17:18:00

O miłości, o zakochaniu... indywidualne (ALFABETYCZNE) wrzutki Starej Kobiety.

O miłości, o zakochaniu... indywidualne (ALFABETYCZNE) wrzutki Starej Kobiety.

O miłości, zakochaniu - już tomy napisano, wierszy nawymyślano i piosenek wyśpiewano, muzyki ponagrywano, seriali ponakręcano. Bo miłość jest ciągle nie do końca poznana, a przez wszystkich bardzo oczekiwana. Miłość jest  tym najlepszym, co może spotkać człowieka. Skupia w sobie słuch, wzrok, węch, dotyk, smak.

W każdym wieku inaczej jej się doświadcza, inaczej przyjmuje i inaczej komuś daruje. Jednakże w dorosłym już wieku...  można być w niej albo cymbałem brzęczącym, albo kimś doskonałym... pośredniej drogi już nie ma.

Żeby nauczyć się miłości trzeba najpierw być kochanym. I tu, ten dar, umiejętność, zmysł - wynosimy z domu. Dzięki nim, my jeszcze nie umiejący mówić wiedzieliśmy do  kogo się przytulić. Tak jak potrafimy patrzeć i dostrzegać piękno świata poprzez nasze oczy... tak jak docenić upojną muzykę dzięki słuchowi naszemu... tak dzięki sercu - potrafimy przyjąć miłość... i co najważniejsze! Obdarzać nią innych. Takie to proste? Nie bardzo! Tak jak nie  da się połknąć obiadu, tak miłość trzeba przeżuć dokładnie, przetrawić, by dobrze poznać jej smak i cieszyć z wartości jakie nam dostarcza.

Miłość jest niejako zakodowana w nas, ale to my, żeby korzystać z niej w pełni, po to by szczęśliwym być na tej ziemi... my sami ten diament musimy oszlifować, tak by jak najbardziej doskonała była w nas i z nas na innych się rozprzestrzeniała.

Miałam to szczęście: byłam kochana. I mam je nadal: jestem kochana. Dlatego czuję się jak najbardziej predysponowana... do tego by o tym smaku gorzkiej czekolady i mięty napisać, napisać o niej... dla zachęty. Dla zachęty by mimo, że trudne to uczucie... nie odpuszczać mu i nie dać nikomu przekonać, że można bez niego żyć.

