego co ona Ewa ma na głowie. - Ale, to nic... przyjmowałam ze spokojem, choć nieco przykro było mi... Ale cóż, nikt nie jest idealny i sytuacji idealnych też nie ma.

Mimo wszystko ze swoją całą życzliwością trwałam przy niej wiele lat... z dwuletnią przerwą kiedy coś znowu jej nie przypasiło...  telefony przestała odbierać. Ale wróciła... jak gdyby nigdy nic... bez żadnego wyjaśnienia.
Uraz nie chowam wcale, więc ją przyjęłam = z powrotem. I znowu było jak było...
Ale teraz się skończyło! Mówi się, że tak dzban długo wodę nosi aż ucho nie urwie się... I tak się też stało! Musiałam być asertywna, musiałam pomyśleć o sobie w bardzo ważnej kwestii, stąd Ewie odmówiłam w nagle sprecyzowanej potrzebie.
Ewa oczywiście obraziła się!
Nie mogłam postąpić inaczej, choć bym najbardziej chciała.
Na szali jednej - była Ewy wygoda i odpoczynek... na drugiej mój czas na co innego wcześniej przeznaczony i walka o zdrowie, które jak się okazało w danej chwili, jest w większej katastrofie niż wcześniej się wydawało. Ucho się od dzbana urwało, a ja wreszcie znalazłam odwagę i siły naraz…

Wyskoczyłam z tego wrzątku, uratowałam siebie również w ten sposób, że w ogóle podjęłam decyzję (nie czekałam na odpowiedni moment)...  znalazłam w sobie moc, która uratuje mi zdrowie... ale też uświadomiłam sobie, że muszę inaczej spojrzeć na Ewę i siebie. Nie może być tak, że jedna ze stron czuje się gorsza, a druga chełpi wielkością... każdy ma prawo do własnego zdania... błędy są do zrozumienia i wybaczenia... jeśli nie chodzi o sprawę życia lub śmierci... to trzeba mieć do przyjaciół więcej tolerancji w zakresie wymagania od nich pomocy.
Nigdy więcej nie będę już żabą wrzuconą do wrzątku. A jeśli? by się jednak tak stało, bo różnie w życiu bywa, to już wiem, że nie będę czekać - wyskoczę od razu... bez namyślania!
Ta znajomość nigdy nie podważyła mojej pewności siebie, ale? Kilka razy w niemiłej konsternacji postawiła.
Nie chcę, żeby w relacjach z kimkolwiek to do mnie wróciło.

Żaba*… w symbolice chińskiej niesie dobrobyt i szczęście. Ale żywa!... nie ugotowana przecie ;-))






11:59:00

Syndrom(y) ... czyli co?

Syndrom(y) ... czyli co?

Syndrom... trudne słowo. Zwyczajne jak najbardziej wytłumaczenie... przypadłość, która dotyka każdego z nas. Różnego rodzaju bywa, ale nie da się uniknąć choćby jednej z nich, bo trzeba nic nie robić i zupełnie obojętnym, bez emocji być, by nie ulec którejś z nich. Przeróżne zdarzają się nam przypadki, zdarzenia wskutek, których cierpi nasza dusza i ciało też. Cierpimy na całą listę dolegliwości... nawet nie zdając sobie sprawy, że to są jakieś zaburzenia naszej świadomości, osobowości i co za tym idzie fizyczne osłabienia.

I nie zamierzam tu się wgłębiać w jakieś ciężkie zaburzenia psychiczne. Życie ma to do siebie, że jest składanką cudownych i zupełnie odwrotnych zdarzeń... czasem po prostu boli.

Dolegliwości psychiczne łącząc się z fizycznymi, wynikłe z tego, co przeżyliśmy, jak się do tego w danym momencie odnieśliśmy... to wszystko zbiera się w naszej głowie, w coś co nazwałabym - uzależnieniem, natręctwem niewysłowionym. Do tego uzależnienia dochodzi powoli, stopniowo... nie da się tego przewidzieć... aż zaczyna nam to bardzo, bardzo utrudniać życie. Zatruwamy się syndromami wszelakiego kalibru. Odciąć się nie potrafimy. Nie mamy siły? Może nawet nie wiemy, że w jakiejś matni tkwimy i z jakiego powodu cierpimy (?)

