Kłótnia? Kłótnia to błąd. Choć błądzić jest rzeczą ludzką 😉 Niemal każdy z nas uważa, że ma rację, i wszystko wie najlepiej, i to we wszystkich, wszystkich sprawach... niestety to nasze przekonanie jest wielkim błędem. Owszem fajnie jest mieć rację i wielką przyjemność nam sprawia (słodycz wręcz większą niż ta przy jedzeniu czekolady), gdy racja jest po naszej stronie, nawet wtedy gdy (o zgrozo!) ta racja jest opatrzona błędem, który ma swoją wysoką cenę. Często jesteśmy jak najbardziej świadomi, że popełniamy błąd, i że on bardzo szkodzi naszym relacjom z ludźmi, naszym sprawom, ale brniemy w niego, bo na wstępie określiliśmy się jako ci będący po stronie racji i prawdy. Nie chcemy tego zmieniać. Zamiast wycofać się... nie! brniemy poirytowani, w sobie może lekko zawstydzeni, ale nie!... wolimy się usprawiedliwić (choć również błędnie) niż przyznać słusznie, że nie mamy racji. Wolimy radować się z pomyłki, porażki kogoś innego, niż sami przyznać się do potknięcia - nawet małego. Drażnią nas czyjeś sugestie, rady, prośby, poglądy, upodobania, refleksje... to my czujemy, że wiemy lepiej, jesteśmy bardziej przenikliwi, zdolni do logicznego pojmowania i chętnie cieszymy z błędów innych, nawet wtedy gdy pociągają one za sobą ciężkie konsekwencje moralne, nie wspominając nawet o tych egzystencjalnych.
Nie potrafiąc mieć dystansu do siebie, do swoich decyzji; nie umiejąc żartować ze swojego pojmowania świata w każdym zakresie, traktowania swojej wizji jako prawdy absolutnej – doprowadzamy do kłótni.
Wskutek konfliktu, zderzenia sprzecznych i kompletnie niezachwianych przekonań stron o własnej prawdzie, i słuszności - powstaje kłótnia. Kłótnia, czyli gwałtowne wypieranie się własnych błędów i mistrzowskie przekładanie ich na stronę przeciwną. I nie mam tu na myśli inspirującej twórczo rozmowy, wymiany konstruktywnych opinii, tylko (najczęściej bezargumentacyjne) gniewne, czasem roszczeniowe, wręcz wypominanie (też podniosłym głosem... z wulgaryzmami). Przekonani do własnych teorii, związani z nimi... uwikłani w sprawy, decyzje w swoim przekonaniu najlepsze, najtrafniejsze – nie pozwalamy na te doświadczenia spojrzeć w innym niż swoim subiektywnym (upartym) świetle i... i z przekonaniem głębokim, że tylko my i nasza prawda jest słuszna - zaczynamy spór. Od wagi sprawy, istoty jej zależy czy będzie to niewinna sprzeczka, którą łatwo załagodzić i może to być nawet przyjemne 😉 czy wielka, ognista kłótnia. Gdy się mylimy, ujawnia się rozdźwięk między tym co przeżywamy, rozpamiętujemy, jak się czujemy (niedocenieni, upokorzeni, zawstydzeni), a tym co jest naprawdę i to też jest początkiem, „dobrym” zapleczem rozpoczęcia kłótni.
Takie gwałtowne, ostre wymiany zdań wskutek nieumiejętności (może braku chęci) znalezienia kompromisu dotykają jednych rzadziej, innych częściej (wszystko zależy od charakterów danych osób, tudzież temperamentu). Kłótnie zdarzają się w związkach dwojga osób, między bliskimi, między obcymi ludźmi, między przyjaciółmi, dorosłymi i dziećmi. Mają różny wymiar... czasem niszczą związek, a czasem paradoksalnie go umacniają; doprowadzają do rozwiązania sytuacji lub ją zaogniają; oczyszczają stosunki lub je niweczą; otwierają oczy lub zamydlają jeszcze bardziej. Czasem kłótnie wydają się nawet potrzebne, ale z drugiej strony zabierają nam to co najdroższe – czas, który się nie cofnie, nie wróci i może lepiej byłoby go spożytkować na co innego niż swary, zwady, nieporozumienia, które ranić nawet mogą.
Ale jeśli nic nie może doprowadzić do porozumienia, ustalenia consensusu - tylko gwałtowna kłótnia może być ratunkiem, to co? Ulec?
Pokłócić się ostro?
Jak to jest z tym kłóceniem?
Nie ma recepty, ale od wiążących nas z ludźmi relacji, od stopnia bliskości, zaangażowania, meritum sprawy zależy jak kłótnia zadziała.
Kłótnia w związku, z dziećmi, rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi, koleżeństwem.