A - Aromat, smak, sens miłości - dojrzewamy i te dozniania się zmieniają, inaczej niż lata wstecz... układają. Jednym z nas to doświadczenie zajmie parę dni by w nim zasmakować, by wiedzieć co najważniejszego w miłości tkwi. Innym zabierze całe lata prób by ją poznać, a innym nie wystarczy nawet czterdzieści by nacieszyć się nią.
B - Brzydką ona może być kobietą i on niecałkiem gładki, a miłość mogą stworzyć najpiękniejszą. Tak ich rozpromieniać będzie, że nikt nie zauważy ich zewnętrznych niedoskonałości i tylko będzie zazdrościć.
Ch - Chorym z miłości może być każdy... ta choroba nie oszczędza ani głupich, ani mądrych i  starych jak najbardziej się ima (na szczęście :-)) Tak chora to ja mogę być ;-)
C - Czas miłości może zatrzymać tylko śmierć.
D - Dezorganizuje życie... niby wszystko jest takie samo... Uczymy się, pracujemy nawet te same potrawy jemy, które przedtem... przed faktem zakochania... nim miłość nas powaliła na kolana. A jednak coś się zmieniło tak, że inaczej smakuje nam świat. A jak? Każdy ma inne doświadczenia.
E - Egocentryzm jest wtedy, gdy koło Ciebie stoi ktoś, kto wiesz, że kocha Cię i Ty też kochasz tę osobę, ale nie chcesz wyjść ze swojej strefy komfortu. A przecież naturalną cechą miłości jest to, że potrafi ona zmusić człowieka do jej opuszczenia. Nawet wtedy gdy był w niej bardzo szczęśliwy. Opuszczenie tego stanu, stworzenie nowego z drugą osobą, oczywiście za jej nieprzymuszoną wolą i zgodą - to jest wejście (być może... choć już uważa, że na pewno) na wyższy poziom szczęścia. Tak się buduje dobre - nie tylko miłosne relacje. 
F - Fantazja - ani o wschodzie, ani w południe, a już na pewno nie w nocy - nie może jej zabraknąć. Bez niej miłość nie ma smaku. Ona dodaje pieprzu. Ubiegły wiek. Już nie noc, jeszcze nie rano. Mąż budzi mnie i wyrzuca z łóżka. - Ubieraj się. Jedziemy na wycieczkę.
- Ale ja muszę do pracy - opieram się wodząc za nim zaspanymi oczami.
- Zadzwonisz, że będziesz później. W końcu jesteś szefową. - dodał tonem nieznoszącym sprzeciwu.\
Nie do końca ubrana, poddałam się jego woli i wpakowałam się do samochodu. Zbyszek uśmiechnął się zagadkowo. Niewiele po drodze rozmawialiśmy. On jechał. Ja przysypiałam. Po trzech godzinach szybkiej jazdy znaleźliśmy się nad morzem. Była wczesna pora, nikogo, ani żywej duszy - piękne odosobnione miejsce.  Do tego kocyk, kwiaty, koszyk z frykasami. Spojrzenia, dotyki i upojny seks w piasku i morzu. Gdy wróciłam do biura, pracownicy pytali z uśmieszkami gdzie byłam... skąd tyle piasku sypie się ze mnie.
- Było fantastycznie - odpowiedziałam tylko enigmatycznie i tajemniczo. Pojechaliśmy tylko po to, żeby się kochać na plaży- to była ułańska mojego męża - fantazja. Przyprawa naszej miłości, bez niej nie byłaby pełna.
G - Gardło - ono zasycha w momencie gdy on (albo ona oczywiście;-)) odzywa się do Ciebie  w czułym komplemencie.
H - Hamulec - to jest dobre urządzenie spowalniające, zatrzymujące. Ale w miłości hamulec może być groźny, pozbawiający nas swojej tożsamości. Jeśli hamuje nasze dążenie do wyrastania nam skrzydeł z pleców - by unieść się ponad wszystko, rozwijać i spełniać swoje indywidualne pragnienia. Miłość nie może być hamulcem, ma być bezpiecznym pedałem gazu na najwyższym biegu. Wtedy jest szczęście? 
I - Idealna miłość nie istnieje. Jak idealna pierwsza randka, co to może być idealna wpadka. Bo w kobiety postrzeganiu - Ona chciałaby patrzeć w jego serce, a on żeby patrzył w jej iskrzące się oczy... a nie od razu z łapami pchał się do obmacywania jej pupy. I z kolei On? Sami wiecie - rozumiecie - co do mnie, to przeżyłam  miłość spełnioną i miłość niszczącą. Żadna z nich nie była dobra, ani idealna, ani też zła. Te doświadczenia ukształtowały mnie i wzbogaciły. Kłaniam się im obu.
J - Jaja w miłości być muszą i to pod każdym kątem. Jaja - to facet teoretycznie mieć musi ;) Czasem zdarza się, że ona - kobieta ma ich więcej. Albo, że ona to dopiero ma jaja, a on niekoniecznie. Tak czy owak - jaja być muszą. Bo też bez żartów, przekomarzań, życia na względnym luzie, lecz bezwzględną odpowiedzialnością odpowiedzialnością za siebie nawzajem - bez tego w miłości się nie obędzie.
K - Kocha, nie kocha ... zastanawianie się. Moja przyjaciółka twierdzi, że kocha to miejsce między kolanem, a stopą. Nic więcej ;-) Po tym słowie niech on się spręży i pokaże coś więcej ;-)
L - Leniwym nie sprzyja miłość, bo to jest uczucie, o które ciągle trzeba zabiegać... pielęgnować i osobie przypominać. Bo nic nie jest dane raz i na zawsze i z miłością też tak jest... a jakże :-)
Ł - Łatwiej jest w miłości cieszyć się tym co teraźniejsze niż spierać się o to co było przedtem i jeszcze lekkomyślnie zachłystywać ledwie marzeniami o przyszłości.
M - Miłość jest wtedy najprawdziwsza, gdy kochamy osoby, które na nic kompletnie nie mogą się nam przydać... a wprost przeciwnie przysparzają nam kłopotów ;-)
N - Nic dwa razy się nie zdarza i taka sama miłość się nie powtarza. Kilku doświadczyłam, każda inaczej się do mnie mizdrzyła. To chyba nie były miłości, tylko namiętności. Ta prawdziwa niewiele mówiła i mnie lubiła, a nie tylko słowami chołubiła. Ludzie o wiele lepiej porozumiewają się za pomocą słów, które znają... te słowa określają nazwy i zjawiska, a nie nazywają symbolicznie.
O - Odpowiedzi. Są wtedy gdy zadajemy pytania. Gdy mi na kimś zależy nie zadaję pytań, na które nie oczekuję prawdziwej odpowiedzi i gdy one zupełnie mnie nie obchodzą. Rozmawiam tylko o tym co mnie zbliża do tych osób. I tylko wtedy gdy one też tego chcą.
P - Przed i Po. Ona i On. Ona Przed to urocza żabka... Po, to już stara ropucha. Przed Ona to skarb... Po; zwyczajna skarbonka. Przed On pokazuje ząbki... Po już tylko szczerzy kły. Uważaj złotko, bo tam leży błotko - tak mówi On do niej na początku. Po: uważaj ślepoto, bo włazisz w błoto. Przed, to Ona kusi... Po, to Ona nie musi. Przykłady te można mnożyć, ale tak być nie musi. Miłość wszystko przetrzyma, ale my nie musimy poddawać je takim próbom, że przestaniemy być tkliwi i mili, dla siebie nawzajem.
R - Rozum w miłości bywa wyłączony. Nie zawsze to co serce czuje, rozum w słowa przyoblec umie. I dlatego czasem ta miłość tak niezrozumiała jest. Jeśli jednak na rozumie będziemy się opierać w tym uczuciu, to nie będzie to prawdziwe... raczej układ jakiś.
S - Seks - łączy się z miłością choć istnieje też bez niej. Miłość nie sprowadza się wyłącznie do zaspokajania popędów... jeszcze trochę przyjaźni mieć powinna w sobie. Wtedy gdy młody człowiek staje się stary to przynajmniej... to przynajmniej nie czuje się zagubiony... wie na czym stoi... na trwałym fundamencie tego co wypracował przez lata. Lubienie, troszczenie się, zrozumienie połączone z wygibasami ;-)... nie one same.
Ś - Ślepa miłość być potrafi... jedna mnie tak zaślepiła jak poranne czerwcowe słońce, choć to w lipcu było. Zamknęłam ją w dłoni jak motyla, który na chwilę na niej przysiadł. Nie chciałam otworzyć tej dłoni.  Nie zwracałam uwagi na to, co inni mówią... kochałam pomimo wszystko co usłyszałam, a potem (co gorsze jeszcze) pomimo tego czego doświadczałam. Byłam jak w ciemnych okularach... gdy je zdjęłam Stara już byłam, ale jeszcze zdążyłam zrozumieć (a na zrozumienie nigdy nie jest za późno;-)), że życie w siódmym niebie to nie jest prawdziwe życie. W miłości trzeba opierać się na prawdzie i tej nie może zabraknąć w żadnym związku. I wtedy może nie będzie tak kolorowo, ale można wtedy odkryć (kiedyś) jeszcze większe szczęście.
T - Tajemnica, potrzeba prywatności to jest prawdziwa miłość... kupiona przez internet... na dyskotyce przypadkowa, czy gdzieś przy leśnej drodze trafiona... to nie miłość! To "kochanie"? Nie! To próbowanie. To czasem też dramatyczna chęć zostania dostrzeżonym. Nikt nie chce być sam. Stąd u młodych i nawet starych... te dowcipy, uśmiechy, gesty, które odgrywamy by nie zostać sami.
U - Umrzeć można za życia, gdy odejdzie ktoś kochany i tego nie da się wytłumaczyć... wszystko się zmienia i działa inaczej. Żadne uspokajające słowa nie ukoją... tego się nie da opowiedzieć jak zmienia ta sytuacja życie...
W - Wierność - to przyjaźń. Przyjaźń - to prawdziwość. Nie osuszanie łez tylko zgoda na ich wylewanie. Przywracanie radości życia i dzielenie klapy niepowodzenia. Mieć skarb i broń w jednym... to jest miłość, gdy uczestniczy się w szczęściu i rozpaczy drugiej osoby. I w jednym i drugim jest się tą upragnioną osobą.
Dodałałabym jeszcz spejalne W... Wolność... nikt nie jest własnością niczyją... nie ma takiej prawdziwej miłości, która ma prawo do zabierania wolności... Bez wolności nie ma godności. Tak kochać by nie naruszać godności drugiej osoby... jej tożsamości. Da się :-))
Z - Zranić w miłości można bardzo łatwo. Czasem zwykły drobiazg: jakieś spojrzenie od niechcenia, jedno za dużo słowo do tego wypowiedziane w gniewie, a czasem przejmująca chłodem obojętność, niezrozumiałe milczenie... jakieś nieważne szczegóły... a jednak? Zastanowić się warto zanim sprawi się ból swoją nieświadomością przez zbytnie skupienie na sobie. W miłości warto być na drugim planie... w tedy się od niej więcej dostanie :-)
Żal - Żal łączy się (czasem tak bywa) z miłością... łączy się też ze smutkiem i tęsknotą... a ja nie chcę smutku, więc nie żałuję niczego. I nie będę! Ci kochający mnie, co zeszli wcześniej z tego cudownego świata niż ja - zrozumieją to z pewnością, bo wiedzą, że codziennie o nich wspominam z czułością i radością, że w moim życiu byli. Ci. którzy mnie zdradzili... choć kochałam ich z całej siły... to ich jest kłopot, że mnie nie docenili... Mój żal niczego nie zmieni...