Nie da się zwyczajnie zamknąć oczu, jak wyłączyć światło, jak zasłonić scenę kurtyną... udawać, że coś się nie zdarzyło.
Odciąć od wszystkiego w zupełności. Musimy sobie zdać sprawę, że równie ważne jest nie tylko  co czynimy jak i to dlaczego? ...tak właśnie? nie inaczej?  Żeby odpowiedzieć na pytanie dlaczego się dręczymy, dlaczego ulegamy syndromom, albo wręcz stajemy się ich ofiarami... musimy dobrze zastanowić się nad sobą... przeanalizować wiele aspektów naszych poczynań... Przy tej pewnej świadomości... łatwiej będzie nam korzystać z teraźniejszości.
Skąd ja to wiem?
Z własnego życia, z obserwacji siebie i innych... Nie jeden syndrom mnie dopadł... nie jeden jeszcze w szponach mnie trzyma. Ale dzielnie walczę i Was przed nimi ostrzegam... w swój alfabetyczny sposób ;-))

A - Akceptacji. Syndrom braku akceptacji dla zmian.  Przecież zmiany to jedyny pewnik w naszym życiu. W każdej chwili może się coś zmienić i to bardzo istotnie może przewrócić nasze życie. Przestałam już opierać się zmianom, które napotykam na swej drodze... daję się nim ponieść i nie zamartwiam się, bo wiem, że nie musi być tak, że zmiana może być czymś gorszym od tego do czego byłam czy jestem przyzwyczajona.

B -  Boga. Syndrom Boga. Jeden z gorszych syndromów... zwłaszcza dla otoczenia tego co ów syndrom ma... czyli na wszystkim się zna, w każdej dziedzinie jest autorytetem... specjalistą, ekspertem i krytykiem w jednym. Nie zdaje sobie sprawy, że też jest swoim jedynym wyznawcą... och ;-) Znam taką jedną i niestety poznaję następne ;-)

C -  Cierpienia. Syndrom cierpienia z przeróżnych,  z ważnych i mniej ważnych powodów... na każdy temat  i z każdego powodu, i ciągła konstatacja, że przyjdzie za to zapłacić. Cierpienie z tego lęku nieustanne przeradzające się w męczeńskie wręcz doznania... och... Znam taką Ewę... swoim cierpieniem chce zwrócić swoją uwagę, nie potrafi już odczuwać radości... dręczy siebie i innych swoimi boleściami. Jednocześnie nie robi absolutnie nic, żeby im zaradzić. Zdaje się na to co przyniesie los. Tak zagmatwała się w tym, iż nie dostrzega wyciągniętej dłoni i cierpi... zamyka się na świat.

D - Dziecka. Syndrom dziecka. Nieistotny wiek i płeć (choć ja się spotkałam raczej z mężczyznami dotkniętymi tym kompleksem). A ten nie pozwala dojrzeć, powoduje, że mężczyzna nie chce dorosnąć, nie chce wziąć odpowiedzialności za siebie... za wszystko co złe obarcza innych. Znam paru (niestety) mężczyzn, którzy mają już dobrze po 50-tce, ale wciąż chcą być wiecznymi chłopcami i nie chcą przyjąć, odrzucają myśl, że są starymi dziadami. Taki jeden i drugi ktoś nie potrafi nawiązać partnerskiej relacji z kobietą, ani zbudować czegoś trwałego. Ta kobieta ma mu zastąpić mamę. On pełen temperamentu, chęci zabawy, radości chce koło siebie kobiety dla swojej wygody... O rety! Uciekać od takiego jak najszybciej.

E - Ego. Syndrom ego. Jestem ja, ja i po mnie choćby Potop Szwedzki... nie obchodzi mnie nic. Taki syndrom skutecznie uwalnia nas od przyjaciół. A bez nich? Wiadomo... smutno się żyje i trudno.