Ja mam na to taki sposób:
Zamiast tkwić w niedobrej, gęstej atmosferze niedopowiedzeń, zaczepek, aluzji, złośliwości - wyjść z propozycją spotkania w pół drogi, czyli ustalić kompromis. Upuścić z siebie trochę powietrza i tak samo poradzić drugiej stronie. Jeśli ta nie posłucha, czyli nie ma klimatu do spokojnej rozmowy, to poczekać na następny taki moment. Bez tego wspólnego spotkania wpół drogi nie da się nic spokojnie załatwić – będzie kłótnia. A najlepszym na nią sposobem jest jej zapobiegnięcie 😉
Obie strony muszą być spokojne, nienabzdyczone na siebie, zdystansowane, najlepiej po głębokim przemyśleniu sprawy, bo tylko wtedy uda się rozwiązać, wyjaśnić problem. Wtedy będzie łatwiej o pojednanie. To jest jednak tylko takie przemyślane, „pobożne”, rozsądne życzenie, a my jesteśmy tylko ludźmi i dajemy ponieść się emocjom, nie czekamy aż one ochłoną tylko jeszcze sami je nakręcamy i awantura za naszą przyczyną sama się wprasza. Tacy jesteśmy zagalopowani w wykrzykiwaniu naszych racji, krzywd, że zamiast racjonalnie przedstawić swoje zdanie to czepiamy się drobiazgów, potęgujemy je, zacietrzewiamy tak bardzo, iż stajemy się granatem z odbezpieczoną zawleczką zapalnika. Niepotrzebnie tracimy energię.
- Spróbujmy zrozumieć drugą osobę, stańmy na chwilę po jej stronie, przemyślmy na spokojnie.
- Oddalmy od siebie gniew, złość, schowajmy głęboko żal i kolejny raz postawmy się w tej drugiej strony sytuacji. Uważajmy też na słowa. Czasem jedno za dużo wypowiedziane może wyrządzić trwałą, na długo pamiętaną krzywdę.
- Nie wypominajmy, nie przypominajmy złych doznań, nie obwiniajmy, nie krytykujmy tylko mówmy o sobie... co Ty czułaś, czujesz gdy tamto zło się wydarzyło i jak Ty (gdy Twoja to ewidentnie wina) pragniesz to naprawić lub czego oczekujesz (gdy wina po drugiej jest stronie). Przedstaw swoje argumenty, ale też wysłuchuj cierpliwie drugich. Trudno musisz trochę odpuścić, dać trochę szansy by zyskać coś dla siebie. Da się tak wszystko ułożyć by zaspokoić obydwie strony. Tylko po obu tych stronach musi działać empatia.
- Nie wykrzykuj agresywnie swoich roszczeń używając niewybrednych epitetów. Siedź. Nie miotaj się biegając i wymachując rękami.
- Patrz w oczy swoim dobrym wyrozumiałym spojrzeniem, bez iskierek złości, nienawiści (bo nienawiść to niebezpieczne uczucie, to trucizna, której w Tobie nie powinno być – to okrutnie zaślepiające uczucie)
- Tak czy owak nie zapomnij o przeproszeniu, o przyznaniu się do błędu, pomyłki. Czasem, może trzeba poprosić o przebaczenie (to wszystko nie przynosi ujmy, tylko ukojenie)
- Nie uogólniaj i nie zwalaj wszystkiego niedobrego z całej przeszłości, z całego świata na tę drugą stronę. Trzymaj się konkretów i mów otwarcie bez zawoalowania o swoich oczekiwaniach. Powiedz co Cię boli ze spokojem, cierpliwością - okazując szacunek sobie i drugiej stronie. Ten szacunek to słuchanie, niewchodzenie sobie w słowo i rzeczowe ustosunkowywanie się do przedłożonych racji. Wycisz emocje w tym dialogu (bo to dialog nie monolog ma być), żeby konflikt na nowo nie wybuchał. A jeśli tak się stanie (oboje nie zapanujecie nad sobą) i znowu wszystko stanie na ostrzu noża, to zaproponuj jeszcze jedno, ponowne rozdanie w spornej kwestii z konstatacją, że Wy jesteście najważniejsi, a problemy są po to by je rozwiązywać dla Waszego wspólnego dobra.
Wachlarz przyczyn niesnasek jest niezwykle różnorodny... nie można jednak ciągle ich ignorować, nie możemy też ciągle tłumić emocji dla tak zwanej „świętej zgody”, bo nie ma czegoś takiego – to jest hipokryzja, która nie pozwala nam być sobą, a to już krótka droga do tego by czuć się nieszczęśliwą.
I dlatego pamiętaj:
- Dobrotliwy, wyrozumiały, proszący, serdeczny uśmiech w połączeniu z łagodnymi aczkolwiek stanowczymi słowami wiele więcej zadziała niż bluzganie, obraźliwe porównania.
- Nie musisz się kłócić szastając nieumiarkowanie słowami, aż drżą ściany. By poznać prawdę, wystarczy szczera rozmowa (tylko musisz jej chcieć).