Teraz jestem kochana nie za to kim jestem, ale pomimo tego kim jestem. Szczęściara! Poznałam miłość, ciągle ją poznaję, ciąglę mam apetyt na nią, ciągle jestem nienasycona nią... i wiem, że tak już mi do końca zostanie.

Znajdzie się tysiąc powodów by nie pchać się jednak w żadne miłości, ale miłość jest właśnie jednym z najważniejszych elementów tworzenia własnego szczęścia, więc po prostu... nawet nie wiem jakby nas czasem bolało to uczucie - nie możemy go od siebie odrzucać.





19:15:00

Uwaga! Uwaga! Na szczęście są też wyjątki :-)))

Uwaga! Uwaga!  Na szczęście są też wyjątki :-)))



Pilna informacja! Do wszystkich... młodych i starych obydwóch płci. Do osób wszystkich profesji, różnego wykształcenia... ślicznych, przystojnych, a także tych mniej urodziwych. Ta informacja dotyczy mądrzejszych i nieco głupszych... majętnych i biednych... wszystkich co jeszcze wspinają się po linie życia, i tych z niej wolno już schodzących. Jednym słowem... do wszystkich rozumiejących i ciągle  żyjących :-))

Piszę te słowa w swoim imieniu, imieniu Starej Kobiety ... mam nadzieję, że moje słowa spotkają się z szerokim odzewem, a nawet poparciem. Piszę w oparciu o swoje 61-letnie doświadczenie, które szczególnie w ostatnim okresie przybrało na sile... skondensowało się ogromnie. Wszystko za sprawą kontaktów z innymi ludźmi, niekoniecznie w moim życiu chcianymi, ale i tak na drodze spotkanymi. Żeby dłużej nie owijać w bawełnę mówię wprost... Starzy, też mają prawo do życia! Nad nimi niebo i słońce jednakowe. Widzą też i czują choć wzrok, i słuch nie ten co kilka dekad wstecz poszło już precz.

Zwracam się:
A - Ogólnie do młodych ludzi ... Też kiedyś będziecie starzy i to nie jest straszenie, to się Wam przydarzy. Uroda przeminie, siły ubędą... tylko rozum (jeśli zadbacie o niego) będzie wartością niezbędną. Oczywiście w dobrej wierze wykorzystywany. Patrzenie z wyższością i lekceważeniem na kogoś starszego, w ruchach już niedoskonałego... już nie tak pięknego, zmarszczkami pooranego...  jest nie tylko niegrzeczne... lecz z wartościami ludzkimi sprzeczne.

W każdym zawodzie przychodzi się nam spotykać z młodszymi i starszymi... wszyscy są jednakowo ważni. Stare kobiety i starzy mężczyźni mają prawo dbać o swój wygląd... modnie ubierać, a nie w stare szmaty... usta i paznokcie malować - kobiety. I mężczyźni ładnie pachnieć. Miłość i seks  też nie jest przypisany tylko do młodego wieku. Urok osobisty pochodzi z wnętrza człowieka... z jego serca i głowy. To nie młodość tylko... czy uroda powodują, że dana osoba nam się podoba. Uśmiechnięta, umiejąca dowcipnie rozmawiać osoba, która nie wstydzi się swoich odczuć, potrafi interesująco zagadać i tym stworzyć pozytywną aurę... empatycznie podchodząca do innych i doceniająca życie... niekoniecznie musi być młoda. Trochę przychylnego spojrzenia na tych starych, docenienia ich doświadczenia i niekończącego się życia pragnienia. To, że ktoś jest stary, to nie oznacza, że nie jest wykształcony, nieświadomy swoich potrzeb i możliwości. To mogą być ciągle ludzie aktywni, o wielu talentach i nie należy ich przekreślać tylko dlatego, że mają opadające powieki.

B - Do lekarzy... nikt do Was nie przychodzi dla przyjemności. Irytacja, że kogoś coś  boli, jest chory i chce walczyć o siebie? Jest wyjątkowo nie na miejscu. Tu taki przykładzik niewielki. Pan jeden z doktorów tak się zdenerwował, że chcę by na badania mnie skierował iż spłowiała letnia opalenizna jeszcze mu dodatkowo posiniała :-) (Aż żal mi go było... na moment ;-)... niepotrzebnie;-) Pan doktor (jak się później okazało jeszcze)  wypisując receptę...  choć caałłyy! czas patrzył w srebrny kwadracik...  tak ją wypisał, iż pani w aptece, młodziutka dziewczyna - na jej realizację się nie zgodziła, bo wypisana źle była (chyba ten srebrny informator trochę go zmylił ;-) Druga sprawa to rozumiem, że przyjemniej jest badać młode dziewczyny (najlepiej zdrowe), ale stare też chcą żyć... przecież Pana matka jeśli daj Bóg,  żyje jeszcze (?) też chyba nienajmłodsza jest. I co odmówi jej Pan prawa do leczenia i zbędzie byle czym? Na wizytę u Pana (jako stara pacjentka... w sensie długo o wizytę u  Pana się starająca ;-) Czekałam 2 miesiące...  potem parę godzin w bólu na skrzypiącym krzesełku się zwijałam, nim do gabinetu zostałam wezwana. W czasie wizyty się lekko obsunęły... umówiona godzina zresztą nie miała nic do rzeczy, bo kto pierwszy ten lepszy. Ja nie przyszłam 3 godziny przed umówionym czasem :-(  Tak, więc pan doktor nie miał już zbytnio czasu... nie jestem w ciąży... nie będę na pewno... żadnej produkcji dla dobrej zmiany... W założeniu... nie jestem potrzebna... Najbardziej wkurzył go fakt, że przyszłam z wynikiem świadczącym, iż jego ostatnia diagnoza nie była delikatnie mówiąc ;-) koherentna z tym co ostatnio mi mówił. - Zapisać się za trzy tygodnie - usłyszałam w ostatnim burknięciu. Znaczy to tyle, że oto ja bezosobowa masa mam wpisać jeszcze raz do doktora i czekać co będzie, albo nie będzie ;-) Mam dużo czasu, żadnych dzieci... mogę zaczekać ;-)Otóż NIE! Ja nie będę czekać jak mi pan doktor sugeruje... walczyć będę dla siebie i może z innymi jak pan doktorami... ale zadbam o siebie... pan niech poleczy swoją żonę... ona nie może czekać... ona pewnie jest młoda :-))

Po tych uwagach, czas na wyjątki!
W moim życiu są całkiem spore, choćby się wydawało po tym co wyżej - iż jest inaczej :-)
Znam młodych ludzi, z którymi mam cudowny kontakt. Młodzi mężczyźni i młode kobiety... młodsi o parę dekad. Niektórzy przyjaźnią się ze mną... nawet dzwonią i opowiadają... czasem zapraszają na wspólne wypady... rozmawiamy, dowcipkujemy i różnicy opakowania nie widzimy.