F - Fantazjowania. Syndrom nadmiernego marzycielstwa, czyli odsunięcia od rzeczywistości i nadmierne fantazjowanie. Takie działanie izoluje od innych poprzez zaniedbywanie swoich obowiązków, niepielęgnowania relacji z otoczeniem...  na rzecz wyimaginowanego życia. Gdy wolimy swój prywatny świat od świata zewnętrznego mogą zacząć się problemy... pełni niepokoju o nasze wizje, które stworzymy możemy mieć problemy ze snem... tak na początku... potem zmęczenie, wyczerpanie... to napędza kolejną chęć ucieczki od rzeczywistości i zatacza się krąg naszej niemożności poradzenia sobie z jak najbardziej realną teraźniejszością. Marzenia dobra rzecz, ale we wszystkim dobry jest też umiar.

G - GSA - Syndrom Genetic Sexual Attraction, czyli genetyczny seksualny pociąg do ludzi ze sobą blisko spokrewnionych.. Czytałam o takich przypadkach, gdy rodzeństwo rozdzielone w dzieciństwie spotyka się po latach, nie wiedząc o tym, że są tak blisko spokrewni... są ze sobą, pragną siebie jak nikogo dotąd. I tak rozpoczyna się dramat ich życia. … Bardzo smutne... wcześnie trzeba zapanować nad nim by nie dopuścić do sytuacji, które są nieakceptowalne z punktu widzenia prawa, społecznego zapatrywania i kulturowego odbierania.

H - Hamowania. Syndrom hamowania młodości, gdy za wszelką siłę chcemy zatrzymać młodość wszelkimi dostępnymi środkami z wykorzystaniem wszystkich możliwych środków (nie mylić z dbałością o siebie dla siebie i po to by specjalnie nie straszyć innych ;-)) Niezadowolenie wywołane nie takimi jak chcemy efektami z naszych starań może doprowadzić do depresji, albo jeszcze gorzej.

I - Idealnej sylwetki. Syndrom idealnej sylwetki... kosztem... zdrowia, a nawet życia. By ciągle być w rozmiarze S spędzać czas z listkiem sałaty w zębach popijanej niegazowaną wodą, na godzinnych  zmaganiach na siłowni, a w snach miażdżyć z lubością pełnokrwisty stek. Tak się marnuje czas ;-) i radość z bycia na świecie.

J - Jedynaka. Syndrom jedynaka, to zjawisko, które przedstawia się jako postawę wyjątkowo roszczeniową... osobę niepotrafiącą przystosować się społecznie i bardzo samotną przez wychowanie w przekonaniu, że jest kimś jedynym i wyjątkowym. To powoduje, że wśród jedynaków spotyka się wielu snobów, narcyzów skupionych jedynie na własnych potrzebach i zachciankach. Te osoby nie umieją się dzielić, ani nie wiedzą na czym polega pomoc innym. Ale ja niekoniecznie zgadzam się z tą tezą. Sama jestem jedynaczką i moje życie wcale nie było sielanką, a skupienie wyłącznej uwagi rodziców tylko na mnie powodowało, że odczuwałam presję udźwignięcia wszystkiego i to jeszcze w jak najlepszej postaci, by zarobić na uznanie i nie zawieść go absolutnie. Przez bycie jedynaczką miałam podwyższoną poprzeczkę we wszystkich dziedzinach życia. To z jednej strony było siłą napędową do odnoszenia sukcesów, z drugiej strony łączyło z negatywnymi emocjami takimi jak lęk przed niepowodzeniem. Tak więc nie wszystko jest takim jakim ogólnie się wydaje.

K - Kury. Syndrom kury. Dziobnąć tego, owego i ową. Walczyć z każdym człowiekiem i jego działaniem... ze wszystkim i wszystkim... zajadle, konsekwentnie rozgrzebywać.... bynajmniej nie po to by coś zbudować lecz z kurzą konsekwencją, ślepotą i móżdżkiem... niszczyć. Budować małostkowość, rozwijać tępe myślenie i zacietrzewienie. …. by pognębić każdego i wszystko co jest inne niż nasza filozofia, i nasze wybujałe zaspokojenie ambicji. Kurza zapalczywość i determinacja by wygrzebać głęboko zakopane ziarno niechęci, niepamiętanej podłości czy złości. Dla tych co dziobią to może być całkiem miłe zajęcie, ale niech uważają... prędzej czy później  znajdą się w rosole. Zostaną zjedzeni. A wszystko przez swoją nikczemność malutką :-), która nie umie przewidywać, że jest też jutro ;-)