- Po kłótni zmienia się wszystko. Po burzy wychodzi słońce. Ale po burzy kłótni, to spokój po niej następujący zawiera zawsze jakiś smutek, czasem zadrę, bolesność serca – lepiej się spierać z umiarem, klasą, a nie doprowadzać do kłótni.
- I wreszcie kłótnia doprowadza do obrażania się, bo nie uzyskujesz satysfakcji po odbytej kłótni, nie nagięłaś woli drugiej osoby do swojej. Obrażenie się to Twoja reakcja obronna by nie użyć agresji i wycofać się z poczuciem (błędnym) wyższości.
Tylko, że druga strona też dysponuje taką bronią... może też się obrazić, ale nie odejść bez słowa tylko dołożyć jeszcze na zakończenie parę nieobliczalnych słów, złośliwych docinków, upokorzyć trafiając nieprzemyślanymi słowami w czułe punkty, żeby dowartościować siebie, a tym samym wyżyć psychicznie nad drugą osobą, dokuczyć otwierając stare rany z przeszłości i tym „sprytnym” sposobem zadać kolejny cios... I tak koło niepohamowanych emocji się nakręca... żadna ze stron nie może zatrzymać jego pędu nie potrafiąc zapanować nad sobą. Czujecie, że oddalacie się od siebie... potem przychodzi zobojętnienie, może sztuczne zachowania, udawane uśmiechy... życie toczy się dalej, ale jest niezaprzeczalnie inne.
I wtedy ktoś (może Ty) mądrzejsza, mniej zacietrzewiona... kolejny (aż do znudzenia, cierpliwie) kolejny raz wyciągniesz rękę i wypowiesz magiczne pełne życzliwości słowa: czy możemy jeszcze raz porozmawiać? Co o tym myślisz? Wszyscy popełniamy błędy, porozmawiajmy jeszcze raz. Przepraszam i dziękuję za to, że jesteś. Dajmy sobie szansę.
Sytuacja nie wróci do normalności gdy nie nastąpi zupełne wyjaśnienie spornej kwestii, przebaczenie i wyznaczenie nowych torów.
Milczenie też niczego nie załatwi... mój tato zamiast kłócić się (no cóż zdarzało się, jak w każdym domu... gdzie jest miłość - są emocje... gdzie emocje tam i kłótnie się zdarzają) po prostu milczał, nie odzywał się (czuło się obojętność) – to było bardzo bolesne. O wiele bardziej raniło niż pohukiwania głośne, wrzaski z płaczem połączone, tłuczenie talerzy - u mojej mamy. Porozumienie do nich wracało, gdy mama po wypłakaniu się, nazłorzeczeniu mocnymi słowami na cały świat, ponarzekaniu w rękaw babci - ochłonęła i zabierała się za robienie ulubionych pierogów taty. Na pierogi tata nie umiał się gniewać, a druga porcja tylko zależała od jego miłego odezwania do mamy... nie miał aż tyle silnej w sobie woli by kontynuować obrażenie przy pachnących smakowicie pierogach 😉) Potem podsłuchiwałam (choć to bardzo nieładnie) pod drzwiami ich sypialni jak sobie wszystko wyjaśniali... tata oczywiście bardziej milcząco, a mama głośno. Ale wszystko po paru zdaniach wracało do normy, czyli było dobrze 😊 i z powrotem wesoło.
Kłótnie w instytucjach (wszelakich), urzędach, placówkach służby zdrowia... tam polecam gorąco – uśmiech, stanowczość, konsekwencję, czasem chłodny spokój i nie wdawanie się w dyskusję. W tych sytuacjach kłótnia nic nie pomoże, niczego nie załatwi, a wprost przeciwnie... podniesie nam ciśnienie, upuści z nas energię, wytrąci tym samym z równowagi, psychicznej harmonii, zabierze drogocenny czas - jednym słowem skróci życia czas.
Kłótnia* (stek niepotrzebnych słów, oskarżeń, kłamstw, zżerających naszą duszę emocji) to najgorsza forma udowadnia sobie swoich racji, ustalania priorytetów. Ale skoro już wybuchnie, to trzeba skutecznie ten pożar ugasić i na tym pogorzelisku złych emocji szybko budować coś dobrego... bez zbędnego wyczekiwania na lepszy czas.
Hmm… żeby tylko wszyscy tak chcieli być dla siebie wzajemnie wyrozumiali... i emocje powściągali, a rozumem kierowali...
Cóż, życie ludzkie to nie forma idealna, to cały szereg kompromisów. Chcesz w nim uczestniczyć, to musisz umieć się z nimi… zaprzyjaźnić!
A teraz bardzo „opłacalne” zadanie na nadchodzące lato: naucz się, wytwórz w sobie umiejętność koncyliacyjnej postawy!