Jest też Pani Doktor Małgosia, który widzi, że jestem kobietą i patrzy nna mnie jak ludzką pragnącą wciąż życia całość. Słucha o czym do niej mówię, nie lekceważy dolegliwości... wytrzymuje moje żarty ;-) i traktuje poważnie mój ból. Lekarka z powołania i do tego młoda :-) W swojej przychodni zorganizowała zespól starych i młodych ludzi, z którymi mogłabym się spotykać tak zupełnie prywatnie... tacy są fajni. I nigdy poza jednym niechlubnym wyjątkiem (jednakże młody ten pan, służbista, urzędnik... już tam nie pracuje)  nie zostałam tam źle potraktowana, ani nie widziałam, aby kogoś innego spotkało coś przykrego. Czuje się tam dobrą aurę... i to, że nie papierki... nie dokumenty... (choć wypełniane skrupulatnie), lecz człowiek jest ważny. W  powietrzu tej przychodni, jak to w każdej przychodni na pewno latają bakterie i wirusy swawolą, ale przede wszystkim czuje się tam opiekę, spokój i miłą (niewymuszoną przez nakaz służbowy) atmosferę. By taki moment, kiedy na krótko byłam w innej tego typu placówce, bo chciałam mieć bliżej... niedaleko od domu. Przekonałam się szybko, że lepiej daleko... wróciłam... i będę dojeżdżać nawert z Karpacza gdyby mi tam zamieszkać przyszło :-) Bo w końcu w życiu nic nie wiadomo i nic nie jest pewne :-)

Oprócz jednego: starość... jak ktoś ma szczęście:-) wszystkich dogania, więc lepiej jej tak nie znieważać.





 

19:27:00

Liście i kominiarze*. Całkiem NieROMANtyczna historia.

 Liście i kominiarze*. Całkiem NieROMANtyczna historia.
 

Piękne, wczesne jesienne popołudnie. Wlokę się, człapię wręcz po niezagrabionych liściach w parku. Ubrana w byle jaką , niepasującą do reszty bluzeczkę... na to kraciasty płaszcz w kratę tak wielką, że jedna osłania cały bok. Ciapam w strasznie poważnych, wygodnych szerokich pantoflach, takich jak to noszą panie (bez urazy ;-) koło setki będące. W ręku trzymam torebkę, co prawda ostatni modowy hit, ale tak to się ma do całości jak smark do rękawa jak to kiedyś prawiła pewna, znana mi dama. W reklamówce z jakiegoś Aldi czy innej Biedronki stos papierów i dokumentów arcyważnych, które dopóki żyję mają znaczenie... nieco później pójdą na spalenie. Taki widok mnie, to groza. Nic niedopasowane, do tego człapanie... i te liście spadające, i te które przydeptuję... frustracja jakaś mnie łapie? czy co powoduje, że tylko krwista szminka na ustach przypomina, że to ja jednak jestem.

To ja, Stara KOBIETA... nieco zmieniona. Przysiadłam na największej kupie liści, uprzątniętej specjalnie przez ludzkie ręce czy przez wiatr, które zgarnął je pod drzewo. Taki fotel z miękkim siedziskiem i twardym oparciem. Wyglądało to dosyć dziwacznie. Wokoło chodzili ludzie i dziwnie się patrzyli. A ja nic. Uśmiechałam się dosyć swobodnie, dając tym uśmiechem znać, że jest mi wygodnie :-))
Obserwuję liście, które już zapomniały co to fotosynteza, jak ja zaczynam zapominać co to radość niewymuszona. Dzień coraz krótszy, w liściach zanika produkcja chlorofilu... barwnika odpowiedzialnego  za kolor zielony... przypomniała mi się biologia i Balbina (jak nazywała ją moja klasa), która tłumaczyła, że gdy słońce zanika w zamian za chlorofil pojawia się ksantofil, karoten, antocyjany... czyli barwniki te znane z marchwi, papryki, dyni i tak dalej. Ha ha ha... po to uczyłam się biologii by ją analizować  50 lat później na kupie liści. Tak dumając ani się spostrzegłam jak wiatr zaczął mocniej dmuchać, liście głośniej szeleścić, a mnie robić się zimno w p... ;-) Te liście zgniecione przez moje przeszło półwieczne siedzenie - to ich rozkład zupełny, już się nie podniosą, nie zafurkoczą... pomyślałam mściwie ;-) Inne  też spadające z drzew na ziemię skończą również jak nikomu niepotrzebny, bezwartościowy niebyt. Siedziałam tak jeszcze przez moment... ogarnięta smutkiem, zagubiona we własnych myślach, samotna jak te pojedyncze listki, te bardziej kolorowe, jeszcze zielone, malinowe i słonecznie iskrzące pośród tych brązowo czarnych, szarych i butwiejących.

Zerwałam się nagle. Otrzepałam się. Już za moment szybko, sprężystym krokiem mknęłam pod pobliskim płotem by jak najprędzej znaleźć się w domu, by nikt mnie nie zauważył, by nie zastanawiał się... czy to Stara Kobieta czy jakaś Stara Bieda Baba?

Liście, ich oglądanie, dotykanie uzmysłowiły mi, że wprawdzie jesteśmy jak te liście, a wiatr jak to nasze życie pcha nas w różne strony. Ale też jak te liście odradzamy się co wiosnę na tym samym drzewie... jedni kilkakrotnie, inni nawet kilkadziesiąt wiosen. Ale nie do końca jesteśmy jak liście, bo tylko My - Ludzie mamy wpływ na to jak zakończymy nasze życie i jak zapamiętają nas inni. Czy przez poddanie się  różnym niedobrym zawirowaniom nie skończymy jak zgniły niebyt.

Kończy się jakiś jeden etap. To nie znaczy, że w następnym nic dobrego już nas nie spotka. Dobiegłam do domu. Ściągnęłam z siebie brudne szmaty. Bez zastanowienia wrzuciłam do foliowego worka i wypchnęłam tymczasowo na balkon. Za chwilę już siedziałam w wannie, w różowo białej pachnącej pianie. Szorowałam się starannie złuszczającymi naskórek mydłami, na twarz nałożyłam maseczkę w kolorze zielonym z saszetki z napisem "Moc młodości".