L - Lenia. Syndrom lenia... ogarnia nas od czasu do czasu (mniemam, że nie często ;-), gdy nie chce nam się nic i długo nam zabiera zabranie się do pracy... za to odkładanie jej i robienie czegoś w zamian, byleby do tej właściwej nie zabrać się... ooo! to już o niebo lepiej nam idzie (padamy ofiarą prokrastynacji... według niektórych choroby geniuszy). Jeszcze powzięcie decyzji jakoś (czyli w sumie beznadziejnie ;-)) wychodzi nam, ale realizacja i zakończenie to już zmęczenie i osłabienie bierze nas... ogólne zniechęcenie i odwlekanie wszystkiego w czasie. I można sobie obiecywać, że następnym razem będzie już inaczej, ale schemat powtarza się. Zajmujemy się wszystkim na raz i zastępczo czym innym. Z tego wynikają następne kłopoty... tracimy pewność siebie, stajemy się chaotyczni. Czekając na lepszy moment zaczynamy żyć w strachu przed porażką, ośmieszeniem itd. Mogę stwierdzić bardzo osobiście, że: nigdy nie przychodzi lepszy moment... to tylko wrażenie, że może następny będzie odpowiedniejszy... nasza ucieczka i oczekiwanie to właśnie syndrom lenia. Przerobiłam go ;-)

M - Mesjasza. Syndrom Mesjasza... Walczyć z niesprawiedliwością wszystkimi siłami nawet w pojedynkę... nie dbać o siebie i swoich bliskich tylko w imię idei iść w stronę najprawdziwszej prawdy... Uznaję, szanuję wszystkich, którzy bronią dobra itd.... o ile nie idzie to w stronę jakiś sekciarskich zapędów... ale ja... ja nie nadaję się do zbawiania świata. Mam jedno życie i nie czułam, ani nie czuję w sobie powołania do zbawiania świata.

N - Niezadowolenia. Syndrom wiecznego ze wszystkiego niezadowolenia i marudzenia, które buduje marazm otoczenia. Wszystko na nie! Nie bo nie, dlatego, że nie... nie, nie, nie. I do tego ciągłe zarzuty, że inni mają lepiej, a to oczywiście niesprawiedliwe jest... uff.. Mam też swoje "nie": Nie zgadzam się na takich ludzi koło mnie. Zabierają mi energię i jeszcze nuda od nich wieje z tym ich - nie, nie, nie.

O - Opuszczenia. A zwłaszcza syndrom opuszczonego gniazda na myśli tu mam. Dotknął mnie osobiście i pewnie dotknął już, lub ma to przed sobą nie jeden rodzic. Gdy ostatnia, najmłodsza moja latorośl wyfrunęła, by uwić sobie swoje własne gniazdko... zrobiło mi się zwyczajnie smutno. Poczułam się stara, samotna, niepotrzebna, niezrozumiana, bardziej schorowana. I co najgorsze poirytowana. Niby cieszyłam się, że nowe się zaczyna, ale tym samym zaczęłam rozumieć, że ja się kończę... że więcej mam za sobą niż przed sobą i najgorsze, że nie mam się już o kogo troszczyć. Długo... za długo to trwało, żebym w ogóle chciała, nie mówiąc o zrozumieniu... zrozumieć, że tak naprawdę to jeszcze wszystko przede mną tylko w inny sposób muszę zapełnić pozorną pustkę wokół siebie (bo do tego głównie to się sprowadzało). Zyskałam kolejnego syna :-) Dokonałam odpowiednich rozliczeń... po stronie "ma" było więcej niż "miała" i dzięki temu pogodzeniu - nie jestem dzisiaj zgorzkniała. Można czerpać swoje szczęście ze szczęścia innych... wbrew pozorom to nie takie trudne... Mam zamiar być fajną teściową ;-)

P - Pieniądza. A raczej Pieniądza brak. Ten syndrom braku pieniędzy też prawie wszyscy odczuwamy, z jego powodu przeżywamy stres. Pieniądze są nam potrzebne do życia każdy to wie... jeśli nie zrobimy z nich celu naszego życia... możemy całkiem wygodnie i swobodnie sobie żyć.