Natarczywy dzwonek do drzwi i jednoczesne pukanie dotarl ledwo co do moich uszu, ponieważ woda bez przerwy nowa do wanny leciała. Wkurzyłam się. - nigdy nie pamięta o kluczach. Zwinnie jak stukilowa sarenka wyskoczyłam z piany, owinęłam ręcznikiem, na zmoczone włosy już nie zwracałam uwagi, tudzież na zieloną maseczkę. Bez zastanowienia szeroko otworzyłam drzwi.
- mogłabyś pamiętać o kluczach...
- mhm... Dzień dobry, tu kominiarze*. Sprawdzamy przed zimą kominy. Salon i łazienka... prosimy o dostęp.
Dwaj młodzi inaczej niż ja, razem mający pewnie tyle wiosen co ja sama jedna (albo jeszcze mniej;-) do tego na pierwszy rzut oka ;-) mężczyźni ;-) patrzyli gdzieś ponad moją głową, ni to speszeni, ni to rozbawieni. (Ich miny? bezcenne :-))

Sytuacja była dość nietypowa... zabawna...? w umywalce pływały moje rózowe majteczki w żółte kwiateczki. O rany...  a ja w koronie piany na głowie, bez szminki na ustach... czyli goła! :-)) I ta zieleń wiosenna na licach (przynajmniej nie było widać zmarszczek ;-) Nie przypominając o innych niedostatkach w garderobie ;-))) (ale ręcznik przepiękny ;-))
- Proszę sprawdzać te kominy. Ja swojego jeszcze nie sprawdziłam, bo mi panowie trochę przeszkodzili -  chlapnęlam po prostu
Podpisałam papiery, że panowie byli... nie dopisałam, że mnie lekko zawstydzili ;-) Poszli. Przez tą podglądającą dziurkę w drzwiach podpatrzyłam jak rozbawieni patrzyli się na siebie :-))) Dzięki nim przynajmniej nie siedziałam za długo w wannie :-)

A zaczęło się parę tygodni temu. Myślałam, że pozamykałam wszystkie drzwi, za które zaglądać bym nie chciała... nawet chwaliłam się, że umiałam postawić kropkę pod wszystkimi w mym umyśle, sercu, przekonaniu załatwionymi sprawami. Cieszyłam się, że teraz w jesieni życia, jesienią mimo wszystko czuję wiosnę. Czułam, że w moim ciele, w całej mnie... rozkwitają coraz to nowe pąki życia i byłam dumna, że żaden wiatr nie ma takiej siły aby mnie przewrócić, bo ja potrafię się w odpowiednim momencie czegoś schwycić i trzymać... mocno.

Aż przyszedł kolejny cios,. Ten jeden drugi pociągnął... następny... nokaut??? Starałam się z każdego wyciągać coś dobrego. Mimo niepokojących wieści jeśli chodzi o zdrowie... eh... najważniejsze jest wiedzieć co jest i nie dać się tak szybko, bo jestem liściem, który spada, ale jakimś trafem zahaczył się o gałąź innego drzewa i się trzyma. Trzymałam się... mimo wirującego bólu w ciele... w sercu, głowie i oczach czułam radość istnienia jeszcze. Moje dzieci szczęśliwe, więc i ja tym ich szczęściem obdarowana, się nie poddawałam.

Aż otworzyły się drzwi, które zamknięte już były... to NieROMANtyczny, mój były już mąż, którego winę mam na piśmie (jak i swoją porażkę w tym samym) ... chce skrzywdzić moją córkę. Jakby nie dość krzywd nam wyrządził (?) Wszystko wróciło... odeszłam od siebie... przestałam być liściem zwycięskim, liściem laurowym... poczułam się jak podarty, szary liść.... liść przemijający, zdeptany. I dlatego przestało mi zależeć na czymkolwiek, usiadłam w parku jak stara nie jak Stara KOBIETA, na tej kupie liści.

Tam zrozumiałam, że mam w domu kredki i farby, i że mogę namalować nawet niebieskie jak niezapominajki, różowe jak płatki mydlane - liście, które swoim czarem, urokiem przebiją  zgniłe liście nieprawdy, czarne liście działań NieROMANtycznego. 

Zawahałam się przez chwilę i bardzo się tego wstydzę... dopóki jest się jeszcze liściem tańczącym, wesoło iskrzącym słonecznymi, miodowymi barwami - dopóty jest nadzieja, to trzeba się podrywać do lotu, albo trzymać gałęzi jak najmocniej, A nie pozwolić przydeptać pod byle buciorem.

Wróciłam do siebie, do znanej mi Starej Kobiety, która walczy... dobiera kolory, chodzi z podniesioną głową, uśmiecha się i maluje niebieskie liście. Witajcie znowu :-)))

* kominiarze - Babcia, gdy byłam mała kazała mi na widok kominiarza kręcić guzikiem ;-) ponoć miał przynosić szczęście :-)) Zacznę przyszywać guziki do ręczników ;-) Nigdy nic nie wiadomo :-))













19:13:00

Jesień... czas na dbanie z Fitomedem

Jesień... czas na dbanie z Fitomedem
Moc naturalnych składników, skuteczność i delikatność w działaniu, czyli Fitomed. Firma, której kosmetyki towarzyszą mi już od kilku lat - zachwyca mnie ich działanie, cena i naturalność :) Wiem, że zaopatrując się w kosmetyki Fitomed nie płacę za markę, jej reklamę, miejsce na półce w jednej z sieciówek, ale za adekwatne do obietnic producenta efekty widoczne na mojej skórze. 

Kiedy w kosmetycznych nowościach Fitomed ujrzałam produkty zawierające w sobie dziką różę (w różnych postaciach) wiedziałam, że muszę je wypróbować. Udało się... i po raz kolejny jestem zachwycona!  



Nawilżająca esencja do cery mieszanej "róża damasceńska" to połączenie kwasu hialuronowego, wody różanej, wyciągu z owoców dzikiej róży, pantenolu i kompleksu polisacharydów.
 
Esencja według obietnic producenta powinna nawilżać skórę, wygładzać, a także zwiększać zdolność naskórka do przyswajania substancji odżywczych zawartych w kolejnych krokach pielęgnacyjnych... i właśnie ta jej właściwość interesowała mnie najbardziej, bowiem zamierzałam stosować ją jako prekosmetyk dla oleju z dzikiej róży. Dwie krople esencji rozprowadzone po buzi idealnie ją koiły, delikatnie nawilżały, likwidowały uczucie ściągnięcia i pięknie się wchłaniały. 

To może powiemy sobie co nieco o składnikach tej esencji?
Woda różana działa odżywczo, nawilżająco i wygładzająco. Uwielbiam ją w każdej postaci, w tej esencji także mnie nie zawiodła. Kwas hialuronowy tworzy film hydrofilowy na powierzchni skóry - co prawda jego cząsteczki są zbyt duże, żeby mogły przenikać pod skórę, ale dzięki dobremu nawilżeniu warstwa rogowa staje się o wiele chłonniejsza jeśli chodzi o przyjmowanie substancji czynnych.  Wyciąg z owoców dzikiej róży zawiera witaminę C, garbniki, karotenoidy, kwasy organiczne, olejki eteryczne, cukry, pektyny... a to wszystko sprawia, że działa odżywczo i rozjaśniająco. Pantenol (prowitamina B5) jest nawilżającą substancją, umożliwiającą przenikanie innych substancji przez warstwę rogową skóry. Roślinny kompleks sacharydów wykazuje natomiast działanie nawilżające. 



Olejek miejski "dzika róża" to drugi etap mojej różanej pielęgnacji od Fitomed. Zawiera nierafinowane oleje z pestek malin, słodkich migdałów, z pestek truskawek, dzikiej róży, a także witaminy E i C.
 
Dlaczego nazwa olejek "miejski" - ma nas chronić przed oddziaływaniem smogu i w pewnej mierze szkodliwych promieni na naszą skórę. Tego w warunkach domowych nie mam jak sprawdzić, więc skupię się na jego "namacalnym" działaniu. 

Nakładam dwie krople produktu po wchłonięciu się esencji - olejek nałożony na taki "podkład" ładnie się wchłania  i nie pozostawia tłustej warstwy. 

I w tym produkcie Fitomed umieścił moc naturalnych składników :) 

Olej malinowy i olej ze słodkich migdałów słyną z właściwości antyoksydacyjnych i promieniochłonnych. Olej z nasion truskawki nadaje produktow delikatny owocowy zapach, a także jest źródłem antyoksydantów, wykazuje działanie nawilżające.  Mój ulubiony... olej z nasion dzikiej róży stymuluje  regenerację tkanek oraz pobudza produkcję kolagenu w skórze. Delikatnie ściąga i rozjaśnia skórę . A witamina E i C? To oczywiście antyoksydanty :) 

Połączenie esencji i olejku z Fitomed sprawdziło się u mnie bardzo dobrze - zapewniało mojej skórze komfort, dawkę nawilżenia, odżywienia i wygładzenia. To był cudowny, regeneracyjny, a także przepięknie pachnący rytuał dla mojej skóry, który ze względu na swoją wydajność - towarzyszył mi przez długi czas. Polecam :) 

*zdjęcia produktów pochodzą ze strony Fitomed

19:22:00

Reset... pomiędzy

Reset...  pomiędzy

Reset, czyli ustawić od początku, wyzerować. Definicja "reset" mówi o przywróceniu urządzenia do ustawień fabrycznych. To proste jeśli chodzi o telefon czy kompa, ale reset w życiu, by zacząć wszystko od nowa. To nie takie proste. Łatwo powiedzieć "reset", gruba kreska...  Łatwo powiedzieć, ale trudniej wykonać. Bo ile można robić tych początków... jedno małżeństwo... skończone, bo albo śmierć, albo niedopasowanie charakterów ;-) delikatnie mówiąc. Koniec jest koniec. Choroba jedna odepchnięta... ulga... ale cóż druga już do lędźwi puka. Jeszcze jedna przyczyna nieogarnięta, skutek niezlikwidowany, a tu serce coś kołacze zbyt mocno i suchość w gardle poddusza. Szkoła ta czy inna, potem następna... po radości ukończenia jednej tu trzeba w innej dalej wiedzę zdobywać. Tak też z tą pracą. Walczymy o nią, o awanse... po to, żeby się rozwijać, na wyżyny wspinać. Ale coś się nieoczekiwanego dzieje...  następnej szukać trzeba. Zmiana nieoczekiwana. Nie jesteśmy wstanie przewidzieć czy ten kolejny etap będzie dla nas lepszy czy z trudniejszym będzie się wiązał zadaniem. 

W końcu nastaje ten czas... między naszymi narodzinami, a przewidywanym końcem, bo on przed nikim nie jest ukrywany i dla każdego taki sam... Nastaje taki czas, w którym powinniśmy sami, świadomie sami przytrzymać włącznik zasilania i zastanowić się: co ważne jest, co było i powinno być w tyle ;-), czego jeszcze pragniemy i na czym stoimy. Ten moment nie jest absolutnie zależny od wieku. Czasem, przychodzi nam kilka razy w swym życiu ten klawisz stopu przycisnąć zanim w dalszą wyruszy się drogę. 

Życie to ten okres (jakby ktoś nie wiedział ;-) okres pomiędzy radością a smutkiem...; pewnością a zdziwieniem...; bielą a czernią... profesjonalizmem a rutyną...; zauroczeniem, a miłością... ; różnorodnością a samotnością...; troską a cierpieniem...; młodością a jej schyłkiem...; sennością z namiętnego upojenia a bezsennością z nerwowości...  I tak można by bez końca wymieniać, co w tym życiu jest pomiędzy. Ale dzisiaj zależy mi na tym, żeby zatrzymać się na na tej chwili pomiędzy tamtymi, tej chwili, w której należy się zastanowić: co dalej? Co dalej, skoro nadeszły jakieś okoliczności, sytuacje się zmieniły, wydarzenia nastąpiły przykre... wszystko nie tak jak chciałoby się by było. Bo przecież na co dzień nie pamiętamy, nie przypominamy sobie, że nic nie trwa wiecznie i wszystko zdarza się pomiędzy

Więc by zrobić w w swoim życiu nowy początek,  móc mieć siły do dalszego uczestniczenia w  tym  wspaniałym doznaniu jakim jest przebywanie na tej Ziemi... należałoby zrobić rozliczenie starych spraw, pogodzić ze stratami, uporać z żalami, przekreślić to co łzy z cierpienia oczy nam zalało, przebaczyć, odsunąć od siebie gniew i irytację na rzeczy, na które nie mamy wpływu...

Zamknąć się w swoim ulubionym, bezpiecznym miejscu, wyłączyć telefon, nie otwierać drzwi, może kliknąć muzykę, którą lubimy... poskładać "papiery", uporządkować fotografie... a może na odwrót nic z tych rzeczy tylko obejrzeć głupią komedię... sposobów jest wiele na to, żeby pomiędzy codziennymi powinnościami znaleźć czas dla siebie... dla poskładania co  porozrywane, dla pożegnania czegoś nieodwracalnego... odnowić siły na przekór wszystkim i wszystkiemu. Życie jest jedno i toczy się niezależnie od  tego czy świeci słońce czy pada deszcz, czy radość tańczy z nami czy przerażenie nas oplata. Każdy, każdy, komu dane było poznać tego świata jasne i ciemne strony jest wybrańcem i  nie ma prawa tego zaprzepaścić . 

Dlatego pomiędzy ważnymi i zupełnie nieistotnymi historiami, wydarzeniami, wypadkami, problemami... ważne jest byśmy znaleźli czas na uporanie się ze swoimi demonami z przeszłości, bądź wprost przeciwnie przestali mitologizować przeszłość... wprowadzili STOP... TEGO JUŻ NE MA... Jest to i to... tu i teraz...  jest inaczej... ale Ty wciąż jesteś... wróć do siebie takiej jaką Ty lubisz, jaką lubi świat  odłóż wszystko co krępuje Cię.

Trudno jest zamknąć drzwi, oddzielić się od kogoś, od czegoś co w zamyśle miało być zawsze. Nawet przy pełnej świadomości popełnionych błędów... tego, że nie da się cofnąć raz postawionego kroku... żeby normalnie żyć, musimy postawić kropkę.

Zacząć inny niż dziesięć, może dwadzieścia czy więcej lat wstecz... początek.
Pomiędzy wszystkim musimy docenić, że wszystko czego doświadczyliśmy wiele nas nauczyło, wychowało i to jest nasz kapitał na nowy początek.

Jutro wstaje nowy dzień i daję słowo honoru, że będzie on jak najbardziej otwarty na nasze nowe błędy, a pomiędzy nimi na uśmiech.











21:27:00

Boimy się!

Boimy się!


Na świecie październik, dnia ubywa, choć ciepło się trzyma. Lato ze swoim słonecznym optymizmem sobie odeszło do historii. A w nas razem z zimnymi wieczorami, w które okrywamy się pledami, raczymy gorącą herbatką... zaczyna odzywać się jakiś lęk. Lęk, który w wakacje nie był tak obecny w rozgrzanej atmosferze, jeździe na rowerze... Topiły się te lęki w morzu, jeziorze, pod słońcem, gdzie jechaliśmy z paszportem i tu w  polskim kurorcie.

A teraz wraz z wczesnymi wieczorami, choć babie lato jak nigdy szaleje, w nas już się tak dusza nie śmieje. Obudziła się smutna, lękliwa jej strona. I przypomnienie: ja się boję! 

Taka prawda! Lęk towarzyszy nam każdego dnia (choć w słoneczny i ciepły jest w nas więcej dobrej energii). Boimy się o siebie, boimy o bliskich. O naszą przyszłość, o zdrowie, o pieniądze... o dach nad głową, o pracę, o egzaminy... Boimy się wyznać komuś prawdę dla nas niewygodną, czy prawdę dla kogoś bolesną. I zmienić pracę czy zrezygnować z jednej, a podjąć drugą też nam niełatwo. Odwagi nie mamy by odebrać wyniki od lekarza, bo boimy się by przypadkiem  nie okazały się złe. Boimy się, że się spóźnimy, że termin zawalimy... wyznać mężowi, że brak nam czułości i dość już go mamy. Przyjaciółce też boimy się powiedzieć by przestała się wtrącać w nasze sprawy i wprost jej przekazać, że może i ma w pewnych kwestiach rację, ale nie ma prawa wtrącać się w  nasze osobiste z dziećmi relacje. Boimy się też upomnieć o swoje... pożyczone pieniądze czy książkę... nawet o swoje gwarantowane przez państwo prawa boimy się zawalczyć.

Lekarza boimy się upomnieć, że to on dla nas jest, a nie my dla niego, i że on za leczenie nas otrzymuje pieniądze... a urlop? Urlop mu się należy, ale nasza choroba nie da się wysłać na wakacje, więc jeśli nie jeden z tych wybitnych medycznych umysłów... to drugi powinien - nie bać się nami zająć.

Boimy się odrzucenia, wzgardzenia, samotności, która to wydobywa z nas bolesne tęskności. Braku miłości, nieporadności, starości, śmierci w mękach (nawet bez mąk nie chcemy jej ;-)), zawiści, krytyki itede... boimy się. Nasze lęki są różnorodne i  nieprzebrane w swej obfitości. Małe i duże, ważne, dramatyczne, histeryczne, zatrważające nas, ale też śmieszące innych. Lęk o przetrwanie jest inny niż obawa, że jedząc ciastko się przytyje i w sukienkę nie zmieści... w tę co dopiero zakupioną.

Jeszcze myszy się boimy, pająków, i że się ośmieszymy  wypowiadając publicznie. Ciemność  powoduje dreszcze lęku przed ukazaniem się ducha czy gorszego upiora, a ciasne pomieszczenie nas przygniata... różnie to bywa. Gdy ekscytujemy się spotkaniem z nowo poznaną osobą to też jest to wyraz lęku, niepokoju jak zostaniemy odebrani czy nie strzelimy jakiegoś błędu... nie wspominając irytującej gafy ;-)

Lęki niezrozumiałe, ale też uzasadnione... bezpodstawne, wymyślone, dziwaczne i całkiem uprawnione. Lęki tworzą się w naszej głowie tak samo z oczekiwań, jak ze zwątpienia... z doznanej krzywdy, rozczarowania, lecz też ze szczęścia nagle otrzymanego... takiego jakim jest miłość na przykład. Zamiast cieszyć się nią i w tańcu jej uniesieniem wirować to pojawia się niepokój. Najpierw maleńki, a potem coraz większy, że jak jest tak dobrze, tak namiętnie, zgodnie i czarownie to gdzie jest ten knyf? I czy to jest miłość czy związek niby bliski, ale zawarty ze strachu przed samotnością? A może tak pięknie długo nie będzie, bo wydarzy się coś co  zakłóci, na inne tory ten stan zawróci? Może boimy się uczucia, bo wątpimy w nie, w jego prawdziwość... sami nie mamy wiary w siebie, czy w tę drugą osobę?

A może to jest strach przed otworzeniem szczerym w drugą stronę? Tak czy inaczej lęki te stopniowo zatruwają chwile, które powinny być słoneczne, uśmiechnięte... z czasem zabijają nas od wewnątrz. I powstaje kolejny lęk. Co dalej, jak w samotności żyć gdy zaufania w nas nie ma ani krzty?

Lęk przed zaśnięciem, który skręca w warkoczyk serce i lęk przed brakiem snu, który przywołuje demony... przed bólem, który kurczy się w łydkach, obrzmiewa w głowie... to lęki zabierające swobodę i w pogodny dzień sprowadzające burzę.

Jeśli tak tkwimy w szponach lęku, to tak jaby nie istniała terażniejszość - tylko wspomienie przeszłości, ale oczywiście tej nienajlepiej zapamiętanej i już się wgrywa obawa, obawa przed jutrem. Scalaki w skroniach się naprężają, gorąco nas dusi, zimny pot oblewa, oddech spłyca, serce przyśpiesza swe bicie, żołądek się kurczy, krew do nóg ucieka... tylko my uciec nie możemy i schować do bezpiecznej kryjówki. Tak rodzi się stres, który jest kumulacją tych naszych lęków. I ma wielkie przerażone oczy. A czasem ściśnięte powieki zalane łzami... To jest strach! Strach jest integralną częścią naszego życia.  Nie mieć racji  i mieć rację... jednakowo się ich boimy.

Czy ja mam lęki? Oczywiście... wszystkie wyżej wymienione i jeszcze więcej. Aż do momentu gdy zrozumiałam, że nawet nie wiem czego specjalnie się bałam (bałam - to jest czas przeszły :-))... i czas już skończyć z tym. Jestem dużą dziewczynką i już odpowiednia pora, a raczej pora już dawno pukała tylko ja jej nie otwierałam ;-))... by uświadomić sobie, że:

1. Należy powiedzieć sobie czego się boimy, określić rodzaj tych strachów i ich pochodzenie. Bo najgorszy jest lęk  przed czymś czego nie potrafimy nazwać
2. Podzielić te lęki na sprawy do załatwienia, do odrzucenia, wyśmiania, podzielenia z kimś życzliwym by zaradzić im.  
3. Zdać sobie sprawę, że bojąc się ulegamy zniewoleniu i tracimy czas na życie. A przecież życie kochamy ponad życie, więc nie można samemu podkładać mu kłód w postaci lęków i to jeszcze jakiś byle jakich. Należy więc działać, podjąć ryzyko ponaprawiania co się da i z mózgu wykreślenia odbierających dobrą energię wspomnień złych. 
4. Trzeba sobie zakodować i pamiętać... Wszelkie lęki doprowadzają do obłędu, szaleństwa... te z kolei doprowadzają do fizycznej choroby, która wprowadza kolejny lęk. Tak się tworzy koło, zaciska pętla i nie da się już kosztować życia. Tak będąc żywym, umarłym za życia się jest. 
5. Starość, zmiany to są koleje życia aż po szczyt, gdzie jest śmierć. I nic na to nie poradzimy, więc lęk przed nieuniknionym zupełnie bez sensu jest... zabiera teraźniejszość. Można pocieszyć się, że z góry widok na pewno lepszy jest ;-)
6. Jeśli na coś nie mamy wpływu, to lękanie się o to zabiera nie tylko czas, ale zaczadza rozum i serce traci moc.
7. Tylko głupi człowiek niczego się nie boi. Dojrzały człowiek powinien wiedzieć, że musi liczyć się z faktem iż pnąc się w górę, biegnąc szybko może w pewnym momencie zakręcić mu się w głowie... No i po prostu upaść. Ale lęk przed upadkiem nie może powstrzymywać go w drodze.

Lęk ma też swoją dobrą użyteczną, obronną stronę... przecież nie wejdziemy w ogień czy do klatki z głodnym tygrysem. Ja też wiem, że może zamienić się w obsesję, doprowadzić do paniki i wtedy? No cóż... i ciało odmawia nam posłuszeństwa.

Możemy pić melissę, dawkować sobie kropelki walerianki, łykać uspakajające tabletki, zapijać wysokoprocentowym trunkiem swe lęki (choć odwaga w tych momentach jest tylko chwilowa i okazuje się kłamstwem wielkim... lęki wracają z podwójną siłą), lecz póki nie uspokoimy zamkniętego w naszych wewnętrznych komórkach trzepoczącego, rozpaczliwego niepokoju, to niczego w swoim życiu nie zmienimy... wszystko, nawet osiągnięty sukces będzie dla nas porażką... bo? Bo zwyczajnie bać się będziemy, że mu nie podołamy. A jak uspokoić to zatrwożenie, a nie maskować dostarczaną z zewnątrz chemią?

Posłuchać siebie, posłuchać swojego lęku... nie czynić z niego wroga... tylko słuchać, zrozumieć, odnaleźć jego źródło i poszukać odpowiedniego sposobu by go ujarzmić, pozbyć się... wszystko po to aby nie ograniczać naszego życia, rozwoju, nie hamować marzeń.  To brzmi jak truizm, może to jest nawet truizm, ale: najważniejsze to umieć walczyć ze swoimi lękami. Bo czyś młody czyś stary masz prawo do komfortu... i zupełnie tu nie chodzi o pieniądze :-)) 







18:28:00

Ach te włosy... Trychoxin

Ach te włosy... Trychoxin


W okresach wzmożonego przesilenia fizycznego i psychicznego moja córka Alicja raz po raz musi zmagać się z wypadaniem włosów. Wypadają w tak dużej ilości, wręcz garściami..., że co niektórzy dziwią się, że jeszcze jakieś włosy na głowie jej zostały. Nie brzmi to zbyt dobrze, prawda? Trafiają się i tacy, którzy pocieszają (a raczej próbują) ją słowami "Nie martw się. Kupimy ci ładną perukę". Ech.. Ci ludzie... nietakt czy też bardzo wysublimowane poczucie humoru? ;)

W nasze ręce podczas jednego z takiego "napadu" związanego z wypadaniem włosów wpadła kuracja Trychoxin - szampon i zestaw ampułek przeznaczony do stosowania przez miesiąc. I choć bez wątpienia - miesiąc to dosyć krótki czas na przetestowanie takiej kuracji... to jednak nawet po takim czasie można zauważyć małą poprawę w kwestii ilości wypadających włosów :)


W skład kuracji wchodzi szampon oraz 12 ampułek (na 24 aplikacje - w cyklu 6 dni stosowania, jeden dzień przerwy). Szampon na delikatny, przyjemny dla nosa zapach, nie zawiera parabenów, silikonów, SLS i SLES. Pieni się umiarkowanie, bez wątpienia na pokrycie włosów do łopatek... Nie wystarczą dwie krople, ale to 250 ml spokojnie wystarcza na mycie włosów przez miesiąc :) Włosy i skóra głowy są dobrze oczyszczone, ale szorstkie i tępe w dotyku, konieczne staje się zastosowanie jakiejś fajnej, zmiękczającej odżywki. To nie było dla córki zaskakujące ani nie stanowiło problemu. Szampon miał przede wszystkim zapobiec przerzedzaniu się włosów - w tej roli sprawdził się naprawdę dobrze - choć może to dzięki połączeniu jego stosowania z ampułkami? Alicja oczywiście po spienieniu produktu zostawiała go jeszcze na kilka minut na głowie, aby substancje w nim zawarte... kwas oleanolowy (zapobiegający nadmiernemu wypadaniu włosów), apigenina (zwiększająca mikrokrążenie w skórze głowy, co umożliwia lepsze przenikanie substancji aktywnych), peptide biotynylo GHK (wzmacniające włosy poprzez lepsze "ukorzenienie"), arginina (odżywiająca włosy) mogły lepiej wnikać i oddziaływać na skórę głowy :)


Potem przychodziła kolej na drugi etap kuracji - czyli ampułki :)
Odnoszę wrażenie, że w ciągu zaledwie miesięcznej kuracji... ampułki nie mogły zadziałać lepiej niż poprzez zmniejszenie wypadania włosów - I w tej roli naprawdę dobrze się spisały :) Działały w trzech fazach - przez hamowanie wypadania, wspomaganie wzrostu, wzmocnienie zakotwiczenia włosów.

Ampułki nie obciążały włosów - zarówno kiedy preparat był nakładany na mokre włosy... jak i wtedy, kiedy na suche. Alicja odczuwała niekiedy po aplikacji delikatne pieczenie, jednak był to jedynie dowód na to, że substancje pobudzają krążenie w skórze głowy.

Kuracja Trychoxin to bardzo skoncentrowana terapia, która wspiera konsumentów w walce z wypadaniem włosów... I rzeczywiście ich ubywanie ulega zmniejszeniu. Czy powoduje wzrost nowych, tzw. baby hair? Myślę, że po miesiącu kuracji jest to bardzo trudno stwierdzić. Jestem jednak pewna, że jej systematyczne stosowanie przez np. trzy miesiące może dawać naprawdę spektakularne efekty :)

Linia Trychoxin to naprawdę dobre preparaty przeciwko wypadaniu włosów, jednak ich stosowanie wymaga wspomagania za sprawą produktów pielęgnujących i odżywiających włosów, które u mojej naturalnej blondynki w trakcie kuracji bez zastosowania odżywki były bardzo trudne do rozczesania, matowe i... zaczęły ciemnieć od skóry głowy. Nie przejmujcie się tym jednak... to w końcu jedynie cena tego, żeby w przyszłości miało co ciemnieć ;))
Copyright © Stara Kobieta... i ja , Blogger