R - Rozłąki. Syndrom rozłąki (choroby sierocej). Najpierw protest w formie płaczu, żalu, że nastąpiło rozdzielenie (z różnych powodów, ale nie o nich w tej chwili)… potem krzyk, agresja nawet przeciwko sobie. Żal, rozpacz... traci poczucie bezpieczeństwa. Gdy dziecko zdaje sobie sprawę, że niczego już nie zmieni wpada w zobojętnienie, apatię. Pozornie czuje się pogodzone, dostosowane do sytuacji. Ale to tylko pozory spowodowane przez alienację i zobojętnienie. Jego aktywność życiowa, rozwój emocjonalny i umysłowy spada. Trauma pozostaje na całe dorosłe życie. Przyjdzie się z nią mierzyć by nie wpaść w kompleksy, nie odczuwać bezradności.

S i T - Syndrom Samotności i Starzenia się. Och jak to łączy się... życie wspomnieniami, powoływanie się na lepsze minione czasy i tęsknota za nimi tak wielka, że zapominamy, że życie jest tu i teraz i tamto się nie wrati… Każdy ma taki kryzys, bo ludzie odchodzą i  w lustrze widzimy jakąś inną, zmienioną twarz. Lecz właśnie w czasie tej tęsknoty, smutku... upływa nam kolejna minuta... jutro, pojutrze będziemy żałować, że jej nie doceniliśmy... na próżne tęsknoty sprzeniewierzyliśmy. Wierzcie mi! Nie wiem wszystkiego najlepiej... ale tego jestem pewna... nie można ulec tęsknocie i poddać samotności. Szkoda tak głupio się starzeć :-)

U - Uzależnienia. Syndrom uzależnienia od drugiej osoby np. matki. Taki syndrom dotyczył mojego znajomego, który aż do śmierci matki nie miał przeciętej z nią pępowiny i poszło to w złą stronę. Facet nie potrafił wykonać samodzielnego kroku bez niej, a gdy raz wybił się na tę samodzielność, to matka gnębiła go wywołując poczucie winy tylko za to, że ośmiela się być szczęśliwy. On zatracił swoją tożsamość i autonomię i w kilku związkach nie potrafił się przez to odnaleźć i tak ma do dziś... Ona umarła zgorzkniała.

W - Wypalenia. Syndrom wypalenia to znak naszych czasów. W pewnym momencie wielu z nas czuje, że już więcej z siebie nic nie może dać ani sobie, ani innym... a wyścig szczurów nie zatrzymuje się ani, ani na chwilę. Wypluci, wypłukani z uczuć, osłabieni... zaczynamy skupiać się na swoich porażkach... I co czujemy? Rozczarowanie! Malutki kroczek do depresji już jest...

Z - Zranionej miłości. Jeszcze nie dążyła zaufać, a już pełna lęku Malwina... moja znajoma... tak się bała, że zostanie zawiedziona, iż odrzuciła miłość, która prawdopodobnie była jej jak najbardziej pisana. W ten sposób wpadła w sieć syndromu odrzucenia. Gdy poniewczasie chciała powrócić do ukochanego, zraniona kiedyś nie otworzyła się w porę na nowe wyzwanie, nie zorientowała, że jest szczerze kochana. Teraz cierpi ona i on. Trudno będzie to skleić.

Nie potrafimy odsunąć od siebie tych natręctw, przypadłości, dolegliwości? Musimy! Jeśli szanujemy swoje życie.
Trzeba sobie wytłumaczyć, przepowiedzieć: nie będę, nie chcę być ofiarą w swoim życiu i do tego oprawcą! Dlatego! Dlatego ja wciąż zastanawiam się nad sobą i ile się da zmieniam w tym kierunku, żeby mnie i ludziom koło mnie żyło się (?) jeśli nie lepiej to przynajmniej weselej!







Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger